czwartek, 11 lutego 2010
Tłusty czwartek!

A więc notka okolicznościowa. Subtelne akordy jadalniane stanowiące w całej kompozycji błyszczący dodatek będą tu zbyt dyplomatyczne. Mowa o dosłowności i prawdziwym ciosie między oczy. Przez żołądek do serca!

Od dawna mam ochotę zamieścić mój do bólu subiektywny ranking cukierniczych kompozycji perfumeryjnych stanowiących Greatest Hits tej całej kategorii. Oczywiście zachowuję w tym miejscu minimum niezbędnej pokory i zaznaczam, że mowa tylko o tych, które dotychczas udało mi się namierzyć, stestować i skategoryzować. Konkurencja jest na tym poletku ostra, a natrafienie na prawdziwą truflę wśród pieczarek, to zadanie dla zdeterminowanych i cierpliwych. Będę jednak tak kochana, że podam Wam praktycznie na tacy NAJ w kilku kategoriach ;) Bez przydługich uzasadnień i komentarzy. Większość recenzji niżej wymienionych można wyszperać w archiwum.

pączki

 

CZEKOLADA

1. Pistachio Ganache, Payard

2. Musc Maori, Parfumerie Generale

3. Chocolovers, Aquolina

4. Serendipitous, Serendipity3

5. Dark Extacy, La Perla

6. Black Orchid EDP, Tom Ford

7. Amour de Cacao, Comptoir sud Pacifique

 

WANILIA

1. Un Bois Vanille, Lutens

2. Tobacco Vanille, Tom Ford Private Blend

 

 

KARMEL

1. L, Lolita Lempicka

2. Brown, Sephora

3. Mira Bai, Chopard

 

CUKIERKI, KANDYZOWANE OWOCE

1. Loukhoum, Keiko Mecheri

2. Oblique Rewind, Givenchy

3. Burned Sugar, Comme des Garcons

4. Apparition, Emanuel Ungaro

5. Delicious Cotton Candy, Gale Hayman

6. Santiago Huckleberry, Voluspa

 

CIASTECZKA

1. pc02, biehl.parfumkunstwerke

2. Un Crime Exotique, Parfumerie Generale

3. Dulcis in Fundo, Profumum

4. Note Vanille, M.Micallef

5. Teint de Neige, Lorenzo Villoresi

6. Organza Indecence, Givenchy

7. Chia, Farmazia SS. Annunziata dal 1561

8. Belle de Minuit, Nina Ricci

9. Ambre Narguille, Hermes

10. Let Them Eat Cake, Tokyo Milk Parfumerie Curiosite

11. Escada Collection, Escada

12. Cinnamon Bun, Demeter Fragrance Library

13. Brit Red, Burberry

 

MIGDAŁY I ORZESZKI

1. Heliotrope, Etro

2. Gloria, Cacharel

3. Coeur di Noisette, Sinfonia di Note

4. Bois Farine, L'artisan Parfumeur

 

BALONOWA GUMA DO ŻUCIA

1. D'Humeur a Rire, L'artisan Parfumeur

2. Encens et Bubblegum, Etat Libre d'Orange

 

MIÓD

1. Botrytis, Ginestet

 

NAPITEK

1. Angel Liqueur de Parfum, Thierry Mugler

2. A*Men Pure Malt, Thierry Mugler

3. 1270, Frapin

4. New Haarlem, Bond no.9

 

***

 Ale się zasłodziłam. Lecę zaparzyć zieloną herbatę.

Tymczasem proszę się przyznać ile kto wsunął pączków ;) Bo ja skromne 5 - ale bez znienawidzonego lukru ;D

czwartek, 26 listopada 2009
Art of Perfuming Thierry

Art of Perfuming to szyld pod jakim ukazała się w ubiegłym roku seria kosmetyków pielęgnacyjnych uzupełniających rytuał perfumowania się wodą perfumowaną Angel. Stanowi ulepszoną baterię mazideł w porównaniu z poprzednią - z dużym powodzeniem sprzedawaną od lat. Tym razem poszczególne elementy pachną jeszcze intensywniej za sprawą technologii określoną mianem Intense Diffuse System (IDS). Tak więc z założenia, niezależnie od tekstury i stanu skupienia kosmetyku, zachowuje on na skórze trwałość równą EDP.

 Jako groupie nie mogłam nie spróbować.

Angel

Wybierać można spośród żelu pod prysznic, mleczka do ciała, kremu do ciała, peelingu, olejku, dezodorantu w spray'u i  w kulce, kremu do rąk, żelu z brokatem oraz mgiełki do włosów. Udało mi się mieć na warsztacie zdecydowaną większość z nich.

 Producent proponuje cztery ścieżki jakimi w związku z nimi można podążać.

1. Infuse Yourself With Angel (Natchnij się Angel) - kąpiel z żelem i peelingiem

2. Dress Yourself With Angel (Ubierz się w Angel) - namaszczanie mleczkiem, balsamem i olejkiem

3. Adorn Yourself With Angel (Upiększ się Angel) - aplikacja kremu do rąk, perfum do włosów i dezodorantu

4. Exhilarate yourself with Angel’s Eau de Parfum (Ożyw się Angel EDP) - dawka wody perfumowanej

 Aż boję się jaką moc rażenia miałoby zastosowanie wszystkiego jednocześnie ;)

Angel żelAngel peelingAngel lotion

Angel krem do ciałaAngel krem do rąkAngel dezodorant

 

 

 

 

 

 Niedawno udało mi się wejść w posiadanie pudła miniatur z imponującym kompletem bajerów z linii pielęgnacyjnej. Tak więc pokuszę się o kilka słów od siebie. Jeśli chodzi o główny walor - to jest zapach -  to sprawa ma się następująco. Oczywiście bez problemu można poznać, że to Anioł, ale wszystkie kosmetyki z serii uzupełniające są chyba tak pomyślane, że nie pachną identycznie kropka w kropkę jak EDP. W każdym z mazideł zwraca się uwagę na nieco inny aspekt tego kultowego, błękitnego płynu. Moim ulubieńcem jest perfumowana mgiełka do włosów ( nawiasem mówiąc kosmetyk tak burżujski, że do jego używania za boga nie przyznaję się osobnikom niezrzeszonym z perfumoholizmem). Ma najbardziej jadalniany zapach spośród wszystkich gadżetów z Art of Perfuming - to mariaż pralinek, czekolady, toffi, wanilia i tylko troszeńkę paczuli. Dość dobrze i na długo wczepia się w czuprynę a rewelacyjnym patentem jest psik na kark, pasma włosów przy twarzy oraz wykonanie manewru pochylenia i wysprejowania całej powierzchni włosów jak lakierem podczas tapirowania przed wyjściem na rock'n'rollową imprezę. Genialny i wyjątkowo mocno pachnący jest krem do rąk. Rozpromienia rytuał kremowania dłoni i dodaje mistycznego poczucia jakbyśmy właśnie otrzymały magiczną moc w dłoniach. Eksponuje się tutaj minimalnie ziołowe dodatki w Angel. Peeling to taka tam zabawka ujawniająca aromat mleka i paczulowej pasty do zębów i nie ściera jakoś specjalnie imponująco. Żel pod prysznic z kolei zostawia na skórze aromat lasu iglastego ciemną nocą i nieco atmosfery cykora. Bardzo lubię też balsam i krem do ciała. Różnią się nieco konsystencją (krem jest gęstszy i zostawia film, podczas gdy balsam lepiej się wchłania) i stanowią super utrwalającą bazę pod EDP. Kompletnym niewypałem jest z kolei aromat olejku do ciała. Zajeżdża plastikowym kompletem wypoczynkowym, na którego ktoś puścił pawia z powodu przejedzenia czekoladą. Sorry. W porównaniu ze starszą edycją żelu pod prysznic, kremu do rąk i balsamu moim zdaniem zmiana wyszła na duży plus. Zrezygnowano między innymi z szamponu i odżywki do włosów - i to również dobrze, bo nie były to pożyteczne kosmetyki.

 Żałuję że nie wypaliło moje zamówienie dezodorantu - może Mikołaj przejmie tą kwestię. Generalnie rzecz biorąc polecam szczególnie mgiełkę do włosów, krem i balsam do ciała oraz krem do rąk.

środa, 28 października 2009
Esencja butikowych Hermèsów

 Hermessence to nazwa edycji kilku ekskluzywnych kompozycji dostępnych tylko w butikach Hermèsa. Bazują na składnikach dobrze rozpoznawalnych w naturze a ich autorem jest Jean Claude Ellena - czyli Nos przez wielkie "n". Do dzisiaj w skład serii wchodzi 8 zapachów (kolejno: Rose Ikebana, Ambre Narguilé, Vétiver Tonka, Poivre Samarcande, Osmanthe Yunnan, Paprika Brasil, Brin de Réglisse oraz Vanille Galante.).

Hermessence

 Hermessence: Vanille Galante, Hermès

Vanille Galante to najmłodsze (luty 2009)  dziecko spośród rodzeństwa butikowych hermesów. W nazwie obiecująca wanilia stanowiąca mój fetysz a z nadgarstka bucha... rozczarowanie miesiąca. Są wanilie słodkie, wytrawne, puchate, miękkie, syntetyczne, toksyczne, frapujące, dymne czy cukrowe. Od dzisiaj stwarzam nową kategorię, którą jest wanilia fujowa.

 Jasne, wanilia może być lekka, eteryczna, nawet świeżuchowata - po zapoznaniu się z Ile Bourbon L'artisan takie jej oblicze już mnie nie dziwi, a co więcej, jestem w stanie je docenić. Ale tutaj to skandal. Melonowo-mizeriowe nuty wodnych warzyw i owoców są zgrzytem paznokci po tablicy. Do tego jeszcze akord szlamowato-glonowego osadu zawieszającego się w pseudoroślinnych, naturalistycznych zapachach marki CB I Hate Perfume i Demeter Fragrance Library. Są i kwiatuszki - coś jakby konwalie utopione w jesiennej kałuży. Fujowo.

 Kto chce przygarnąć prawie nieśmiganą odlewkę 5ml? ;)

 

Hermessence: Brin de Réglisse, Hermès

Oj jak fajnie zgrzyta. Niby kompletnie do siebie nie pasuje i na skutek tego aż lecą iskry od obu silnych osobowości lawendy i lukrecji. Dymią i fajczą, ale się nie spalają. Brin de Reglisse to idealne zaprzeczenie powiedzeniu, że nie ma dymu bez ognia. To jest właśnie to fajne coś, co tak nas jara w New Haarlem Bonda czy J'ose Eisenberga. Bo kopcący się tytoń wraz z paloną, mieloną czarną kawą jest, ale ognia nie uświadczymy. Jednak tej zasłonie dymnej odebrano potencjał mroku, ponieważ wyczuwam wyraźnie niewinny akord gęstego i mazistego kremu Nivea. Zapach jest zawiesisty, może być twórcą ciężkiej atmosfery w niewielkim pomieszczeniu.

 

Hermessence: Vétiver Tonka, Hermès

Ten zapach spodobał się mojej małej kotce - pojęcia nie mam dlaczego. Pewnie po prostu lubi wetiwer i fasolę tonka. A może i dlatego, że Vetiver Tonka ma w sobie coś kociakowego? Jest inteligentny, seksiarski bez ostentacji, nieco animalny bez fizjologiczności. Drewno sandałowe, zwanilizowany wetiwer, wydobywająca roślinną słodycz fasola tonka i nieco tytoniu. Jest fajnie.

 

Hermessence: Ambre Narguilé, Hermès

 Zapach ten ma w sobie sporo z kilku innych pachnących obiektów. Spory pierwiastek z sylwestrowej serii pielęgnacyjnej Luxe Noir Sephory (jedni czują cynamon, inni wanilię a jeszcze inni kadzidło) oraz wyraźny akcent spalonej ambrowej szarlotki. Czy muszę dodawać, że to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o wszystkie Hermessence, które miałam okazję poznać? Podczas wwąchiwania się w niego czuję się jak Kopciuszek, któremu zlecono oddzielenie marcepanowych okruchów od popiołu. Fajna zabawa. Nawet aż tak mi się nie pali żeby kończyć i biec na ten bal.

 

Hermessence: Poivre Samarcande, Hermès

O tym tylko nieśmiało wspomnę pro forma skoro przewinął się u mnie mały flakonik. Nie wspominam najlepiej naszego spotkania. Jednak dla miłośników białego pieprzu grającego pierwsze skrzypce (przykład: Poivre Piquant L'artisan) to może być strzał w dziesiątkę. Dla mnie to składnik nieatrakcyjny, łatwo się kwaszący na skórze i wywołujący mdłości. Jeśli dodać do tego cherlawą różyczkę i nijakie drewienko, to już w ogóle efekt będzie dla mnie totalnie nieciekawy.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Koty na półce perfumoholika

Koty to niezmiernie wdzięczny perfumiarsko temat. Te zwierzęta są tak piękne, charakterne i przyjemne dla zmysłów, że czasem zdarza się, że - idąc udeptaną przez cywilizację antycznego Egiptu - są obiektem zachwytu i kot w Egipcieinspiracją dla stworzenia dzieła.

Ponadto dość zagadkową kwestią jest fakt, że statystyki wyraźnie wskazują na to, że kociaki to ulubieni czworonożni przyjaciele perfumoholików. Forum Kocie rzycie założone przez Annie czy wątek "Nasze futra..." na wizażowych Perfumach to idealne przykłady na to, że wzorem bajkowych czarownic lubimy mieć pod ręką przynajmniej jednego czarnego kota. Rozkminiałam odrobinkę tą cechę we wpisie Perfumoholik - znaki szczególne.

 Obcowanie z Musc Ravageur to dla mnie zabawa z młodocianym kociakiem. Dwulicowa lwica czai się we flakonie L'ombre Fauve. My Insolence ma fakturę długowłosego kota śpiącego na satynowej pościeli swojej pani. Przeciągająca się leniwie pantera mruczy w By D&G. Kocia wanilia i czyszczenie futerka szorstkim językiem jest w Felanilli. Maurice Roucel i Bernard Ellena z miłości do kotów domowych zdecydowali się wcielić w życie burżujski pomysł na to aby skomponować zapachy specjalnie dla ukochanych zwierząt - i tym sposobem mamy Oh My Cat? marki Cat Generation. Średnią półkę zdobi do bólu kiczowate Cat Deluxe oraz Cat Deluxe at Night znanej, agresywnej modelki Naomi Campbell. Pierwszym zakupionym przeze mnie przedmiotem na ebay był flakonik perfum z Azji - Miss Caty Cat marki Novea dla siostry. Zapachu wcześniej nie znałam, ale sam absolutnie powalający flakonik był wart zakupu w ciemno.

Miss Caty Cat Novea

Kreskówkowo-komiksowe wizje kotowatych też są OK. Na tym polu IMHO przoduje marka, której nazwa brzmi rodem z internetowego sexshopu. Pussy Deluxe wypuściło na razie dwie przyjemne, pazurzaste landrynki - Pussy Deluxe EDP oraz Velvet Kitten. Nie mogłabym tutaj nie wspomnieć również o mojej ulubionej bohaterce filmów fabularnych (z którą absolutnie się utożsamiam, uznaję za moje alter ego i obnoszę się z jej wizerunkiem na koszulkach, bieliźnie, biżuterii itd) czyli Hello Kitty. Japoński koncern Sanrio produkuje serię Momoberry o uroczym tropikalnym zapachu. Licencję na produkcję perfum zdobionych wizerunkiem białego, pozbawionego ust kotka wykupiło również Koto Parfums firmujące Hello Kitty Perfume oraz Hello Kitty Baby Perfume.

 Za jakiś czas recenzje kilku spośród wcześniej wymienionych.

wtorek, 04 sierpnia 2009
O Truciznach

  Marka Dior od zawsze była w oczach elegantek gwarantem wysokiej jakości, prestiżu i zaproszenia do ekskluzywnego świata dla wybrańców. O ile na sukienki i torebki stać jest tylko nieliczne kobiety, które o nich marzą, to perfumy są już bardziej osiągalnym celem. W 1985 roku w perfumeryjnych laboratoriach biochemicznych Diora powstał pierwszy zapach z serii Trucizn czyli Poison autorstwa Eduardo Flechiera, które dziś w żargonie określa się po prostu klasyczną Trucizną. Z uwagi na rewolucyjne podejście przy jej kreowaniu i splendorze towarzyszącym promocji, oczy eleganckich dam szybko zwróciły się w jego kierunku a perfumy szybko stały się szlagierem. Są mroczne, tajemnicze, zmysłowe, niosące wraz ze sobą obietnicę skutecznego uwodzenia. W półtora roku po premierze zostały uhonorowane nagrodą Fifi i wówczas pewnym stało się, że to zapach który przejdzie do historii. Potem marka stopniowo uzupełniała kolekcję o kolejne Trucizny: Tendre Poison (1994), Hypnotic Poison (1998), Pure Poison (2004) oraz Midnight Poison (2007). Każda z nich bazuje na innych składnikach, ale koncept jest jeden - ma być mocno, odurzająco, z rozmachem i oszałamiająco kobieco.

Perfumy Diora słyną również z zachwycających kampanii reklamowych i pięknych, magicznych sesji zdjęciowych. Zachwycił mnie spot Addict czy Miss Dior Cherrie, ale są i fotosy Trucizn, od których nie mogę oderwać oczu... Są dokładnie takie jak zapachy. Mroczne, silne, zgubne, osnute aurą tajemnicy i sprawiające że nie można przejść obok nich obojętnie. Te poniżej to moje ulubione.

Dior Poison 

Hypnotic Poison Dior

   Oczekiwania konsumentów jednak z biegiem czasu zaczynały się zmieniać a Christian Dior Parfums nie byłby sobą gdyby nie podejmował próby aby im sprostać. Wszystkie zapachy marki co pewien czas są dyskretnie reformułowane (co niestety w większości wypadków nie wychodzi zapachom na dobre i o czym oficjalnie się nie informuje) a niecały rok temu postanowiono bardziej zdecydowanie rzucić na Trucizny trochę światła i odkurzyć je. Tak powstała seria trzech Eliksirów - najnowszych Poison, które wzmocniono, przemieszano proporcje składników i umieszczono w pięknych flakonach z buduarową pompką. 

 Eliksir to płyn o wysokim stężeniu składnikowym, kwintesencja, czysta postać mieszaniny otrzymywanej z różnych substancji. Staje się przedmiotem alchemicznych eksperymentów i magicznym akcentem baśniowych opowieści. Kreatorzy do każdego z zapachów dopisali historię o metamorfozach (i tak na przykład Midnight Poison Elixir to zapach dla Kopciuszka idącego na bal) i niezmiennie o uwodzeniu. Autorem wszystkich trzech eliksirów jest François Demachy, który odnawiając recepturę zachował pierwotny charakter wszystkich trzech zapachów. Celem była smakowa odnowa kompozycji - stąd pojawiające się w perfumach wyraźne słodkie akordy i trudne do zignorowania apetyczne skojarzenia. Bogactwo kompozycyjne zostało wyeksponowane, dodano kilka nowych składników, a i tak intensywna baza została jeszcze wzmocniona. 

 Moim faworytem z trucicielskiej serii jest Hypnotic Poison oraz Hypnotic Poison Elixir. O nich będzie osobna notka. Za jakiś czas.

poniedziałek, 27 lipca 2009
Waniliowy zakupholizm

 Żądza świeżej perfumeryjnenj krwi trwa. Fanką sephorowskiej waniliowej serii jestem od pierwszego niucha a teraz, kiedy przy okazji wycofania linii (cóż za niedorzeczne posunięcie!) perfumerie serwują masową wyprzedaż za ułamek pierwotnej ceny, grzechem byłoby nie poczynić malutkiego zapasu. 6 setek i 5 dziesiątek to przecież żadna przesada.

  W skład serii wchodzi (a może określenie "wchodziło" będzie bardziej odpowiednie w kontekście decyzji o wycofaniu?) 7 zapachów. Wanilia w każdej kompozycji pachnie tak samo (jest słodka, chropowata nieco pudrowa i przyozdobiona cytryną, pozbawiona puszystości i kremowości) - zmieniają się tylko dodatki. W zależności od preferencji wybierać można spośród duetów z paczulą, czekoladą, karmelem, owocem mango, kwiatem monoi, kwiatem pomarańczy oraz wanilią o podwójnej mocy. W moim odczuciu udany jest praktycznie każdy zapach poza Monoi (gdzie ten hawajski egzotyczny kwiat brzmi po prostu jak plastikowa gardenia) i Kwiatem Pomarańczy (tępy, migrenogenny żart botaniczny) jest zdecydowanie warty uwagi wanilioholika. Ciekawym pomysłem jest powiązanie każdego zapachu z innym humorem - i tu mam deja vu po serii L'artisana oraz Victoria's Secret. W zależności od słodkiego dodatku możemy się stać:

  • czarujące (Bewitching - Envoutante) - Vanilla Vanilla
  • dzikie (Untamed - Insoumise) - Caramel Vanilla
  • kapryśne (Capricious - Capricieuse) - Chocolate Vanilla
  • beztroskie (Carefree - Insouciante) - Mango Vanilla
  • tajemnicze (Mysterious - Mysterieuse) - Patchouli Vanilla
  • liryczne (Poetic - Poetique) - Orange Blossom Vanilla
  • kusicielskie (Temptress - Tentatrice) Monoi Vanilla

Mowa trawa.

Sephora Vanille

 Moim konikiem są oczywiście jadalne akordy tak więc niczym pszczoła do miodu, tudziez inna ćma do światła, poleciałam na wanilę do kwadratu, czekoladę, karmel, mango i paczulę (która tutaj pobrzmiewa zaskakująco jadalnie - jak cynamonowo-rodzynkowa rumowa nalewka). Zapachy są świetne, bardzo nośne, nieskomplikowane i ultra przyjemne. Baniaczki o pojemności 100ml wyglądają bardzo klasycznie z naklejoną banderolką z nazwą nakreśloną fantazyjną czcionką. Fajnym wyjściem jest zainwestowanie w zakup setu kompletu perfumetek o pojemności 10ml, które po wypsikaniu zawartości swobodnie można rozkręcać, uzupełniać zawartość i nosić w torebce, żeby co jakiś czas zaaplikować sobie dawkę słodkiego płynu.

Mniam, mniam.

Mam nadzieję, że zanim zużyję to ponad pół litra płynu to zapachy zdążą mi się znudzić i nie będę płakała aż tak rozpaczliwie po ich dokumentnym wycofaniu.

 

 Vanille Vanille - w tym zapachu całą siłą jest akord przewijający się w całej serii - tutaj zaakcentowany z podwójną mocą. Nie oszukujmy się, to nie wanilia burbońska ani laska naturalnej wanilii. Proces syntetycznego wyekstraktowania jest tutaj wyczuwalny. Zapach pobrzmiewa chropowato, puderkowo i przypomina cytrynowe kruche ciacho z migdałem. Wywołuje skojarzenia z charakterystycznym ciasteczkowym akcentem z My Insolence Guerlaina. 

Vanille Chocolat - przywodzi skojarzenia z seksownymi zabawami z czekoladą ;) Roznosi się w pokoju z prztłumionym światłem, gdzie ciemność Vanille Chocolat rozpraszają tylko drżące płomyki z intensywnie pachnących waniliowych świeczek. Zachwyca mnie również ogromne ciepło tego zapachu - można niemal zwizualizowac sobie czynnośc wspólnego ogrzewania dłoni wspomnianymi waniliowymi świeczkami. Wielokrotnie nazywany ekonomiczniejszym ekwiwalentem Hypnotic Poison Diora i rzeczywiście przemyca tutaj flagowy dla tamtych perfum waniliowo-czekoladowy zgrzyt.

Vanille Mango - ten zapach ma w sobie coś przyjemnie niepokojącego, wywołującego czasem mimowolny skurcz mięśni i nawąchiwanie w celu namierzenia cóż to tak ciekawie pachnie. Tutaj wanilia również pachnie jak rozgrzana świeca waniliowa. Jednak mojej skórze dominuje soczysty, słodki egzotyczny owoc mango wynurzany w solidnej porcji gorącego waniliowego budyniu. Nic skomplikowanego, ale jakże jednocześnie rozkosznie smakowitego.

Vanille Caramel - to praktycznie tańszy brat bliźniak L Lolity Lempickiej. Ta sama wiercąca w nosie, przesadna słodycz - kruche ciastko, wanilia, kandyzowana skórka pomarańczy, karmel... Jest w nich nawet szczypta soli morskiej. Kiedy po raz pierwszy je wąchałam miałam na koncie wsączone dwa flakony L LL i byłam święcie przekonana, że niepodpisana, sprezentowana mi odlewka to właśnie syrenie serduszko. Nabrałam się jak nic.

 Vanille Patchouli - długo zastanawiałam się jak opisac tą nutkę, która mnie najbardziej w tym zapachu pociąga - tą która jest najlepiej wyczuwalnaVanille Patchouli podczas wąchania tych perfum z korka. To taka słodko-mroczna osnuta prószącym chłodnym śniegiem, kojarząca mi się trochę z muglerowskim Innocentem... Na skórze tkwi przyczajona a dominuje jednak waniliowy duch charakterystyczny dla tej całej sephorowej serii. Beztroska, otulająca, wszechogarniające deserowa słodycz, niepozbawiona wyrazistości i oryginalności. Rzeczywiście - taka wanilia z rodzynkami w czekoladzie oraz słodkawego, pikantnego cynamonu. I ten koniak. Aaaach.

 Z tymi perfumami wiąże się pewna anegdotka - która pokazuje ile tak naprawdę zależy od skóry nosiciela i od subiektywnego odbioru zapachu.

 Jakiś czas temu kiedy podeszłam do grupki koleżanek i jak zwykle z każdą po kolei się obcałowałam ich uwagę zwrócił mój zapach. Są przyzwyczajone, że mam perfumaniactwo i czasami podpytują co aktualnie jest na tapecie, ale tym razem były wyjątkowo zachwycone i nie mogły się ode mnie odkleić. Powiedziałam, że to Vanille Patchouli i pokazałam im flakon. Jedna z nich powiedziała, że dostała jakiś czas temu w prezencie jakieś inne perfumy z tej waniliowej serii, ale śmierdzą tak obrzydliwie, że za żadne skarby świata nie daje rady ich nosić. Nie pamiętała co to za zapach, ale umówiłyśmy się że jak sprawdzi to napisze mi sms i umówimy się co do odkupienia, bo ja akurat lubię większośc perfum z tej serii.
Okazało się, że to jedne i te same perfumy. Te które chciała ze mnie zwąchać żywcem i te, których jedna kropla na jej skórze wywołuje u niej mdłości i są surowo oskarżane o "śmierdzenie".

 

 W tych krótkich recenzjach kilkakrotnie przewinęło się porównanie do perfum marek selektywnych. Nie wynika to z sugerowania, iż Sephora wzięła się za produkcję niedrogich odpowiedników ;) Raczej że w Vanille pojawiają się akcenty pokochane już wcześniej i między innymi z tego względu są godne uwagi. Ale warto się spieszyć.

czwartek, 16 lipca 2009
Tokyo Milk Parfumerie Curiosite

 Tokyo Milk Parfumerie Curiosite to enigmatyczna nazwa kreatywnej marki perfumiarskiej, która swoją działalność rozpoczęła w 2000 roku. Wszystkie kompozycje to uniseksy skrywające się pod pomysłowymi nazwami i bardzo efektownymi flakonami. Zdecydowanie wyróżniają się z powodzi innych perfumeryjnych flakonów - choć nie są kolorystycznie jaskrawe :) Największą uwagę zwraca Trupia Główka vel Dead Sexy, której niestety nie miałam okazji testować, ale planuję mozliwie szybko to nadrobić.  Jednak walory wizualne to na szczęście nie jedyne atuty tych perfum. Są naprawdę świetne kompozycyjnie - choć lekkie i niespecjalnie skomplikowane. Są tu zarówno słodycze jak i kwiaty, piżma, tytoń czy herbata. Całość sprawia wrażenie do końca przemyślanych, inspirowanych podróżami, literaturą czy muzyką. Kontakt z każdymi kolejnymi perfumami marki jest miłą niespodzianką.

 Chociaż zdobycie własnych flakoników i próbek było czynem wybitnie kaskaderskim i odwlekającym się w czasie, to z przyjemnością zaangażowałam się w testowanie. Niech jeszcze nieudacznicy doślą mi potłuczone Cherry Bomb to już będę prawdziwą ostoją szczęśliwości ;) Rozbity flakon oraz zawartość paczki tak pięknie pachniały...

Tokyo Milk Parfumerie Curiousite

Tokyo Milk Parfumerie Curiousite

 

 

 

 

 

 

 Od lewej: Poe's Tobbaco, Dead Sexy, Contemplation, Lapsang Su Chong, Honey and the Moon, Let Them Eat Cake,

Tokyo Milk Parfumerie Curiousite

Tokyo Milk Parfumerie Curiousite

 

 

 

 

 

 

 Od lewej: Kabuki, French Kiss, Song in a Minor, Ex Libris, Paper & Cotton, Sparrow

Tokyo Milk Parfumerie Curiousite

 

 

Od lewej: Eden, I Want Candy, Waltz  

 

 

 

Lada moment przybywam z recenzją Let Them Eat Cake, Poe's Tobbaco, Lapsang Su Chong, Ex Libris, Eden i Gin & Rosewater.

piątek, 01 maja 2009
Czech & Speake

  Zapachy marki Czech & Speake są po prostu okropne. Właściwie nie mam do dodania nic poza tym, że butelki żadnego z płynów ich produkcji nie chciałabym nawet za darmo. Ba, szczerze mówiąc długo rozważałabym noszenie takiej Cuby, Neroli czy Citrus Paradisi nawet gdyby ktoś mi do tego interesu dopłacił. Zależy ile zer miałaby ta kwota. Perfumy Czech & Speake okrutnie rażą kwaśnością, nieświeżością i nutami niebezpiecznie kojarzącymi się z jednoznaczną nieczystością.

  Ale to bardzo miło z ich strony, że grzecznie poproszeni przesłali próbeczki.

  To tyle jeśli chodzi o przekrojówkę tematyczną. Dziękuję za uwagę.

Czech&Speak
sobota, 28 marca 2009
Jak róża to Les Parfums de Rosine

  Les Parfums de Rosine

  Na kolejny rzut różanej degustacji idą zapachy marki, na której komentatorzy troszkę wieszają psy. Jakim prawem marka rości sobie przywilej do ochrzczenia się mianem niszowej? Kto im wydał licencję? Za kogo to Rosine w ogóle się uważa? Bla-bla-bla. Róże to zbyt banalny temat, żeby uczynić z nich lajtmotyw niszowej marki perfumiarskiej. Może gdyby rzeczywiście były to "róże" a nie "różyczki" - jak ma to w istocie miejsce u Rosine to kontrowersji i zniechęconych głosów byłoby mniej. Ale żeby różyczkową wodę nazywać niszową... Zgrzyt. Polemizowanie na temat tego co jest perfumeryjną niszą a co nią nie jest raczej mnie nie ominie, ale na tym etapie chyba jeszcze nie chcę podjąć dyskusji. Wydaje się, że różnica między niszą a nie-niszą (mainstreamem) jest widoczna gołym okiem nawet dla laika, ale obawiam się że każdy kto tak myśli może łatwo wpaść w pułapkę. Współcześnie narasta tendencja do zacierania granic, stosuje się tuziny różnych chwytów marketingowych, ale cel jest pozostaje niezmienny - osiągnięcie wysokiego pułapu sprzedaży.

 Ale wracając do róży... 

  Diabolo Rose, Les Parfums de Rosine - zapach powstał zainspirowany popularnym paryskim napojem Diabolo Menthe czyli lemoniadą z miętowym syropem. Na początek pragnę zainaugurować jedno - diabła to ta woda nie widziała na oczy. Niestety tym gorzej dla niej - bo gdyby objawił się diabeł to przynajmniej byłoby ciekawie. To rzeczywiście lemoniadowa mięta wyciągnięta prosto ze szklanki. Nie ma w sobie charakterystycznej dla mięty mroźnej świeżości. "Mięta" prezentuje się jak ciężki syropowy ulep przybrany herbacianą różą.

 Nuty: sycylijska bergamotka, mięta pieprzowa, esencja różana, konwalia, różany absolut, liście pomidora, peonia, liście mate, drewno sandałowe, ambra, piżmo

Les Parfums de Rosine  Rose Praline, Les Parfums de Rosine - od samego początku uderza mnie w nim Magnetism Escady. Piękna, esencjonalna, totalna słodycz zdecydowanie umykająca zarzutom o infantylizm - często wysnuwany w przypadku słodkich perfum. A kiedy do Magnetismu dołącza esencja zapachu luksusowej herbaciarni mającej w asortymencie herbatę z każdego kontynentu świata nie można się nie zachwycić. W ciekawski nos bucha parujący, ciepły zapach wirujący nad filiżanką podwędzanej czarnej chińskiej herbaty. Po pewnym czasie czuję w nich nawet kruchego maślanego herbatniczka na zagrychę.

Nuty: kardamon, włoska bergamotka, olejek różany, geranium, sproszkowana czekolada, absolut róży, herbata Lapsang Souchong, ambra, drzewo sandałowe, kakao, białe piżmo

  Ecume de Rose, Les Parfums de Rosine - z zapachu przede wszystkim wybija się woń kwiatowych mieszanek suszek do szaf. Ładne, przyjemne i kupione za dość wysoką cenę w luksusowym butiku z produktami w stylu retro. To woń wyssanych z soków życiowych liści i różanych płatków.

Nuty: liście czarnej porzeczki, morska lilia. róża gęstokolczasta, róża Attar, absolut różany, wetiwer, szara ambra, białe piżmo

  Un Zest, Les Parfums de Rosine - tutaj mamy żywą, krystalicznie czystą, ściekającą słodkim nektarem, praktycznie owocową różę. Można odnieść wrażenie, że zamiast alkoholu wykorzystano do destylacji składników źródlaną wodę z dzikiego strumyczka. A po pewnym czasie od wywołania pierwotnego zachwytu perfumy dryfują w kierunku zapachu kwiatuszkowego szamponu do włosów...

Nuty: esencja lemonki, bergamotka, skórka pomarańczowa, suszone owoce, róża, zielona herbata, jaśmin, mate, szara ambra, piżmo

poniedziałek, 23 marca 2009
Muglerowski Garden of Stars

  Zauważenie tego, że nauki huministyczne/społeczne są wspaniałe nie zajęło mi dużo czasu. W nich zawsze każde sformułowanie ogólnej reguły kończy się dodaniem po chwili namysłu "no tak, ale...". Albo to powtarzane do znudzenia przez wykładowców, że w tej branży nie ma jednej jasnej odpowiedzi na pytanie i przez te trzy semestry studiowania powinnyśmy już się tego nauczyć. Jakie to wygodne. Mogę spokojnie napisać, że nie znoszę kwiatów w perfumach - i jest to oczywiście niepodważalną regułą - żeby w dwa tygodnie później spokojnie napisać, że guerlainowskie Insolence jest genialne, pomimo tego że w składzie ma co najmniej cztery nuty kwiatowe ("bo przecież wcale nie brzmią jak kwiatowe w potocznym tego słowa znaczeniu" ) a muglerowskie kwiatowe Ogródki,  pomimo tego że każdy z nich jest jednoznacznym hołdem dla jednego kwiatu są przepiękne ("bo u Muglera wszystko co nie jest Eau de Star jest zjawiskowe").

  Rewelacja. Mówię Wam - bycie humanistą jest super.

Aniołki

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Angel Garden Of Stars - Le Lys, Thierry Mugler

 Ten jako jedyny przewinął się u mnie w pełnym wymiarze. Czaruje od samego początku. Nazywany jeszcze makabryczniejszym wcieleniem klasycznego Angel, pachnącym jeszcze intensywniej trupem, formaliną, śmiercią, pochyleniem nad otwartą trumną przybraną kwiatami lilii i takimi tam na mnie podobał mi się do utraty tchu - i to zdecydowanie nie dla tego że przypominałby wspomniane impresje choćby w najmniejszym stopniu. Cytując komentarz jednego z odbiorców "pachnie młodością". Jest lekki, pachnie prawdziwą białą i pasteloworóżową lilią i zniewala wionącym od siebie chłodem utopionym w łyżce miodu i gorzkiej czekolady.

Nuty: nuty owocowe, hiacynt, lilia wodna, gałka muszkatołowa, konwalia, miód, kminek, ambra, paczula, wanilia

 

Angel Garden Of Stars - La Rose Angel, Thierry Mugler

 Temu zapachowi najbliżej spośród wszystkich gwiezdnych ogródków do klasyka. Z tym że jest dosłodzony tymi wszystkimi karmelowo-czekoladowymi bajerami do tego stopnia, że utytłanie w kaloriach nie ominęło nawet kwiatu róży. Paczula jest słodka i urocza - transmutowana niemal nie do poznania. A wszystko to przyprószone jest śniegiem z cukru pudru.

Nuty: kumaryna (składnik zabroniony w produkcji perfum!), różowy pieprz, bergamotka, śliwka, bułgarska róża, paczula, wanilia, ciemna czekolada, karmel

 

Angel Garden Of Stars - Violette Angel, Thierry Mugler

 Z fiołkami w perfumach problem jest taki, że zdecydowanie zbyt często brzmią metalicznie i fałszywie. Tutaj za sprawą cukrowo-waniliowej otoczki nie ma szans na nieprzyjemne odtwórstwo głównej roli. Ten fiołek raczej nie znalazł się jeszcze na etapie bycia kandyzowanym w białym cukrze tudzież poddania procesowi karmelizacji. Ciekawie ociera się o gourmand, ale granicznej linii nie przekracza. Zieleń fiołkowych liści i łodyżek oraz puder skutecznie odsuwają kompozycje w pożądane kwiatowo - Angelowe rejony.

Nuty: liście fiołka, hiacynt, cukier, fiołek, nuty drzewne, paczula, mech, wanilia

 

Angel Garden Of Stars - Pivoine Angel, Thierry Mugler

 No i piwonia jest na nie. Nie jest może taka najgorsza - momentami ociera się o nęcącą jadowitą roślinkę z Black Orchid Toma Forda, ale generalnie rzecz biorąc komplet doznań jest na nie. Już za dużo kwiatowości i pudru jak dla kogoś kto nie przepada ani za jednym ani za drugim.

Nuty: piwonia, paczula, pieprz, wanilia, konwalia, róża

 

 Każdy zapach z serii Garden of Stars jest najnormalniej w świecie uroczy. Kruchy i kuszący. Poza tym seria niepokojąco wyzwala skrywane tendencje kolekcjonerskie. Ooooch, chciałabym mieć je wszystkie w tych pięknych, wyjątkowo kombinowanych flakonach stanowiących hybrydę kwiatu i gwiazdy...

wtorek, 17 marca 2009
Bye, bye Młazony...

 Na zapachy Maison de la Vanille miałam ochotę od momentu kiedy tylko o nich usłyszałam. Czy może być coś przyjemniejszego dla wanilioholika niż cała skrzynka perfum o zapachu wanilii inspirowanych pięcioma różnymi egzotycznymi zakątkami świata o rajskim krajobrazie?

MdLV Polowałam, wytrwale wrzucałam monety do mojego pirackiego kiernosa skarbonki i w końcu udało mi się wejść w posiadanie obłędnego kompletu w drewnianej podróżniczej skrzyneczce (tzw luckyscentowy Deluxe Gift Set). Co prawda ta skrzynka nieodpracie kojarzyła mi się z łudząco podobnym pojemnikiem na robaki czy jakieś tam inne spławiki, które mój dziadek zabiera ze sobą na ryby, ale postanowiłam ignorować ten fakt.

 Przed zakupem znałam tylko jeden zapach - Vanille Noire du Mexique. A niedawno wspominałam jak działa na mnie "noire" - o ile jest udane i choćby minimalnie intrygujące. Ale kiedy poddałam analizie wszystkie młazony na raz z przerażeniem skontestowałam, że w każdym zapachu waniliowy gwóźdź programu brzmi identycznie. Sam akord waniliowy jest odbity przez kalkę (toporny, twardy, grubo ciosany) a nieznacznie zmienia się tylko otoczenie. Z odległości dwóch metrów zapachy te brzmią niemal identycznie (wyjątek stanowi potworny waniliwo-kwiatowy aldehydowiec czyli Vanille Divine des Tropiques). Cóż za droga skucha... Nie zrozummy się jednak źle - one nie są brzydkie. Koleżanki z pracy najpierw zapalczywie wąchały cały pokój szukając ukrytych wyrobów cukierniczych a kiedy dowiedziały się, że to tylko ja próbowały mnie przekabacić żebym im je odsprzedała. Na trójmiejskim zlocie dziewczynom też podobno się spodobały.

 Ale ja chciałam pięciu podróży w tropiki a nie chamskiego zbywania moich pragnień pięcioma ciastkami z cukierni na rogu!

 Należę do tej grupy osób, które przed oddaniem lub wyrzuceniem czegokolwiek obejrzą daną rzecz sześć razy i potrzymają w dłoniach przez pół godziny, walcząc jednocześnie z myślami. Przecież jeszcze całkiem niedawno był jakiś racjonalny powód, dla którego trzymałam dane "coś" pod dachem i poddawałam radosnemu procesowi użytkowania. Na jakiś tam sposób kochałam. Taaak, strasznie mocno przywiązuję się do przedmiotów. Do perfum też. Każda czystka jest w ostatecznym rozrachunku mniejsza niż planowałam a podjęcie decyzji o tym czego się pozbywam zajmuje wieki... Tutaj też nie było łatwo, ale udało mi się znaleźć świetną kontrahentkę do wymiany więc ból był do zwalczenia ;) W zamian za kuferek mam prawie pełne 50 ml Insolence EDP oraz nowiutkie 2 x 20ml Oblique Rewind. Kocham targowiska, straganiki i allegra.

  Co nie zmienia faktu, że moja podróż w tropiki zakończyła się wydłubaniem na piasku trzech liter...

Bye

  Na koniec notki mikroprzekrojówka waniliowców Maison de la Vanille.

Vanille Fleurie de Thaiti - Ta wanilia pomimo faktu, iż przysypana cukrem pudrem i cytrynowym aromatem nie jest specjalnie jadalna. To bardzo miły, ładny zapach - wiekszość duetów wanilia-ambra takie jest. Hm, jeśli w tym zapachu są owoce to tylko kandyzowane - w zapachu nie ma soku ani nic w tym stylu. Egzotyka jest, ale w wydaniu dość popowym i przyswajalnym. A to kadzidło wymienione w składzie to chyba jakiś chochlik drukarski... Nuty: wanilia, bergamotka, ambra, owoce, cedr, ylang-ylang, bób tonka, kadzidło

Vanille Noire du Mexique - Kryształki cukru waniliowego, kandyzowanej pomarańczowej skórki.  plus karmelizowany owoc pomarańczy. Jest słodko, ciężko i momentami sprowadzająco do parteru. To waniliowa słodycz o posmaku egzotycznego specjału, przyprawowej surowości, przełamana tchnieniem kandyzowanych cytrusów i egzotycznym kwieciem. Nuty: wanilia, róża, jaśmin, irys, bób tonka, bergamotka

Vanille Givree des Antilles - Jeden z wielu klonów muglerowskiego Angel'a. Kreatorzy chyba nigdy nie zaprzestaną naśladownictwa. Ten Angel jest zmiękczony, ogrzany i wyprany z kontrowersyjności. Słodki jak diabli. Po sowitym obżarstwie ledwo wytacza się z cukierni. Tuberoza - na całe szczęście dla zapachu - jedynie siedzi obrażona w kącie i nie pokazuje całego wachlarza swoich odrażających możliwości. Nuty: wanilia, paczula, róża, tuberoza, bób tonka, oppoponax

Vanille Sauvage du Madagascar - Szablonowa twarda wanilia przybrana lawendą i bardzo łagodnym, kojącym kadzidełkiem oraz przyprawami niezbędnymi do przygotowania orientalnego obiadu. Nuty: wanilia, drzewo sandałowe, lawenda, kadzidło, wetiwer, kolendra, tymianek, geranium, bergamotka, mandarynka

Vanille Divine des Tropiques - Właściwie jedyny młazon, który jednoznacznie mi się nie spodobał od samego początku do końca. Z nim nie wyszłam poza testy nadgarstkowe. Tyle kwiatów i aldehydów jest zdecydowanie ponad moje siły. Nuty: wanilia, tuberoza, hiacynt, jaśmin, heliotrop, gardenia, aldehydy

Pierwsze katalogowe zdjęcie pochodzi z luckyscent.com

niedziela, 22 lutego 2009
Przegląd Bond no.9

Bond no.9

 Zapachy marki Bond no.9 to chyba jak na razie moje najogromniejsze rozczarowanie perfumiarskie. Kiedy tylko przeczytałam, że właśnie na wykończeniu jest kilkanaście kompozycji stanowiących zamkniętą w butelce aurę różnych zakątków Nowego Jorku napaliłam się jak szczerbaty na suchary. Mam słabość do tego wyjątkowego miejsca jakim jest NY i w konsekwencji z obłędem w oczach polowałam na próbki ;) Piękne flakony, bajeczne opisy, ciekawe składy... Poważnym minusem jest cena - wysoka nawet jak niszowe kompozycje. W kazdym razie nic nie zapowiadała katastrofy. Teraz z perspektywy czasu, kiedy dane mi było przetestować porządnie kilka kompozycji jestem w stanie powiedzieć, że moim zdaniem perfumy te nie są warte aż tak dużych pieniędzy. Nie mają charakteru, uroku ani nawet specjalnej trwałości na skórze. W moim odczuciu totalny niewypał. Żeby jednak nie było tak dramatycznie koniecznie muszę dodać, że znalazłam wśród tej bylejakości wyjątkową perełkę. To zapach tak niewiarygodnie odmienny od wszystkich poznanych przeze mnie Bondów, że aż ciężko uwierzyć, że stanowi wśród nich element spójnej serii. To obłędne New Haarlem, w które wąsacz Maurice Roucel wlał cały ogrom charakterystycznej dla swoich kompozycji charyzmy i siły przebicia. Ten zapach dostapi honoru poświęcenia mu jednego pięknego dnia całej obszerniejszej notki ;)

 Reszta z testowanych przeze mnie Bondów ukarana zostanie utrwaleniem w postaci lapidarnego, paruzdaniowego zlepka.

 Tymczasem jeszcze odrobinka teorii. W skład serii wchodzi na dzień dzisiejszy 39 kompozycji - możliwe, że liczba ta będzie się zwiększać, bo wbrew wszelkiej logice linia ewoluuje. Są opatrzone etykietką "damskie", "męskie" lub "uniseks" a dodatkowym podziałem jest klasyfikacja na 4 podtypy lokalizacyjne.

  • Uptown ( 4 kompozycje) - podmiejskie peryferie oddalone od centrum, mieszczące bogate dzielnice mieszkaniowe 
  • Midtown (8) - śródmieście stanowiące ośrodek sklepowo-rozrywkowy
  • Downtown (17) - centrum miasta
  • i New York Beaches (4) - okoliczne plaże Nowego Jorku

  A teraz pokrótce o paru poznanych przeze mnie zapachach marki:

Chez Bond - lekkie,  cytrusy przełamane intensywną goryczką zielonej herbaty i bardzo subtelnego chłodu mięty, dryfujące w kierunku klasycznej, ponadczasowej sandałowo-cedrowej bazy.

Bryant Park - rabarbarowa łodyga doprawiona różowym pieprzem, plączące się bezsensownie konwalie i "tanie", wymęczone, podsuszone, zdychające i utytłane w duszącej pudrowości róże. Oraz rozmoczone i niewiele mające w sobie z zapachu swojego pierwowzoru maliny.

Central Park - miks ziół i odrobiny cytrynowej skórki. Później może troszkę nieinwazyjnych, delikatnych wiosennych kwiatów - płatków tulipana i konwalii. A potem... potem jest męska woda kolońska. Dobra, droga i ekskluzywna, ale w dalszym ciągu woda kolońska.

Chinatown - beztroska cukierkowość, zapach twardych landrynek, ale i trochę pudru. No i nie wiem czemu, ale czuję w nim coś co jednoznacznie kojarzy mi się z porcelaną. Kwiaty w tym zapachu są cięte i elegancko ustawione w wysokich wazonach i stanowiące ozdobę jasnego i przestronnego pomieszczenia.

Coney Island - początkowy ogromnego cytrusowy ładunek energetyczny i staje się najpierw gorzką czekoladką popijaną łykiem soku cytrynowego i zagryzana owocową galaretką, a później jak jednocześnie ssany karmelek i 3 kwaskowato-cytrusowe cukierki szklaki. Zapach jest słodki, ale wraz z wibrującą cały czas w tle fajną, przełamującą kwaśnością jest bardziej przejrzysty, żywotny niż ulepny i przyciężkawy. Po jakiejś godzinie - półtorej zapach mętnieje, staje się gorzkawy, nieklarowny... Po prostu się psuje.

Fire Island - Początkowa odrobinka ozonu wraz z podpleśniałą cytrynką wystarczą, żeby nieprzyjemnie oszołomic. Jest i tuberoza. Ale tuberoza w chyba jej najgorszym możliwym wydaniu. Dusząco mydlana, pchająca się w nozdrza i w efekcie momentalnie staje mi przed oczami obraz niedomytej eleganckiej łaźni, gdzie w kątach czają się zeschnięte mydliny. Z biegiem czasu nieprzyjemny brudek ukryty pod pierzyną z nieświeżych mydlin staje się coraz wstrętniejszy i odbierający oddech.

West Side - początek to słodkie, suszone daktyle, szczypta łupinek orzecha włoskiego, piwonia oraz dość silne uderzenie czegoś, co mocno kojarzy się z zapachem słodkawego, czerwonego wina. Potem ujawnia się gęsta miodowa fala i jest to to oblicze miodu, którego po prostu nie znoszę i doprowadza mnie do mdłości.

Bleecker Street - nijaki i oczywisty do nieskończoności - i absolutnie niczym nie można logicznie wytłumaczyć tej skandalicznie wysokiej ceny, jaką za flakon życzy sobie producent. Żądanie wyskoczenia z ponad pięciu stówek za pięćdziesiąt mililitrów tej wątpliwej jakości ambrozji dosłownie woła o pomstę do nieba... Żeby on był chociaż brzydki na jakiś ciekawy sposób. Ale to po prostu cytrusowo-ziółkowe popłuczynki ze śladową ilością nieciekawego drewienka, do których dorobiono nadmuchaną ideologię...

Nic ciekawego.

 
1 , 2