poniedziałek, 07 lutego 2011
Guess who's back

Odniosłam wrażenie, że jednocześnie w równym stopniu zabrakło mi dwóch rzeczy niezbędnych do prowadzenia tego bloga. Głowy i serca. Trochę się działo. Ale z pewnych rzeczy nigdy się nie wyrasta. 

 Teraz jednak kreślę naprędce drobny anons zapowiadający prawdopodobną większą systematyczność. Przyczyn jest kilka.

 Pierwszy impuls miał miejsce kilka tygodni temu. Czekałam na telefon, który nie zadzwonił - chociaż miał. Zaczęłam snuć mapę skojarzeniową dotyczącą tego, jaka ziemska lub pozaziemska katastrofa mogła spaść na pewnego nieszczęśliwca, doprowadzając do unieruchomienia kończyn i uniemożliwienia mu wykręcenia mojego numeru komórkowego. Rozważania na temat szpitalnego savoir vivre'u i tego czy wypada mi zalewać się łzami na odziale intensywnej terapii (na której, jak domniemałam, zapewne będę  musiała odwiedzić pacjenta jeszcze tego wieczoru), przerwał polifoniczny dźwięk symulujący gwizd Elle Driver aka California Mountain Snake, zmierzającej by zaserwować Black Mambie śmiertelny zastrzyk. W skrócie - zadzwoniła komórka, a na wyświetlaczu Nokii ukazało się ispodziewane imię . Kiedy rozmówca dowiedział się jakie pomysły roiły się przed momentem w blond główce autorki tej notki, po raz kolejny usłyszała ona, że powinna bezzwłocznie zainwestować kapitał swej bujnej wyobraźni i spisywać każde, równie barwne lawiny skojarzeń. Hm, synestetycy urodzili się z takimi umiejętnościami, cóż począć.

 Kwestia kolejna. Duba Smalona mnie u siebie zalinkowała , co sprawiło że zrobiło mi się miło :) Od razu kiedy to odkryłam zrobiło mi się cieplej na serduchu. Ta dziewczyna może mnie u siebie linkować codziennie - nie widzę przeciwwskazań.

 Zupełnie inaczej ma się jednak sprawa z "inspirowaniem się" innego typu.  Jak mówi popularne porzekadło: "naśladownictwo jest najwyższą formą uznania". Jednakowoż podciągnięcie dalej opisanego występku niewiele wspólnego ma z życzliwym przemycaniem okreslonych trendów. Gdzie pojawia się Ctrl-V następujące po Ctrl-C, zaczyna się kopiowanie w najgorszym tego słowa znaczeniu. I ciśnienie podnosi mi się tym razem na skutek wydarzenia bardzo nie fair. Nie pierwszy raz ktoś kopiuje treść moich blogowych recenzji i wrzuca do swoich aukcji na Allegro. Niemniej razi i bulwersuje mnie to w dalszym stopniu - i z biegiem czasu co raz bardziej. Uważam, że zachowania takich złodziei własności intelektualnej są żenujące i obrzydliwe - to najbardziej dyplomatyczne określenia, jakie przychodzą mi do głowy w pierwszej kolejności. Nie istnieje żadna wymówka mogąca oczyścić takiego delikwenta z zarzutu o zbyt frywolne dysponowanie zawartością Fragrantiki. Czarno na białym widać, że to blog. Mój osobisty zbiór intymnych przemyśleń i wrażeń. W mojej zdroworozsądkowości nie łudzę się nawet, że komuś chciałoby się pofatygować o zapytanie mnie o zgodę na wykonanie kopii. Ale nawet w przypadku takiej drogi na skróty koniecznym jest podanie źródła, z którego się korzystało.

 A tutaj jak krowie na rowie kopiuj-wklej, nawet z zachowaniem literówek i emotikonów. Kradzież dla ubarwienia i uatrakcyjnienia swojej aukcję dla ukręcenia z tego choćby ciut więcej forsy. To tyle jeśli chodzi o bajeczkę o tym, że pasjonaci perfum to dobre, moralne duszyczki, wykazujące się lojalnością grupową i szlachetnością. Co to nie okradną podobnego jemu pasjonata.

kradziej

  Tak więc chciałam tylko powiedzieć, że uważam to za świństwo i złodziejstwo. Ale gorączkować się na okoliczność walki z wiatrakami również nie planuję. Moje recenzje na Allegro widziałam już co najmniej 10 razy. A to ciekawe, bo generalnie nie przesiewam tego portalu ze specjalną namiętnością.

 I właśnie z powodu wyżej wymienionego podejścia części "internautów" z dużym żalem zrezygnowałam z publikacji mojej pracy naukowej na temat perfum we współczesnej kulturze oraz szkicu o perfumoholikach. Zbyt ciężko nad tym pracowałam, żeby ktoś kilkoma kliknięciami myszy wyciągnął łapy po to, co nie jego. I jeszcze ciągnął z tego korzyści jak z dojnej krowy. Po moim trupie.

 Kij ci w oko kradzieju. Dziękuję, dobranoc.

piątek, 09 kwietnia 2010
Rąbek tajemnicy

Regularny rytm publikowania kolejnych notek leży na łopatkach i żałośnie kwiczy. To jednak nie do końca tak, że mnie po prostu nie ma. Rozwiązanie jest bardziej skomplikowane i tajemnicze ;)

psst! Chciałabym jednak zapowiedzieć, że jestem w trakcie przygotowywanie czegoś ekstra. Długo zastanawiałam się czy skusić się na publikację całości lub fragmentów na blogu - i chociaż decyzja w dalszym ciągu nie została podjęta ze stuprocentowym przekonaniem - to myślę, że jednak za kilka tygodni będzie można przeczytać tu coś dużego. Bardzo dużego. W co włożyłam kawał serducha, lata myśli i długie godziny researchu, szperania, kompletowania, notowania, rozpisywania i składania.

 To będzie coś. Z czego już nawet na aktualnym etapie jestem diablo dumna :)

 Szczegóły w swoim czasie ;)

piątek, 25 grudnia 2009
Anatomia kryzysu

 Jest pewno słowo na "k", którego odmiana przez wszystkie możliwe przypadki we wszystkich mozliwych mediach, wszystkich możliwych krajów doprowadziła najpierw do globalnej paniki a następnie stało się kozłem ofiarnym w tłumaczeniu przyczyn wszystkich katastrof. Od wariujących wskaźników średniego kursu euro po świńską grypę i zgon Michaela Jacksona. Ten rok obfitował w powtarzanie do dokumentnego znudzenia słówka na "k".

 Inna sprawa, że my jako Polacy po raz kolejny dowiedliśmy naszej wyjątkowości i misyjnej funkcji na arenie światowej, ponieważ Donald Tusk dotrzymał słowa i stał się cud nad Wisłą. Słówko na "k" ominęło nasz kraj - jako niemal jedyny na świecie. Ekonomiści, maklerzy i inne tęgie głowy nie mają oczywiście zielonego pojęcia w czym upatrywać przyczyn, ale są tacy którzy wiedzą. To cud, po prostu cud - co tu więcej tłumaczyć.

 To taka dygresyjka...

kryzys

 Bo będzie kilka zdań na temat kryzysu. Perfumeryjnego u perfumoholika. Z tematem tym czuję aktualnie duchową więź, która narodziła się od momentu kiedy to parę tygodni temu obudziłam się w nocy z krzykiem i głową pełną myśli o zamknięciu bloga. Rozsypujące się z głowy ciągi zdaniowe były tak upierdliwe, że musiałam je wszystkie spisać na kartkę żeby udało mi się w spokoju udać się ponownie w objęcia Morfeusza.

 Dostawałam i dostaję często przemiłe (i głaszczące pod bródką mruczące z zadowolenia ego) wiadomości o tym jaka to jestem fajna a czego konsekwencje są widoczne na blogu. Ja i mój blog po prostu jesteśmy fajni - taki był morał. Jeden z czynników składających się na to, że blog jest fajny i atrakcyjny to fakt, że jest często aktualizowany, żywy - a przez to wciągający jak wielorozdziałowa opowiastka kończąca się za każdym razem w połowie momentu kulminacyjnego. Tymczasem ostatnio stało się coś, co cały ten sprawnie działający mechanizm zburzyło. A właściwie kilka czynników. Jeśli jeden z nich miałabym przełożyć na język muzyki rockowej to byłaby to analogia z przejścia od "I Still Haven't Found What I'm Looking For" U2 do "I Just Don't Know What To Do With Myself" White Stripes*. Czyli gwałtowne zatrzymanie się na przemierzanej drodze i oddawanie się jaraniu, pasjonowaniu i ekscytowaniu każdym kolejnym wątpliwym lub mniej wątpliwym dziełem sztuki. Podczas gdy okazuje się, że to czego tak naprawdę szukałam cały czas było obok i na wyciągnięcie ręki. Ale nie dawałam wiary, że można znaleźć nie szukając. Tak więc w konsekwencji następuje pytanie czy dalsze poszukiwanie czegoś lepszego niż Święty Graal ma jeszcze sens. A może to już nie jest poszukiwanie. Ale w takim układzie czym jest? No i mam I just don't know what to do with myself.

 Te rozterki odnośnie sensu zgłębiania rozpoczętej parę lat temu zajawki zaczęły mieć znaczenie nie warte splunięcia w obliczu prawdziwych życiowych tragedii i katastrof, które wysypywały mi się niczym z puszki Pandory przez ostatnie trzy miesiące. Nie wiedziałam dotychczas że człowiek może tak cierpieć. Modliłam się tylko żeby nie stało się już nic więcej co wywołałoby najmniejszy adrenalinowy skok, bo sprawiał tylko ból. Chęć stablizacji i spokoju, tak dotychczas nielubianych i wywołujacych zmęczenie, stały się największymi wartościami. Brak wywołujących silne emocje bodźców zmuszających do reakcji i nie zmuszanie do myślenia. Jeden i ten sam zapach na poduszcze, płaszczu, skórze, jego bluzie. Tak dokonale znajomy i pocieszający, że nie wszystko na tym świecie jest nieobliczalne i nieprzewidywalne.

 I jeszcze inna sprawa. Daigee to moje alter ego i tożsamość ukryta ujawniająca się tylko za pomocą internetowych refleksji. Jej poczynania są zrozumiałe i aprobowane wyłącznie przez "takich jak ja". A z rozmów z bliskimi w zapachowej doli wiem, że to po prostu nasza cecha osobnicza. Okazuje się, że nie do końca zaczął mi pasować swoisty coming out w skali mikro, który zabrnął za daleko. O moich relacjach z majtkozdziercą, lutkach-fiutkach, pogoniach za króliczkami i zawartości mojej szafy czytają osoby spoza sekty i to już inny etap. Alter ego i tożsamość ukryta zostają pozbawione maski.

 Nie da się (i nie można!) jednak tego tak po prostu rzucić. Cecha tego typu wrażliwości i wyczulenia na piękno to nie nabytek, który w pewnym momencie można uznać za zamknięty rozdział. Cały czas się to w sobie nosi - choć być może momentami w stanie zimowej hibernacji.

 

* Polecam klip szczególnej uwadze czytelnika ze względu na wyjątkowe walory estetyczne. A właściwie spapranie świetnego konceptu frontmana White Stripes (Jacka White'a). Polecił on reżyserce (Sophii Coppoli) przekazanie w teledyskowej etiudzie smutku oraz pustki egzystencjalnej ujawniającej się w oczach i duszy rozdartej rozpaczą po utracie sensu życia striptizerki (Kate Moss). To przykład jak bardzo realizacja fajnego pomysłu może być cienka i przejść bez echa - chociaż realizowana przez kilka dobrych w swoim fachu głów - jeśli zabraknie między nimi dobrej komunikacji.

poniedziałek, 09 listopada 2009
Majtkozdzierca i ja

 Miss Natasha znowu  będzie się lansować w gościnie u najfajniejszych nosów tego świata (wcale jej nie zazdroszczę! ani tyci tyci!) i na tą okoliczność uciełyśmy sobie pogawędkę. No i naszło mnie wspomnienie złości i bezsilnego rozczarowania - tak, jest to silnie powiązane z Frederic'iem Malle i najwybitniejszym zapachem podpisanym jego nazwiskiem (między innymi, bo na flakonie tradycyjnie znajduje się również informacja o autorze - w tym wypadku to Maurice Roucel). Tytułowy bohater to Musc Ravageur. Legenda Drapieżnego Piżma w światku perfumeryjnych koneserów jest porażająca. Słusznie zdobi perfumiarskie firmamenty, bo to prawdziwa bestia - i miałam kilka okazji aby się o tym osobiście przekonać. Na innych potrafi pachnieć zgubnie, grzesznie, perwersyjnie, okrutnie, władczo... Długo by wymieniać.

 Od momentu kiedy to ciekawsko podpytywałam o niego w forumowych wątkach dyskusyjnych i zbierałam do kieszeni okruchy impresji, minęło trochę czasu. A tymczasem erotyczny apetyt zaostrzały historie opowiadane przez poprzednie użytkowniczki majtkozdziercy, które to możnaby było spisywać - tworząc tym samym scenariusz do niegrzecznego przedstawienia w kilku aktach. Zastanawiałam się razem z Anuschką czy odpowiednim kawałkiem muzycznym byłoby Deeper and Deeper Dave'a Gahana czy raczej Hands Around my Throat Death in Vegas. Myślę, że mogłoby to być coś pomiędzy. Rockowy sznyt, ale i industrialna, offowa elektronika z rytmicznym bitem o trip-hopowym zacięciu. No i tekst o seksie. Oraz klip o seksie. Żeby jednak skonfrontować się z tą legendą osobiście nie ma innego wyjścia poza zażyciem skromnej naskórnej dawki. W końcu musiało mi się poszczęścić i trafiło do mnie parę próbek a w końcu przeseksowny, dziesięciomililitrowy atomizer z travel setu. No i cholera jasna. Skucha. Pisałam już tutaj jego recenzję więc notka nie ma na celu wchodzenia drugi raz do tej samej rzeki. Dzisiaj o czymś innym.

Anja i Sasha

Zdjęcie: Anja Rubik i Sasha Knezevic w obiektywie Camilli Akrans

 Bo na mnie zostałby zwolniony ze wszystkich oskarżeń o dobieranie się do majtek, molestowanie seksualne i gwałt na opuszczonym strychu. Bo jest... niewinny. Leczniczy. Figlarny. Syropowy i gęsty. Milusi i kocurkowy. Jedyną fizjologicznością, którą przy pewnym pokładzie dobrej woli można było namierzyć okazało się nieco śliny i krew, która zmieściłaby się na łebku od szpilki. To co wącham podoba mi się, ale nie jest tym, czym powinno być.

 Na zlocie postanowiłam ostatecznie zapytać o zdanie Katt. Bardzo lubię jak ocenia na mnie zapachy i wiem, że ma rację. No i tak jak podejrzewałam, utwierdziła mnie w przekonaniu, że... to nie to. Nie jest seksowny i rozerotyzowany nawet za grosz i bardzo przypomina przede wszystkim dziecięcy syrop na kaszel, którego podobno nie mam już prawa pamiętać, bo był w użytku ponad dwadzieścia lat temu.

Niech to szlag?

 Poczułam się niejako znieważona przez te perfumy. Najbardziej seksiarski zapach, o którego brutalności i nieobliczalności możnaby napisać książkę przy mnie dostał małpiego rozumu, uwstecznił się i totalnie zinfantylizował. Miałam ochotę na niego wrzasnąć, potrząsnąć nim i powiedzieć "a właśnie, że potrafię być seksowna. Tylko chwilowo nie mam na to ochoty" i zatrzasnąć za sobą drzwi. To ostatnie z taką siłą i złością, że aż szyba poszłaby w okruchy - wierzcie mi, że tak potrafię. Biedna szyba drzwiowa poległa przy mojej porywczości już trzy razy w przeciągu ubiegłego roku. A potem byłoby słychać tylko donośny, stopniowo oddalający się stukot moich obcasów na marmurowych schodach.

Ponosi mnie fantazja. Przecież ja nie noszę szpilek.

czwartek, 03 września 2009
Zgapiara

Zgapiłam od Elve. Przyznaję się bez bicia. Ale takie to słodkie, że nie oparłam się pokusie ;P

Annie, nie wiem jakim cudem, ale się załapałaś - wniosek z tego taki, że za często o Tobie piszę ;P Widzisz się ;P ?

moje wordle

Wordle

niedziela, 14 czerwca 2009
Retrospekcja. I kilka wniosków

  Wiosenne porządki często owocują jakimiś ciekawymi odkryciami. Trzema bluzkami jeszcze z papierowymi metkami wciśniętymi w najciemniejszy kąt szafy, opaską do włosów z cyrkoniową gwiazdką, którą już dawno spisaliśmy na straty podczas gdy ona spokojnie przebywała w ostatnim miejscu o które byśmy ją nie podejrzewali, stosik liścików od koleżanek z podstawówki, bardzo zdeaktualizowane karty walentynkowe czy kolekcję komiksów z wczesnego dzieciństwa. Jeśli1 poszpera się w komputerze i zapuści żurawia do dawno nie oglądanych katalogów również można natrafić na wyjątkowo ciekawe okazy. Między innymi na zdjęcia kolekcyjne sprzed roku i dwóch lat. Z pewnym rozżewnieniem wspominam ten okres. Nie znałam niszy ani nawet niespecjalnie mnie do niej ciągnęło, każdy flakon miał swoje ściśle określone miejsce w szeregu, miałam trochę inny gust... Stawiałam pierwsze kroki w kierunku odnalezienia tego co "moje", nie będąc jednak świadoma tego że jeszcze za dużo we mnie z dziecka aby szukać swojego stylu i trochę na to za wcześnie. Nie można wstydzić się tego kim się było, na pewno warto po prostu być tego świadomym. Co ciekawe sporo zapachów jest ze mną od samego początku perfumoholizmu i wydaje mi się, że będzie już zawsze i do końca moich dni ;) Jakie to pokrzepiające dowiedzieć się, że miłość od pierwszego wejrzenia może potrwać lata.

  Ten wpis to tak na fali przypływu uczuć do moich flaszek ;) 

 Tkwiąc w perfumeryjnej pasji już od jakiegoś czasu ciężko nie zadawać sobie pytań "dlaczego?". Przez otoczenie na ogół często takie zamiłowanie postrzegane jest jako ekstremum snobizmu (kiedy postronny obserwator dowie się ile to kosztuje), bycia totalnym dziwadłem, który ma wizje kiedy się nawącha (kiedy postronny obserwator poczyta recenzje perfum autorstwa perfumoholików) a może i oznaka bycia pustakiem babrającym się w kosmetykach (bo perfumy sprzedają w perfumeriach, co nie?). Tłumaczenie się to wychodzenie ze strefy komfortu, a nikt przyparty do ściany nie lubi jej opuszczać. W sumie niespecjalnie ruszają mnie potencjalne negatywne opinie. Nawet nie dlatego, że stanowią zdecydowanie mniejszy procent w stosunku do tych entuzjastycznych, ale po prostu dlatego że to mój biznes czym zajmuję się w czasie wolnym oraz jak i dlaczego pachnę. Na przykład. A ponadto sama lubię ludzi z egzotycznymi pasjami ;)

 Bliskie jest mi stwierdzenie holenderskiego duetu Viktora i Rolfa, którzy mówią czym jest zapach.

 "Zapach to gest, odczucie. Zapach to podwoje do świata zaczarowanych wrażeń. To kwestia skóry, kontaktu, odczuwanych emocji. Magia na żywo."

  Lubię magię.

czwartek, 21 maja 2009
Komunikat

Mały komunikat dla Szanownych Czytających tego bloga :)

Niepowołanym skutkiem ubocznym powszechności internetu jest między innymi trollizm i stalking. A jak rzep się przyczepi do psiego ogona to okazuje się, że potrafi trwać w tym stanie ponad dwa lata i końca nie widać. Uprzykrza, zaczepia, obraża, wyłudza próbę kontaktu, nagabuje, podszywa się pod dziesiątki osób, wypisuje w internecie bzdury, knuje i generalnie odnieść można wrażenie, że w życiu zajmuje się niewieloma rzeczami poza kombinowaniem co by tutaj znowu. Banowanie numeru IP nic nie daje - troll uważa, że jest chytry i nienamierzalny jeśli ma zmienne IP.

Komentarze kasuję na bieżąco, ale swój cenny czas staram się dzielić pomiędzy mnóstwo, mnóstwo innych zajęć tak więc nie mam fizycznej możliwości być online 24/7 i usuwać rzeczonych bzdur w sekundę po ich pojawieniu się. Warto więc potraktować te emanacje ujawniane w konkretnych komentarzach na moim blogu jako swoistą ciekawostkę socjologiczną, okoliczność przyrody, którą - zdradzam ten fakt z autopsji - mogą wywołać fale radosnego politowania.

Pozdrowienia,

Daigee

niedziela, 10 maja 2009
Tak sielsko, tak anielsko

  Chyba już wspominałam, że ubóstwiam Angel. Właściwie towarzyszy mi nieodparte wrażenie, że z drobnymi przerwami powtarzam to tu na blogu do znudzenia... ;D Ostatnio mam na ten mój signature scent autentyczny ciąg. To u mnie coś zupełnie nowego i po chwili namysłu dochodzę do wniosku, że takie podejście do zapachu zdarza mi się po raz pierwszy w życiu. Najpiękniejsze perfumy - wybierane przeze mnie przecież po ostrej selekcji i z pełnym przekonaniem - używane codziennie przez zaledwie kilka dni zaczynały mnie nudzić. Z kolei bohaterem tego wpisu mogę pachnieć non-stop od jakiegoś roku. O każdej porze doby, na każdą okazję i jako dodatek do każdego ubrania. Anioła odkryłam ładnych kilka lat temu, były moimi drugimi z kolei perfumami (po dziewczęcym Baby Doll a równolegle z Addict). Z każdym kolejnym użyciem coraz lepiej je rozumiem a ta nieoswojona istota z kolei staje się w stosunku do mnie coraz bardziej ufna. Już nie walczymy o to, kto kogo zdominuje - choć cały czas podkreślam, że wypracowanie tego układu zajęło nam sporo czasu. Teraz znajdujemy się w punkcie, w którym o zapachu Angel mogę powiedzieć - oto ja. Przeglądam się w nich jak w lustrze. I mogę nimi pachnieć bez przerwy. 

  To jedyne perfumy, w przypadku których pomimo faktu, że nie są wycofywane - i co więcej absolutnie się na to nie zanosi - a mimo wszystko włącza mi się jakiś totalnie irracjonalny chomiczy instynkt. 6 flakonów. Bo zawsze muszę mieć przy sobie błękitną gwiazdkę.

  Te flakony są absolutnie przepiękne wizualnie - cieszą oko a obracane w dłoni działają kojąco. Geometryczna asymetria, szkło ciętę pod wszystkimi możliwymi kątami a w środku cichutko chlupocze magiczny płyn w kolorze lodowatego nasyconego błękitu. Oto moje anielskie stado. Błękitna gwieździsta trzódka.

  •  flakon największy to edycja Rising Star
  •  najmniejszy to Fetish Star
  •  Magic Star druga od lewej na drugim planie
  •  Shooting Star sztuk 2 na pierwszym planie
  •  Star Collection pierwsza od lewej na drugim planie

2

3

 Na fotce nie ma anielskiego balsamu, kremu oraz odżywki do włosów z serii uzupełniającej, bo pomimo świetnych właściwości nie reprezentują sobą specjalnie oszołamiających walorów wizualnych ;)

środa, 06 maja 2009
Najpierw krótko o L'olfactive 127 a potem wpis zbacza na tematy rodzinne

 L'olfactive 127, Crazylibellule & the Poppies

    Próbeczkę zdobyłam skuszona wyjątkowo intrygującą - bo niewiele zdradzającą - nazwą. Ach ... "L'olfactive" tak fajnie brzmi. Gdybym jeszcze tylko umiała powiedzieć 127 po fhrancusku ;P Jolko_z_Paryża, pomożesz i tym razem ;) ? Pamiętam też, że dziewczyny które kupowały perfumy w formie sztyftu tej marki również były całkiem zadowolone.

1

 A więc co tutaj mamy..? Okazuje się, że pomimo faktu że ogromnego odkrycia perfumiarskiego tu nie poczyniono, perfumy te ogromnie podobają mi się z pewnego, trudnego do wcześniejszego przewidzenia względu. To zapach przede wszystkim bardzo czysty - jednak broń boże nie w wodno-ozonowym tego słowa znaczeniu. Dominuje w nich zapach frezji, meszku ze skórki brzoskwini oraz słodko-pudrowa woń miękkiej, młodej, kobiecej skóry. Niewinność i naturalne piękno. Świeżo wyprane ubranie wsunięte na czyściutką skórę, jeszcze minimalnie wilgotną po szybkim prysznicu w letniej wodzie. Podejrzewam, że dokładnie tak pachnie dla wampirów skóra dziewicy ;)

Nuty: brzoskwinia, mandarynka, kwiat pomarańczy, jaśmin, róża, frezja, ylang-ylang, drzewo sandałowe, piżmo

  Dokładnie tą kategorię zapachową (zapach dziewicy, hehe ;) ) umiłowała sobie moja osobista siostra. Tak więc wiążę z tego typu akordami jak najbardziej pozytywne skojarzenia. L'olfactive 127 pachnie nią. W tych perfumach czuję jej charakter i aurę i momentalnie uśmiecham się do własnych myśli, kiedy uświadomię sobie jak bardzo się różnimy. Moje ekstremalne słodycze jej "śmierdzą" a ja nie pojmuję jej umiłowania ukierunkowanego na eteryczne kwiatowości i krystaliczną czystość. Żeby było ciekawiej mama z kolei upaja się starymi Guerlainami siekącymi szyprami i aldehydami oraz dusznymi woniami orientalnych kadzideł. Nasze ścieżki perfumeryjne nigdy się nie przecinają. Nigdy nie powstały (i nie powstaną!) takie perfumy, którymi mogłybyśmy się z przekonaniem dzielić. Często w końcowym etapie przygotowań do wspólnego wyjścia, kiedy się perfumujemy, nie szczędzimy sobie nawzajem kąśliwych (ale zaprawionych miłością oczywiście ;P ) komentarzy o tym kto "urwał się z arabskiego haremu" (mama), kto "śmierdzi chemią" (ja) a kto "użył za wiele płynu do płukania tkanin" (siostra) i licytujemy się która z nas będzie miała bardziej uchylone okno w samochodzie podczas podróży do punktu docelowego.

1

  Trudno mi uciec od pytania skąd bierze się perfumeryjny gust. Jak to się dzieje, że dla osób z tak podobnym genotypem ten sam zapach perfum może być odbierany tak odmiennie - jako bardzo przyjemny i atrakcyjny, albo kompletnie nie nadający się do noszenia i wdychania. Nie zadziałał tu czynnik genetycznego zakodowania na to co perfumeryjnie piękne i szpetne. Nie wpłynął na niego również mechanizm socjalizacji, bo wychowywałyśmy się w obrębie tej samej rodziny (choć nieco innych realiach z uwagi na różnicę pokoleniową). Po prostu już urodziłyśmy się różne ;) Warto jednak zauważyć pewną rzecz - choćby na przykładzie rzeczonego (siostrzanego) L'olfactive 127 czy (maminego) Mitsouko. Pomimo obiektywnego faktu, że za sprawą tego pierwszego ziewam ze znudzenia a za sprawą drugiego dosięga mnie migrena rozsadzająca mózg, to mam z tymi zapachami paradoksalnie skorelowane bardzo pozytywne uczucia. Mimo tego, że perfumy te same w sobie są wedle mojego odbioru dość wstrętne, to wiem że za ich zapachem kryje się drugie dno.

Jestem w stanie uszanować, a nawet pogodzić się z wyborami osób, które kocham - nawet jeśli tak dotkliwie drażnią moje zwoje nerwowe... ;)

niedziela, 03 maja 2009
Kiedy po raz pierwszy w tym roku poczułam wiosnę...

   W pierwszy dzień długiego weekendu. Fakt, ostatnie dni rozpieszczają moją okolicę rozkosznie słonecznymi dniami i coraz śmielej wędrującym słupkiem rtęci w okiennym termometrze. Ale wiosna to nie tylko ciepło. To między innymi cała budząca się do życia roślinność, która przy okazji wydziela przyjemne kwiatowe zapachy. Pierwszy raz w tym roku poczułam wiosnę w ubiegły piątek. Byłam ubrana od stóp do karku w skórzane odzienie, szyję szczelnie okręciłam bawełnianą chustą, dłonie skryłam w grubych rękawicach a moja głowę chronionił ciężki kask. Motocykl sunie po asfalcie jakąś setkę, ostro wchodzimy w zakręt a ja przez lekko uchyloną szybę wizjera czuję sprytnie wsuwający się zapach L'eau d'Hiver. Z tym że tym razem nie był to syntetycznie wyekstraktowany słodko miodowy zapach lipy i krystalicznie czystego powietrza mijanego w pędzie, ale żywa inspiracja Jean-Cleaude'a Elleny. Nieporównywalnie piękniejsza, bo namacalna, żywa i otaczająca mnie z całym swoim entuzjazmem i siłą, której nic nie powstrzyma.

   Tak. Mamy wiosnę. I nawet długo nie padał deszcz ;) 

środa, 25 lutego 2009
Subtelna zmiana preferencji

Change

 Parę dni temu kompletnie przypadkowo coś sobie uświadomiłam. Miało to miejsce podczas wymiany zdań na perfumiarskim forum z pewną osobą, z którą jeszcze kilka miesięcy temu łączyło mnie bardzo ogromne podobieństwo perfumeryjnego gustu i poczynionych w związku z tym zakupów. Nasze kolekcje oglądane z odległości paru metrów możnaby pomylić. Na takie zjawisko istnieje w pewnych kręgach jedno infantylne określenie - a mianowicie "zapachowe siostry" ;) A więc rozmawiałam z moją zapachową siostrą ;P Przyznała że skusiła się na zakup małej pojemności Black Orchid zachęcona w dużym stopniu tym, że tak się nimi zachwycam - a zdarzyło nam się wielokrotnie deptać sobie nawzajem po piętach podczas polowań.

  Blugirl, pozdrawiam Cię z tego miejsca ;) Oraz Olika, NoskaNoska i Burn-it-up - pozostałe siostry ;)

  Haha, moją biologiczną siostrę przy okazji też pozdrowię - co sobie będę żałować ;P

  O czym to ja... Aha.

  No więc podczas tej rozmowy zaczęłam się zastanawiać czy Black Orchid rzeczywiście spodoba się mojej siostrze. Ze zdziwieniem odnotowałam, że nie jestem przekonana (a do niedawna w ciemno polegałyśmy na swoich wzajemnych wyborach) - a co więcej - intuicja podpowiada mi, że niestety zakupiona w ciemno mała pojemność może dla niej okazać się skuchą... Kolejnym punktem mikrorefleksji było skontestowanie iż nagle kompletnie Dracula Cupcakeprzestały mnie kręcić składniki, które jeszcze dobrych parę miesięcy temu stanowiły silną oś moich zapachowych wyborów. Przede wszystkim definitywnie odsunęłam na bok kompozycje, w których dominują owoce. W dalszym ciągu dosyć mi się podobają, ale ... nie wywołują motylków w brzuchu. Jak czynią to teraz rozkosznie przesadne w swojej obezwładniającej formie charyzmatyczne waniliowce, ekstremalne słodycze zaprawiane paczulowym kurzem tajemnicy, nugatowo-czekoladowe hiperkaloryczne bomby, kokony z różowej waty cukrowej, dosładzane wanilią cynamonowe burze oraz trujące kwiaty, które jak najlepszy drapieżnik kuszą pięknym wyglądem i upajającym zapachem. W międzyczasie podryfowałam sobie w absolutne ekstremum słodyczy zaprawione odrobinką mroku. Nie bawią mnie już patery z owocami i landrynki.

  Gourmande'owa stylistyka upodobań została zachowana, ale jeśli przyjrzy się temu bliżej to łatwo zauważyć, że zmiana jest dość wyraźna. Większa moc, preferencja wyraźnego ocieplenia kompozycji, rozsmakowanie się w przyprawach, słodycz ekstremalna i totalna. Tylko takie zapachy mi się podobają, tylko w takich zapachach czuję się sobą.

  Im więcej testuję tym więcej widzę możliwości wyboru. Im więcej możliwości, tym bardziej naturalną koleją rzeczy jest ewoluuowanie gustu. Zauważam teraz jak bardzo odmiennie brzmią słodycze w mainstreamie i w niszy. Szala baaardzo silnie przechyla się na korzyść tej drugiej. Jest po prostu o wiele ciekawiej pod każdym względem - interpretacyjnym, prezentacyjnym, ideologicznym... ;) Składniki są wyższej jakości i brzmią bardziej apetycznie a przy tym prezentują niesamowity charakter. To oczywiście nie jest żelazna reguła, która obowiązuje zawsze, ale spokojnie mogę zaryzykować stwierdzenie, że to bardzo silna prawidłowość.

  Co jakiś czas mam takie chwile kiedy od nowa zachwycam się moim pachnącym skarbczykiem. Z błąkającym się w kąciku ust szaleńczym śmiechem Jokera obracam w palcach każdy eksponat, wącham, upajam się i nie dowierzam, że można stworzyć coś tak pięknego, trafiąjącego w serce tak silnie, że człowiek ma wrażenie, że padnie na parkiet i już nie podniesie się po tym zachwycie.

  Czekam jeszcze na dwie przesyłki z perfumeryjnymi nabytkami a potem planuję zrobić sesję fotograficzną mojemu przychówkowi ;) Będzie ... bardzo słodko. Osoby o niskim poziomie tolerancji cukru będą proszone o to by dla własnego dobra zamknęły oczy :P

niedziela, 04 stycznia 2009
Zaraz wracam

 ?

  Dopadł mnie cholerny ból tworzenia spowodowany szeroko rozumianymi zawirowaniami. Nie mam serca do recenzowania i do podążania za wizją jaka mnie szturcha w ramię podczas testowania nowych zapachów. Ubsent minded na maksa.

 Wracam już za chwilkę. Za wiele dzieje się w moim skarbczyku z próbkami żebym mogła odpuścić ;) 2-3 dni na ogarnięcie i wracam z recenzją nowości Parfumerie Generale - Dramą Nuii i Felanillą oraz dwoma chyba najbardziej awangardowymi zapachami marki, na które - jak wyczytałam w Elle ostrzą sobie zęby snoby ;) - Odeur 71 i Odeur 53.

 
1 , 2