piątek, 31 października 2008
Dyplomacje, kompromisy, pakty ugodowe... Podróż po Indiach palcem po mapie.

Onde Vertige, Giorgio Armani

 Ta dawka seksowności jest zgodna z zasadami biznesowego dress code. Wschodni orient nie przyćmiewa szyku włoskiego krawiectwa i aspiracji do ubierania (w zapach) Amerykanek. Kompromisy na kilku płaszczyznach - tak to widzę. Oby tylko nie przegiąć w żadną stronę i żeby nie było tak, że spodoba się tylko amerykańskim bussineswomen, tylko miłośnikom zapachowego orientu czy tylko snobującym się we włoskich ubraniach za okrągłe sumki. Ma się podobać wszystkim. Nawet tym, którzy nie spełniają tych naciąganych warunków ;)

Miało być tak:

Arab beauty

 A jest tak:

Monica

 Oczywiście źle nie jest. Zapach zachowuje klasę w tych swoich szykownych ciuszkach i rozmarzonym spojrzeniu. Poszczególne akordy są ponadkulturowe. To nie może się nie podobać. Tylko po co obiecuje się kamasutrę i podróże po Indiach skoro tych obietnic w końcu się nie dotrzymuje? To miało być coś na pograniczu orientalnej niszy a dałabym głowę, że kiedyś już wąchałam jakiś bardzo podobny zapach - i głowy nie dam, że nie był to mainstream.

 Początek to dorodne, idealnie rozwinięte w swym rozkwicie frangipani. Lukrecja jest suchawa, rodem z aptekarskich mieszanek ziołowych - do wyrafinowanej, perfumeryjnej lukrecji dość im daleko. Paczula jest sucha, kłączysta, uwypuklająca pobrzmiewającą cały czas goryczkę. Jaśmin robi tutaj za odtwórcę roli głównej i bardzo mu zależy na tym, żeby przenieść kompozycję w wymiar sztandarowego kwiatowego killerka. Fajnie byłoby napisać, że sceny rodem z ilustracji przewodnika kamasutry (raczej pod amerykańską redakcją, w oryginale ta pozycja książkowa traktuje przecież nie tylko o seksie) rozgrywają się na posłaniu z jaśminowego kwiecia. Jednak niestety Onde Vertige mnie tam nie przetransportowało. Ani nigdzie indziej z resztą....

 Ciekawe jak spisze się reszta orientalnej trylogii Armaniego. Przekonam się niebawem ;)

 Nuty: frangipani, lukrecja, paczula, jaśmin, kwiaty pospornicy

No to spróbuję obsady w tym pornosie...

 Secretions Magnifiques (Magnificent Secretions), Etat Libre d'Orange

Secretions Magnifiques Właśnie dotarł do mnie cały set próbek z Etat Libre d'Orange. Rozkosznie dziwaczne zapachy. Czy byłabym sobą gdybym od razu nie rzuciła się na próbkę najbardziej kontrowersyjnych  i przenajdziwaczniejszych z dziwacznych perfum marki ;) (w tym kontekście słowo "perfumy" nabiera nieco innego znaczenia niż ma to miejsce w potocznym rozumowaniu).

 To już nie miało być seksowne. "Est sexy passe", zdawał się mówić z wyższością autor tego zapachu zaciągając się cieniutką cygaretką i oczekując pełnych zrozumienia i pokory spojrzeń nad geniuszem przemawiającego. Założył zwycięstwo naturalistycznych obrazków nad upiększonym erotyzmem. Zwycięstwo dzikiego pożądania nad rozsądkiem. "Coś pomiędzy Don Juan'em a sprzedającą się kobietą". Czyli zapach ludzkich wydzielin. Hm.

 Z fiolki to dość intrygujący i nawet przyjemny zapach choć nie przypominający tego, co miał przypominać. Jest łagodny, jednorodnie gładki i przyjazny. Trochę mnie to zbiło z pantałyku więc czym prędzej aplikuję aptekarską dawkę na skórę.  Na skórze po prostu ohydny i wywołujący mimowolny odruch wymiotny. Wybitnie wbrew założeniom jest totalnie nieludzki, nienaturalny i chłodny. Metaliczny, obcy, wstrętny, odstręczający... Lepki i wilgotny, ale to raczej na skutek podejrzanych i niedefiniowalnych nieczystości a nie za sprawą osiadłej na skórze krwi, śliny i spermy. Nie wywołuje moich skojarzeń z ludzką fizjologicznością nawet w minimalnym stopniu. Gdyby dać wiarę rewelacjom wygłaszanym przez lekarzy a powtarzanym przez babskie czytadełka takie jak Cosmopolitan to smak i zapach spermy zależny jest od diety. Jeśli to prawda to dawca tego nasienia musiał się żywić na śmietniku.

 Secretions Magnifiques możnaby zakładać jeśli komuś zależałoby żeby trzymać się od niego z daleka.

 Nuty: akord jodu, akord adrenaliny, akord krwi, akord mleczny, kokos, irys, drzewo sandałowe, opoponax

środa, 29 października 2008
Ekscentryczny seler i limonka

Escentric 01, Escentric Molecules

Escentric 01Ekscentryk Jedynka wbrew silnej intencji nie jest bardziej ekscentryczny od swojego brata - Molekuł Jedynki. No ale już to, że jest ciut mniej ekscentryczny w dalszym ciągu pozwala mu się utrzymać na pozycji ekscentrycznego w przyzwoitym stopniu ;) Tylko sam początek można przyrównać do czegoś realnego - to zapach surowy, chrupiący, lekko kwaśny. To zapach selera i soku z limonki. Po raz pierwszy w życiu miałam okazję powąchać takie połączenie - i to na własnej skórze ;D Dalej już zapach subtelnieje, mości się na skórze, jest łagodne, przymilne z baaaardzo odległym echem irysowego oddechu... To zapewne to legendarne łączenie się z chemią skóry i wyczarowywanie odmiennego rezultatu na każdym nosicielu...

Sposób układania się na skórze i poziom trwałości zbliżony jak w przypadku Molekuł. Wyjątkowo urzeka mnie to jak ściśle zapach łączy się ze skórą. Przysysa się do niej jak mały, praktycznie niewidoczny dla oka pasożyt, który jednak zachowuje się zgodnie z kanonami savoir vivre'u. Jednak w Ekscentryku nie pojawiło się coś tak powalającego jak włochata gąsiennica i gorąca żarówka więc zapach zachwycił
mnie trochę mniej.

Nuty zapachowe: limonka, różowy pieprz, irys, Iso E Super

Escentric 02, Escentric Molecules

Escentric 02W stosunku do Ekscentryka Jedynki to jeśli jakieś różnice istnieją to są one bardzo subtelne, ocierające się o niewiele znaczące niuanse. Na pewno jest w nich nieco więcej wyrazistości, mocy, trochę zdecydowanych pociągnięć perfumiarskiego pędzla... W pierwszych fazach zapachu dosłowna, bardzo realna woń surowego, twardego selera dosłownie rozkłada mnie na łopatki ;) Dosłownie jakbym kroiła seler do rosołowej włoszczyzny i dość bezsensownie wpakowała sobie plaster selera na nadgarstek. Zastanawiam się tylko dlaczego tego akordu nie uwzględniono w składzie. Wstyd oficjalnie przyznać, że w tak ekskluzywnym zapachu znalazło się coś tak mało wyjściowego jak seler ;) ?

 Potem zapach mości się na skórze, wierci się żeby ostatecznie spocząć na cierpko - pudrowych laurach na łożu z czarnego bzu i ciętych kwiatów irysa. Jest w tym zapachu jakaś bezczelność, pewność siebie granicząca z narcyzmem. Pewna surowość, totalnie wyprana z wrażliwości i czułości...

Nuty zapachowe: ambroxan, wetiwer, hedion, muskon, irys, czarny bez

Farmacia Annunziata tym razem na słodko

 

 To podejście do zapachów FA uznaję za przyjemniejsze od poprzedniego - przede wszystkim ze względu na to, że trafiłam na próbki zapachów z gatunku "jakieeeee oneeee słodkieeeee" ;) To lubię.

Perla, Farmacia Annunziata

Karmelizowana cytrynaKarmelizowana cytryna - tak to widzę. Czuć w tym słonecznie żółte cytrynowe krążki docukrzone białym cukrem i ogrzane w piekarniku. Przeszywający cytrusowy kwasek znikł bez śladu ustępując miejsca smakowi kompletnie nietypowemu specjału. Ewoluuje on w smak twardej cytrynowej landrynki przysypanej bardzo drobno zmielonym białym cukrem pudrem. A potem czuję doprawioną wanilią miękką morelę.

 Pozytywnie.

Nuty zapachowe: cytryna, osmanthus, ambra, wanilia

 

Chia, Farmazia Annunziata

pączekChia jest świetna. Jak już wspomniałam to słodziaczek - teraz dodam, że to słodziaczek totalny. Jadalny i pomimo tego, że odtłuszczony cholernie kaloryczny. Dość transparentny, nad podziw lekki, ale tuczący jak diabli. Jest tu lukrowany, nietłusty pączek z marmoladą różaną, garść nadprażonych migdałów, różowa wata cukrowa... I ta ubezpieczająca tyły, robiąca za tło wanilia. 

 Podczas pierwszego testu zapach dość silnie przypominał mi Teint de Neige Lorenzo Villorezi - teraz jestem już zdania, że raczej będzie to micallefowskie Note Vanillee. W Chii nie ma tak dużo pudru jak w Teint de Neige (ale tam to niemalże można dostać ataku astmy od tego cukru pudru, prószącego śniegu itd ;) ). Tutaj to będzie cieniutka warstewka drobniutkiego cukru pudru na dużym ciachu.

 To ciepły, bardzo wygodny zapach. Taaaak, uwielbiam otulać się ciastkami i watą cukrową ;)

Nuty zapachowe: migdały, pomarańcze, róża, wata cukrowa, orzechy, wanilia, ambra, piżmo

wtorek, 28 października 2008
I obiecuję, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.

Dior Addict, Dior

Dior Addict

 Moje pierwsze "poważne" perfumy to Baby Doll YSL. Drugie to zakupione jednocześnie Angel Thierry'ego Muglera i tytułowy Dior Addict Diora. Miałam wtedy jakieś 16 lat i ani przez moment nie przemknęło mi przez myśl, żeby te zapachy były dla mnie choćby w minimalnym stopniu zbyt dorosłe, zbyt poważne czy wieczorowe - jak to lubi się upraszczać i z góry klasyfikować. Byłam nastolatką, która już od kilku lat nie dość że wyglądała dorośle to jeszcze za taką się uważała ;) A ponadto już wtedy jakoś tak nie uznawałam sztywnych podziałów i chyba nie łykałam tak marketingowego kitu. Już podczas pierwszych testów umarłam z miłości. Zastanawiałam się jak to możliwe żeby ktoś tak idealnie wyekstraktował mój zapach. Zapach, który nawet teraz po 4 latach z roszkosznym dreszczykiem noszę o każdej porze roku i doby. Taka miłość nieczęsto się zdarza i doceniam to, co zostało mi dane ;)

Prawdziwy piorun namiętności. Frisson. Brzmi to infantylnie do porzygania - jakby zstąpiło na ziemię jeden ze sztandarowych zdań przewijających się w Harlequinach. Ale to prawda.

Nie przepadam za zdjęciem reklamowym. Jest dość odstręczające. To przekonceptualizowane ujęcie, zdzieranie z siebie majtek i pseudoorgazmiczna mina w świetle wielkomiejskich neonów. Ech.

Wiele mnie w tym zapachu urzeka - w szczególności chyba to, że ma tak wiele twarzy. Pomimo pozorów leniwej waniliowej zmysłowości zawiera w sobie dynamiczną iskierkę. Jakiś ironiczny uśmiech. Kompozycja nie jest strasznie skomplikowana, ale ma w sobie pewną tajemniczą głębię, zagadkowe bogactwo obliczy - mam wrażenie, że łączy się moją skórą, wyczuwa moje nastroje, nastawienie i zawsze układa się dokładnie tak, jak tego oczekuję.

Potrafi być dziecinny - pachnie wówczas jak trochę egzotyczny ryż na mleku aromatyzowany olejkiem pomarańczowym.

Potrafi być apodyktyczny, silny, nieustraszony i władczy - ma wówczas w sobie moc, trudną do zdefiniowania oryginalność i siłę przebicia, pewien elektryzujący błysk.

Potrafi być upojnie seksowny a wtedy za tą zniewalająco pachnącą kwiatem pomarańczy, jaśminem, drzewem snadałowym i wanilią istotą odwracają się wszystkie głowy.

Potrafi też być matczynie łagodny - kiedy jest puchowy, miękki, bezpieczny, waniliowo-mleczny. Aż chciałoby się w niego wtulić i oddychać nim żeby po chwili znaleźć ukojenie i spokój.

W odróżnieniu od zdjęcia zamieszczonego na początku klip reklamowy jest wspaniały. Wspaniały. Po raz pierwszy widziałam go stosunkowo niedawno i cały czas nie mogę się otrząsnąć z wrażenia. Ten intensywny bit dźwiękowy w tle, tajemnicze pomruki i atmosfera nieco rodem z psychodelicznego thrillera. Na początku zbliżenie na piękną buzię a potem widzimy jak piękne dziewczę miota się jak w klatce, dotykając po omacku ścian ciemnogranatowego pomieszczenia. Kilka fleszy przeszywającego ciało światła, kierowane prosto do ucha pomruki o zazdrości i namiętności... Parę zmysłowych obrazków pokazujących jak pobudzający może być dotyk. I upajanie się zapachem własnych nadgarstków. A potem kobieta wstaje jak kot, wyzywająco patrzy w oczy i daje Ci do zrozumienia, że i tak jej nie dorównasz.

Nie do końca wierzę, że można z całkowitą pewnością stwierdzić, że dany zapach nigdy nam się nie znudzi. Teraz też nie jestem tego pewna. Ale wiem, że to perfumy, którymi chciałabym pachnieć do końca życia - nawet jako nobliwa staruszka ;D Nawiasem mówiąc łatwiej przychodzi mi wyobrażenie sobie, że pachnę tym zapachem za 50 lat niż to, że rzeczywiście tyle lat kiedyś będę miała ... ;)

Nuty zapachowe: jeżyny, liść mandarynki, kwiat pomarańczy, jaśmin, róża, drzewo sandałowe, tonka, wanilia

sobota, 25 października 2008
Liryczna cielesność

Royal Muska, M. MicallefRoyal Muska

 To zapach opalonej skóry, gorących dni i parnych nocy. Niebiański aromat raju namiętności. Zapach miał powstać natchniony kremową zmysłowością leniwych kwiatów ylang-ylang i wynurzanym w miodzie bogactwie róż. Royal Muska jest egzotyczny i nieskończenie kobiecy. Benzoinowa baza i dojrzałe owoce dodają zapachowi smakowitego sznytu i powiewu tropikalnego powietrza.

 Wyjątkowo się zgadzam.

 Cały zapach podsumowałabym jako esencję nienachalnej zmysłowości i namiętności. To zapach niefizjologicznej cielesności zaprezentowanej tu jako dzieło sztuki miast

Charlize Theron w złocie

naturalistycznego prowokatora. Cielesność jest tu podmiotem lirycznym a nie narratorem filmu pornograficznego.

To lekko rozgrzana letnim słońcem naga kobieca skóra nieskalana ani jedną oznaką słabości na przykład w postaci kropli potu. Ten zapach jest niewinny, słodkawy, pudrowy. Ta idealność bez ani jednej milimetrowej rysy może trochę przerażać. Jednak jakimś cudem ta utopijność i idealistyczna wizja mnie przekonuje i pozwala uwierzyć w iluzję cudownego ideału. Lubię sobie wyobrażać podczas noszenia tego zapachu, że nie są to żadne perfumy tylko po prostu mój zapach ;) Czuję się nich jak dopieszczona, naturalnie zniewalająco piękna księżniczka ;D
Royal Muska niemal topi się na skórze, bardzo ściśle się z nią łącząc. Ta kremowa gładkość, niewinna, bardzo wydelikacona słodycz, którą jednak można niemal poczuć na języku... Och, poezja.

To jak na razie bezapelacyjnie najpiękniejsza perfumeryjna cielesność jaką poznałam.

Nuty zapachowe: ylang-ylang, róża, cenne drzewa, białe piżmo, owoce, benzoin

piątek, 24 października 2008
Nieprzyzwoita legenda

Organza Indecence, Givenchy

 Ten zapach pieszczotliwie nazywam Ojką, takie kreatywne przekręcenie funkcjonująceho skrótu OI z mojej strony ;) Może wykazuję w tym momencie oburzający liberalizm, ale dla mnie ten zapach raczej nie ma w sobie wiele z sugerowanej w nazwie nieprzyzwoitości. Odbieram ją jako jak najbardziej przyzwoitą. Przyzwoita, świetna jakościowo przyprawowa i dosładzana mieszanka o subtelnej, bardzo przyjemnej w noszeniu linii. Organza IndecenceCudownie układa się na skórze, otula swoim ciepłem, zachwyca nieprzesadzonym bogactwem i nieprzegiętym orientem.

  Na początku czuję w niej coś przyjemnie zaskakującego - jak zapach ciepłej Coca-Coli bez bąbelków w połączeniu z cynamonem z Big Reda. W chwilę później ujawnia się jeszcze woń waniliowego kadzidełka. (Taaak, wiem - odzywa się moja interpretacyjna miłość do wywąchiwania w zapachach wszelkich specyficznie słodkich akcentów). Później do tego dołączają korzenne, orientalne akcenty, które jednak nie przytłaczają mnie swoją egzotycznością i nieprzystawaniem do kultury europejskiej ;) To korzenie i orient w wersji pop. No i zero kwiatów - to lubię.

Ni to słodziak, ni to orient - dla mnie to jednak naprawdę przyjemny kolaż. Dopiero stosunkowo niedawno poczułam się w niej dobrze. Zdążyłam sprzedać ledwo napoczętą pięćdziesiątkę kupioną zdobycznie za ciężkie pieniądze i dobrych kilka miesięcy temu znów mi się zatęskniło. Na całe szczęście Givenchy postanowiło dobrodusznie wskrzesić z popiołów 10 ze swoich wycofanych zapachów pod szyldem serii Les Mythiques - w tym OI właśnie. Wszystkie zapachy zamknięto w identycznych nowych flakonach z lekko szronionego szkła. Oczywiście nasz polski rynek standardowo ominęły takie perfumeryjne atrakcje i biedne cynamonoholiczki muszą szukać bocznych dojść (francuskie i amerykańskie Sephory, berlińskie Douglasy czy firmowy salon Givenchy w londyńskim Harrodsie).
OI Mythical Fragrance
 Szczęśliwym trafem dokładnie w momencie kiedy świat obiegła ta radosna nowina o powrocie OI moja bliska koleżanka pakowała walizkę na wakacyjny wyjazd celem kelnerowania w Paryżu. Oleńko, buziak wielki dla Ciebie :) Widoczna na obrazku flaszeczka cieszy już od paru miesięcy mój nos i oczy ;)

Teoretycznie nie powinno być w nim nawet pół zmienionego akordu. W praktyce małej reformulacji w stosunku do zapachu wycofanego kilka lat temu chyba nie uniknięto. Wiadomo - względy ekonomiczne. Mnie osobiście wydaje się, że kolumna jest jednak słodsza, bardziej waniliowa podczas gdy Mythical jest bardziej surowa i przyprawowa. Na pewno jakiś wpływ ma tutaj wiek perfum itd, ale jednak mimo wszystko wydaje mi się, że pewna reformulacja zaszła. Subtelna, ale jednak. Jeśli dobrze pamiętam to Elve mnie w tym względzie popiera :)

  Nie ma sensu dzielić włosa na czworo. Pięknie jest.

Nuty zapachowe: mandarynka, cynamon, przyprawy, drzewno jacara, śliwka, wanilia, paczula, ambra, piżmo

Oto coś skrojonego dla mnie na miarę

pc02, biehl. parfumkunstwerke

    Uprzedzam pytanie. Nie, to co napisałam wyżej to nie wynik histerycznego, bezsensownego walenia palcami o klawisze klawiatury ani też odkryty kod html (choć to drugie wydaje się diabelnie Cardamonprawdopodobne. Biehl Parfumkunstwerke to zapachowe przedsięwzięcie uzdolnionego Thorstena Biehla współpracującego z sześcioma innymi perfumiarzami. Pierwsze dwie litery każdego zapachu marki to monogram autora. Następujący po nich numer oznacza kolejność w jakiej powstawały. Pc02 to drugi z kolei zapach stworzony przez Patricię Choux na zlecenie pana Thorstena dla biehl.parfumkunstwerke. Prawda jakie to proste ;) ?

pc02Podejrzewam, że sama nie zwróciłabym uwagi na te perfumy. Jakoś zawsze omijałam wzrokiem tą enigmatyczną nazwę podczas szybkiego przeglądu luckyscentowego asortymentu. No i ten klasyczny (ascetyczny prawie ;) ) flakonik nawet w jednym procencie nie zdradzający jaki to zapach w sobie skrywa. Na początku mojej drogi w tym niezdarnym poruszaniu się po omacku po świecie niszy pomocnym ramieniem wspierała mnie pewna Dobra Dusza (tak Homyczku, dziękuję :) ). To właśnie ona na moje utyskiwania, że nisza rzadko babra się w mojej ukochanej rodzinie ekstremalnej słodyczy miała krótką odpowiedź. Znajduje się w podtytule tej notki.

      Poznałam ten zapach na jednym z wizażowych zlotów. W tym całym gwarze, pełnym ekscytacji harmiderze, ferworze walki i testowym wyperfumowaniu obu rąk aż po łokcie kilkunastoma zapachami na pierwszy plan wybijała się jedna migocząca gwiazdka. Uprzyjemniała mi całą długą powrotną podróż pociągiem.Pączki :) Jak to dobrze, że był to dość posunięty w czasie wieczór i przedział był kompletnie opustoszały. Na szczęście nikt nie podglądał mnie podczas tej niezwykle intymnej czynności jaką było wwąchiwanie się w wierzch dłoni i upajanie się własnym zapachem.

     To ekstremalna słodycz totalna, sprawiająca wrażenie wzbierającej na sile wraz z upływającym czasem. Prawda jest taka, że tylko prawdziwy bezapelacyjny miłośnik węglowodanów i mentalny siłacz w jednym podoła tej obezwładniającej, jednoznacznej słodyczy i da radę nosić na własnej skórze pc02 dłużej niż godzinę.

"Circus and cotton candy. Giggling butterflies in a belly. Maximum high spirit."

Miód

  To jednorodna i gładka kompozycja. Jest przyjemna w dotyku, ale nie za sprawą częstej w przypadku słodziaków puszystości i kremowości. To gładkość perfekcyjnej linii idealnie rozprowadzonego na pączku różowego lukru. Jedyną chropowatą fakturą, którą na swojej drodze spotyka błądzący język jest kolorowa cukrowa posypka. Co jakiś czas za sprawą podmuchu ciepłego oddechu sypki cukier puder wzbija się na kilka milimetrów w górę i niespiesznie opada. Płynny, lepki miód leniwie spływa w dół po łyżce prosto do wypełnionej po brzegi miseczki. Tuż obok leży puszysty obłok waty cukrowej, który niecierpliwie rwę w palcach i łapczywie kawałek po kawałku rozgryzam w zębach i łaskawie pozwalam rozpuścić mu się w ustach. Każdy smakołyk naznaczony jest garścią pikantnych, egzotycznych przypraw, które podkręcają temperaturę kompozycji i dodają jej pozorów wyrafinowanego sznytu. Paczula występuje tutaj w rozgrzanym, może nawet nieco kadzidlanym wydaniu, ścierając się z depczącym mu po piętach ciepłym, nienachalnym piżmem.

 Na razie dopieszczam się próbką. Chcę więcej.Spices

 Napakowałam w tej notce obrazków w ilości absolutnie przesadnej ;) Po pierwsze - ten zapach tak na mnie działa. Kiedy tak pachnę nie mogę się powstrzymać od podążania za konwencją i nie upajać się rozkoszną przesadą. Po drugie - bardzo chciałam podjąć próbę dokładnej ilustracji tego co czuję.

 

Nuty zapachowe: bergamotka, biała lawenda, kardamon, przyprawy, piwonia, frezja, nuty drzewne, paczula, fasola tonka, miód, piżmo

  

czwartek, 23 października 2008
Zapach oceanicznego mlecza i biedronki

 Hyle, Farmacia SS. Annunziata dal 1561

Mlecz

Hyle to zapach dość paskudny. Nieodparcie kojarzy mi się z zapachem, który kojarzę jeszcze z dziecięcych lat. Na łące zrywałam mlecze (mniszki lekarskie ;) ) nieświadoma faktu, że to mściwe diabelstwo zostawia na skórze brudzącą i conajmniej nieprzyjemnie pachnącą substancję. Podczas testowania Hyle mimowolnie zerknęłam na skórę dłoni czy przypadkiem na skutek kontaktu z tym cudownym płynem nie przyozdobiły jej malownicze plamy. Uspokajam, że nie przyozdobiły ;)

 Hyle pachnie gorzko, nieco toksycznie. Jest bardzo roślinno - oceaniczny, wykradziony naturze. W całej kompozycji bardzo drażni mnie wyraźnie wybijający się akcent ozonu. Nienawidzę tego akordu i jeszcze nie wąchałam zapachu, który miałby w sobie ozon i jednocześnie najnormalniej w świecie mi się spodobał.

 Nuty zapachowe: cytryna, bergamotka, mirra, lawenda, imbir, ozon, piżmo, drzewo jałowcowe, paczula

Kama, Farmacia SS. Annunziata dal 1561

biedronkaNastępną wylosowaną przeze mnie próbeczką z sakwy Farmacia Annunziata jest Kama. Jest przyjaźniejsza i najciekawiej pobrzmiewa w końcowych fazach. Początek jest jednak trudny, rozbolała mnie od niego głowa i musiałam się ratować miętową herbatą ;) Zapach zaskakująco przypomina mi Albę Profumum, choć z logicznego punktu widzenia nie ma ku temu żadnych podstaw. Składy są zupełnie inne. Może to kwestia tego specyficznego układania się na skórze, twardość, jadowitość, sztywność... Na samym początku czuję (uwaga, uwaga - znowu będzie o wydzielinach flory i fauny) zapach wydzieliny podirytowanej biedronki. Pomarańczowy płyn, który uwalnia żeby pozbyć się frustrującego ją natręta. Z założenia ma odstraszać i tak się dzieje. Kama mnie odstrasza. Czuję tą biedronkę cały czas i podobnie jak zatroskani europejscy winiarze panicznie zastanawiam się jak się jej szybko pozbyć. Każdy kto wątpi w to, że biedronka pachnie niech przeczyta ten artykuł.

Nuty zapachowe: olejek pomarańczowy, czerwony grejfrut, dzika róża, puder ryżowy, paczula, piżmo, wanilia, ambergris

Psychotrope dla koneserów

Psychotrope, Parfumerie Generale

   Mam wrażenie, że ten zapach z zamysłu nie miał być ładny. Rezultatem jest kompozycja na pewno niezwykła i niecodzienna, ale czy noszalna? Hm, dla tych osób, które z przyjemnością noszą demetrowskie pseudonaturalistyczne Rain, Snow czy New Zealand na pewno tak. Dla mnie zdecydowanie nie, bo już wstępne testy tych dziwadełek sprowadziły na mnie tęgie mdłości i przywołały skojarzenie z przykrym wspomnieniem z mojego wczesnego dzieciństwa kiedy to prawie utopiłam się w prototypie ogrodowego basenu wypełnionego deszczówką opijając się podczas tej czynności szlamem. Psychotrope

 Dzisiaj basen już z powodzeniem funkcjonuje i wygląda efektownie, ale mój wstręt do zapachu podtęchłej wilgoci, podejrzanie transparentnego powietrza i cierpkawej zielonej woni chwastów pozostał.

 Jeśli Psychotrope ma w sobie cokolwiek z sugestywnej nazwy to będzie to tania tabletka extasy, po połknięciu której człowiekowi stają nagle przed oczami takie obrazy, których wolałby nie widzieć a wąchane zapachy odkształcają się się tak, że wolałby tego nie wąchać...

 Ta szumnie odtrąbiona skóra (taaa... te skórzane płatki kwiatów) to jakieś nieporozumienie. Ta skóra jest taka cienka, że przy najlżejszym dotyku zrobiłaby się w niej dziura na wylot.

 To pierwszy zapach PG, który nie spodobał mi się nawet w minimalnym stopniu.

Nuty zapachowe: jaśmin, cyklamen, fiołek, bzowe drewno, czarna skóra, piżmo

Zabawy z kotem

Musc Ravageur, Frederic Malle Edition de Parfums

Ten zapach testuję i testuję i nijak nie mogę sobie o nim wyrobić jasno określonej opinii, którą podtrzymywałabym raz na zawsze. Za każdym testem wydaje mi się być inny i męcząco niedefiniowalny... ;)

Na początku odstręczał mnie swoją dziwnością i czymś co jednoznacznie kojarzyło mi się z niszowością w jej nadętym wydaniu. Drapał mnie ten zapach jak śmiertelnie znudzony kociak dopraszający się o uwagę i swoją dzienną porcję pieszczot. Co jest zabawne i na swój sposób urocze może przez 5 minut, ale nie przez cały okres rozwoju zapachu.

Kociak
A podczas kolejnych testów kociak nauczył się chować pazurki i nauczony doświadczeniem, iż lepsze efekty wyłudzające przyniesie przymilne ocieranie się puszystym futerkiem o ręce zaczyna działać według wyrachowanego planu. I Musc Ravageur mnie nie odrzuca lecz zachęca - zrozumiałam jego intencje i przyzwalam na ten zmysłowy rytuał wzajemnych pieszczot.

Nie, nie zdziera majtek. Nie odbieram go jako zapachu erotycznego, seksualnego ani nawet przesadnie seksownego. Jest miękki, przymilny, łaszący się i uroczy w sposób niejednoznaczny i banalny. Jest słodki (wanilia), przyprawowy (chmurka cynamonu), trochę cielesno-zwierzęcy (piżmo) z przewijającą się ciepło-chłodną metalicznością (smakiem krwi, która pojawiła się po jednym z głębszych kocich zadrapań).

Podoba mi się.

 Nuty zapachowe: bergamotka, mandarynka, cynamon, wanilia, piżmo, ambra

Włochata gąsiennica na żarówce i włochata gąsiennica pod liściem

 Molecule 01, Escentric Molecules

Gąsiennica Molekuły Jedynka to przesympatyczny, ekscentryczny dziwak - tak bym go określiła w telegraficznym skrócie. Jest tak odmienny od każdego istniejącego w przyrodzie składnika, że nijak nie można go prosto opisać i przyrównać z niczym realnym...

Nosząc Molecule 01 na nadgarstku mam wrażenie, że na mojej skórze przysiadła mała, włochata, puszysta gąsienniczka. Jest w nim taka delikatność, subtelność i miękkość przykrywająca pewno niedosłowne piękno. Zapach ewoluuje i później przywołuje skojarzenia z zapachem gorącej żarówki oraz utajoną, wysublimowaną, cielesną pudrowością zasnutą cieniutką smużką dymka ...
Naprawdę niesamowite wrażenie.  żarówka

 Molekuły są tak niepowtarzalne, wyjątkowe i delikatne, że szkoda mi narażać je na wyjścia na gwarną miejską ulicę i na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Siedzi sobie to śliczne stworzonko na moich nadgarstkach i szyi, przytula się do mnie tworząc intymną atmosferę. Niemal słyszę jego prośbę żebym ochroniła je przed całym złem tego świata i pozwoliła mu mościć się spokojnie na mojej skórze tak długo, jak tylko ma na to ochotę.

Jest stosunkowo trwałe, ale na swoisty sposób. Nie tworzy ogona ani nie wczepia się w ubrania tylko bardzo silnie łączy się ze skórą. Jest wyczuwalny kilka godzin po aplikacji, ale dopiero przy zbliżeniu nosa do wyperfumowanej skóry.

 Nuta zapachowa: Iso E Super

 

   Molecule 02, Escentric Molecules

 W Molecule 02 również czuję tą uroczą włochatą gąsiennicę, która siedziała przyczajona już w Molecule 01. Tym razem jednak ujawnia się ona tylko na początku, bo potem już tchórzliwie skrywa się pod jakimś drzewnym liściem.

I cały ten zapach taki właśnie jest. Płochy do przesady.

Liść

 To transparentność i bezbarwność niemal nie do zniesienia. Wywołuje skromną irytację i chęć nerwowego wwąchiwania się we własną skórę dosłownie co 30 sekund w nadziei, że wywącha się w nim jakiś definiowalny konkret. Albo przynajmniej poczuje się ten zapach w jakimś przyzwoitym stężeniu.
Momentami dałabym sobie rękę uciąć, że sprytne Molekuły Dwójki uwalniają na mojej skórze jakąś frapującą, nieco lepką słodycz. Trochę jak drink z kostkami lodu. A potem ta słodycz wsiąka porami skóry i znika jak w odpływie kanału... Pozostaje bardzo cielesna pudrowość i lekki, mdławy, słodkawy posmak na języku ocierający się o metaliczność.

O ile Molecule 01 bardzo ciekawie układało się na skórze i potrafiło w specyficzny sposób umościć się na godziny to Molecule 02 zdecydowanie nie posiadło tej sztuki.

Nuta zapachowa: Iso E Super

 
1 , 2