sobota, 12 czerwca 2010
The final countdown...

Zapowiadany dzień wrzucenia zapowiadanego CZEGOŚ jest już tuż tuż :) Dłubię przy CZYMŚ non stop i tym również spowodowany był przestój na blogu. Koncentracją i klarownym ukierunkowaniem energii ;)

 W każdym razie COŚ ma w końcu tytuł, bo z tym miałam spory problem. "Analiza zmysłu węchu w kontekście społecznego odbioru rzeczywistości" pojawi się w rozdziałowych odcinkach najprawdopodobniej już w przyszłym tygodniu. Spora część pracy poświęcona jest polskim perfumoholikom - i niektórzy odnajdą w niej doskonale znajome elementy.

 Sasasa...

  Jestem ciekawa czy się spodoba ;)

1

piątek, 19 lutego 2010
Młoda Brigitte Bardot pachnąca truskawkami i popcornem

Wiosny. Wiosny łaknę. Na polu konsumpcji ujawnia się to między innymi w przepełnionych marzeniami zakupami koronkowej koszulki oraz chęci na umieszczenie w pachnącej szafie perfumeryjnie dzierlatkowego i słonecznego akcentu.

Wyraźnie poczułam, że potrzebuję Miss Dior Cherie EDP. Natychmiast!

No i właśnie mam. To już mój 4 flakon... ;) To świetne pachnidło. Uniwersalne, świetliste, pogodne i młodzieńcze - ale bez cytryny, ogórka czy ozonu uznawanych za synonimy wszystkich wymienionych cech. Bez grama banału płytkich ulepów i nijakich świeżuchów.

Miss Dior Cherie

Miss Dior Cherie

Wersja w zmienionym pudełku i minimalnie poprawionym flakonie została muśnięta reformulacją (oczywistą dla Diora i powtarzaną w przypadku każdej długoterminowej kompozycji co kilka lat). Czyli czymś, w przypadku czego każdy szanujący się perfumoholik już z urzędu czuje się zobowiązany do fukania z obrzydzeniem. Że to oszustwo, ulepszanie na gorsze i w ogóle fujowy zabieg. Ale tutaj chyba jednak to dobrze zrobiło całej kompozycji. Ujęto jej sporo paczuli, która w wersji starszej w połączeniu z akordem soku truskawkowego lubiła pachnieć jak świeżo nalane w kufel piwo. Wyczuwalne jest też dołożenie odrobiny bitej śmietany - świetnie komponującej się ze wspomnianymi owocami. Karmel, popcorn i listki truskawek raczej zostały na swoim miejscu.

 Reklama ma swój urok. Wyraźnie sygnalizuje, że targetem jest każda dziewczyna lubiąca klimat paryskich uliczek, oddawanie się słodkim uciechom w dobrej cukierni, podczytująca francuskiego Vogue'a i będąca fanką urody Brigitte Bardot (w tle piosenka Moi Je Joue BB) oraz reżyserii Sophii Coppoli (stała za kamerą podczas tworzenia spotu). Co prawda tej ostatniej już nie ufam po wizualnej fuszerce klipu I Just Don't Know What To Do With Myself White Stripes oraz nudnej jak flaki z olejem produkcji pod tytułem "Maria Antonina", ale całość jest dość nośna. Z łatwością jestem sobie w stanie wyobrazić, że zachęci młode kobiety do zakupu flakonu.

 

/UPDATE/

   Już po napisaniu notki poczułam niedosyt. Początkowo nie załapałam czego mi tutaj jeszcze brakuje, ale po chwili było jasne.  Zwróciłam uwagę na te perfumy już za sprawą pierwszego ataku marketingowców z 2005 roku - kiedy ich pomysł promocji był bardzo zbliżony, ale jednak z innym akcentem. Pierwszą twarzą zapachu była nie modelka (aktualnie jest nią Maryna Linchuk), ale debiutantka w środowisku młodego hollywood. Czyli towarzystwa nastoletnich balangowiczów, stawiających pierwsze kroki w branży rozrywkowej grając w kasowych filmidłach i często mających za sobą plecy w postaci sławnych rodziców. Twór young hollywood ma piękne ciało i buźkę, randkuje tylko z równie atrakcyjnymi jednostkami, obowiązkowo kocha rock & rolla - nawet jeśli nie za bardzo go rozumie, a jego ciuchy i lifestyle stanowią marzenie wszystkich czytelniczek Seventeen, CosmoGirl i Teen Vogue. Ambasadorką idei o Miss Dior Cherie jako perfumach dla młodych, pięknych i uwielbianych była Riley Keough - śliczne wnuczątko Elvisa Presleya.

 I wówczas wokół perfum była wytworzona otoczka słodkiego buntu. Błękitnych, obrysowanych dookoła czarną kredką oczu wyglądających zza rockowej burzy loków i obcisłej jeansowej kurteczki podkreślających pół-nastoletnią i pół-kobiecą figurę. Do tego szczypta legendarnego szyku w postaci podkreślania francuskości marki (odbijająca się w szybie wieża Eiflla, francuska piosenka w tle). I mamy wieloletni bestseller.

 Oto ewolucja flakonika od przytulanki rock&rolllowej dziewczynki do przegryzki nastolatki unoszącej się za pomocą garści balonów nad ulicami Paryża.

Miss Dior Cherie

Miss Dior Cherie

piątek, 18 września 2009
Zabawa w ciuciubabkę

Zabawa w ciuciubabkę to nie tylko jedna z od dziesięcioleci niemodnych dziecięcych gier. W nieco zmodyfikowanej wersji to również uciecha dla perfumoholiczek. Akcja No Logo została zainicjowana na Per-Fumum i byłaby może normalną wymianą próbkową gdyby nie fakt, że fiolki zamiast nazw mają na sobie tylko numerek. Jak łatwo się domyśleć zadaniem zgadującej jest jak najszybciej i z jak najmniejszą pomocą podpowiedzi zgadnąć jakie zapachy kryją się we fiolkach.

Annie jest w tym dobra. Chociaż podejrzewam że na jej bardzo wysoką wydajność śledczą wpłynął również fakt, że mam miękkie serce i sprytnie podpowiadałam ;)

Niespodziewanie mam rewanż i ze wstydem przyznaję, że jestem cienka w te klocki ;)

hehe

Jedynka

Jest nieprzyjemna na niepokojący spokój. Moczowo-szmatowata, zawilgocona, nieświeża, nieczysta... Bardzo możliwe że to wina braku chęci zgrywania się z moją skórą, bo z fiolki jest krystaliczna i przyszywająco chłodna. Na 99.99% nigdy przedtem tego nie wąchałam.

 

Dwójka

Annie, na bank to kiedyś wąchałam! Przy okazji nawiedza mnie to niezbyt lubiane, irytujące wrażenie. Ma miejsce na przykład wtedy gdy mój nos w tłumie ludzi wyłowi zapach znajomych perfum, ale na skutek zniekształcenia powstałego przez swoiste szumy komunikacyjne tak bardzo się zmienia, że nie mogę sobie przypomnieć co to takiego :( Znajome molekuły grają już z nieznajomą mi chemią, drażnią moje nozdrza, w skrajnych wypadkach wiem nawet że sama ich kiedyś używałam, ale nie mogę wpaść na dobry trop. I zgadywanka męczy mnie przez parę dni. Wiem, to okropne ;)

Jest słodkie. Czuję w nim ciepły, kardamonowy lukier. Z biegiem czasu z powodu galopującego wkurzenia coraz bardziej podnosi mi się ciśnienie, ale i tak nie mogę wpaść co to takiego :/

Trójka

Mirrę poczułam już z pół metra. Potem twardą zieloność niedojrzałej skorupy otaczającej orzech włoski. A potem ziołową mieszankę do pizzy zmieszaną z nieświeżym zapachem niemytej przez 10 dni lodówki.

Czy to właśnie Victrix?

Czwórka

Spanie na świeżym sianie. Przeszywająca dosłowność zapachu stodoły i ... kozy. Tudzież krowiego łajna. WTF IS THAT?

/Update 20.09/

Jedynka - jeszcze nie zidentyfikowana

Dwójka - Oh My Cat?

Trójka - Victrix

Czwórka - Marasciella

 

/Update 27.09/

Jedynka - Skarb

sobota, 23 maja 2009
Przyjemnie spędzona godzina

  Totalne zabieganie, multum obowiązków, kumulacja edukacyjna, brak czasu do namysłu - a co dopiero do głębszej kontemplacji - nie sprzyjają temu, żeby oddawać się rozkosznemu odbiorowi fal perfumeryjnych. Przyjemność z testowania spada prawie do zera, człowiek jeśli używa perfum to bez przekonania czy wyłącznie z  przyzwyczajenia, żeby tylko czymś pachnieć dla zasady a wyłapany mimochodem w tłumie zapach czyjegoś pachnidła drażni. To stan wyjątkowo nieprzyjemny dla perfumoholika. Pocieszające jest jednak to, że prędzej czy później znika a kiedy ta namiętność pasjonata wraca, to nierzadko ze wzmożoną siłą. I nadchodzi okres płodny odbiorczo - wszystko na nowo cieszy, zaskakuje i jest fajnie.

1

  U mnie perfumy są ostatnimi dniami nieco spychane na boczny tor. Tym nie mniej wygospodarowana godzinka na grzebanie w pudle z próbkami czy obchód Douglasa sprawia ogromną radochę. Wczoraj właśnie dość nieoczekiwanie przydarzyła mi się taka godzinka. Instruktor przesunął lekcję więc postanowiłam zobaczyć co tam ciekawego słychać w perfumerii. Nawiasem mówiąc moje ubranie (koszulka mojego teamu motocyklowego w męskim rozmiarze XXL i wysokie buty na ścigacze) nie wskazywało na to, że jestem miłośnikiem perfum więc z góry zaplanowałam mieć 1głęboko w nosie potencjalne śledzenie ochroniarzy formalistów (niemiły, lecz podobno popularny zwyczaj szufladkowania klienteli). Jednak personel tej perfumerii po raz kolejny mile mnie zaskoczył. Konsultantka zapytana o tester Jasmin Noir Bvlgari szybko go zdobyła i zauważając moją przychylną reakcję na pachnący papierek zaproponowała również jaśminową nowość Lutensa czyli wyczekiwany przez perfumeryjną brać Nuit de Cellophane. Zapoznania z rzeczonym dokonałam już na wejściu więc podzieliłam się tylko z panią moim wrażeniem, że pachnie jak żelki-miśki. Uściślenia co do faktu, że w tym konkretnym przypadku mam na myśli te miękkie misiaczki polskiej produkcji a nie twardziele Haribo postanowiłam zachować dla siebie. Nie chciałam wyjść na dziwadło. W każdym razie konsultantka jeszcze dodała, że jej osobiście przypomina delikatny szampon do włosów ;) Po chwili namysłu rzeczywiście doszłam do wniosku, że czuję w nich świeżo umyte damskie włosy. Miśki żelki i czyste włosy. Hm.

Hypnotic Poison  Nie żałowałam też sobie i przy okazji trzypsikowo zlałam się Hypnotic Poison, na które ostrzę sobie zęby od jakiegoś czasu. Zdecydowanie przychylam się do opinii bardzo wyczulonej węchowo Kattariny, która jest zdania że od tego roku najprawdopodobniej nieco je zreformułowano - teraz jest gęstsze, jest w nim więcej gorzkiej czekolady i migdałów a mniej plastiku. Bardzo przypomina wersję Elixir. Są mniamuśne po stokroć i z chęcią zaopiekowałabym się flakonikiem. Musiałabym się tylko upewnić się, że kupuję wersję z najnowszego sortu. Pierwszy raz testowałam Eau de Campagne Sisley i rzeczywiście prawie oniemiałam, bo głowa i serce dosłownie emanują pomidorowymi liśćmi prosto z działeczki. Dopóki nie przeczytałam głosów o tym jak bardzo zapach ten przypomina woń amerykańskich dolarów nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Teraz miałam wrażenie, że wtykam nos w pomidorowe listki i gruby portfel finansisty znad oceanu jednocześnie.

 Kiedy już wracałam do domu proces nudzenia zaistniały na skutek oczekiwania na przyjazd pociągu postanowiłam zabić poprzez poczynienie drobnych odkryć archeologicznych w torbie, której nie używałam od miesiąca. Znalazłam niepodpisaną próbkę i już pół kropli sprawiło, że wiedziałam z czym mam do czynienia. To była prze-prze-przeboska próbka od Płomyka. Najpiękniejsza perfumeryjna czekolada jaką kiedykolwiek stworzono - Musc Maori Parfumerie Generale. O niej będzie w krótce.

wtorek, 17 marca 2009
To hunt or not to hunt?

MV3  Po długich i wytrwałych polowaniach udało mi się zdobyć firmową próbkę zapachu MV3 Mac Creations. Zaaplikowałam dwa psiki na nadgarstek, zachwyciłam się i już sięgnałam po komórkę żeby machnąć sms jednej z zaprzyjaźnionych Warszawianek z informacją że mam dla niej fuchę - tzn czy nie miałaby ochoty pomóc mi w zakupie ;) Zerknęłam jednak na zegarek i doszłam do wniosku, że odłożę wysłanie tego sms'a na jutrzejsze popołudnie - bo inicjowanie rozmów biznesowych o godzinie pierwszej w nocy z soboty na niedzielę może być postrzegane jako trochę niekulturalne. W dalszym ciągu narkotyzując się zapachem mojego nadgarstka odłożyłam na biurko telefon oraz próbkę z silnym postanowieniem sfinalizowania mojego pomysłu za parę godzin i poszłam sobie gdzieś. Do sąsiada chyba, jeśli dobrze pamiętam.

  Kiedy wróciłam okazało się że próbka w jakiś tajemniczy sposób zniknęła z biurka, ale zamiast niej na parapecie byczą się dwa koty z podejrzanie wystudiowanymi, niewinnymi minkami. Próbowałam po dobroci wydusić z nich gdzie wturlały moją próbkę, ale udawały że nie wiedzą o co mi chodzi. Niech to szlag. 

 Wiem że zapach bardzo mi się podobał. Był miękki, zamszowy i nęcąco noir. Pluszowa słodycz ukryta pod satynową powłoczką uśmiechała się do mnie zachęcająco wydając z siebie syreni śpiew. Ale czy następny test wykazałby to samo? Może po prostu wydawało mi że to czuję, a tak naprawdę powinnam czuć coś zupełnie innego?

  Kupować w półciemno czy nie?

 Nuty: bergamotka, jaśmin, wetiwer, wanilia, skóra, ambra, balsam tolu

sobota, 14 marca 2009
Próbkowanie

Wyniki pobieżnych zapoznań ostatnich dni.

 Chocolat Frais, Il Profvmo - Po odrzucającym początku trudnym do przyrównania do czegokolwiek istniejącego naturalnie w przyrodzie (w tym czekolady) niespodziewanie następuje hedonistyczna faza. To Angel Thierry'ego Muglera w swoim najbardziej przymilnym wcieleniu. Odwołanie do psychoanalitycznego manewru mającego skojarzenia skierować na tory wspomnień dziecinnego obżarstwa wszystkimi znalezionymi w domu łakociami.

 Stella EDP, Stella Mc Cartney - Róża. Kwiat. Fuj.

 Hidden Fantasy, Britney Spears - Jak to dobrze upewnić się w przekonaniu, że na dobre wyrosłam z landrynek.

 Cuba, Czech & Speake - Sięgnęłam po ten zapach marki jako pierwszy, bo wydał mi się najbardziej intrygujący. Tak, podtrzymuję to stanowisko. To wyjątkowo intrygujące, że ktoś postanowił stworzyć perfumy o zapachu toalety publicznej wraz z zawartością.

 Palais Jamais, Etro - odrażająca zieloność i wiącha siana prosto z pola. I wstrętny, podstępny cywet.

 Youth Dew Amber Nude, Tom Ford Estee Lauder Collection - Ambra wyraźnie zakochana w stylu retro. Tym razem zero wysłodzenia, zamiast tego surowość i koniakowa wytrawność z pobrzmiewającym za jej plecami zapachem grzybni. Wyjątkowo seksowna tetryczka. Będą dalsze testy - z pełną świadomością, że kompletnie nie wyobrażam sobie siebie noszącej ten zapach przez choćby jeden dzień.

Svetlana Larix et Perce Neige, Culture & Nature, Jardin de France - soczysty figowy sok okryty zielonym liściem klonowym i przysypany pyłkiem kwiatowym. Krystalicznie czysty i roślinny, pozbawiony słodyczy i stawiający przed oczami obraz optymistycznej, choć wilgotnej jesieni.

Pure Police, Police - Bardzo przyjemne zaskoczenie. Nieoklepana, intrygująca słodycz. Warte uwagi w swojej kategorii powodzi fruity-floralów.

 L'ombre Fauve, Parfumerie Generale - Najpierw skóra, potem wędzonka a nastepnie popiół. A wszystko to schłodzone i zdystansowane. Następne podejście wypadło nieco bardziej zachęcająco - ultragorzkie kakao, które aż wykręca ślinianki na drugą stronę plus pylista zasłona z paczulowego kurzu i surowe kadzidło pozbawione dymka. Ciekawie, ciekawie...

 yDe 2, yDe - Chyba troszkę przesadzono z tą ekologicznością, naturalnością i weganizmem. Wyprano ten zapach z jakiegokolwiek perfumeryjnego zapachu. Kiedy wącham nadgarstek skropiony yDe2 czuję przede wszystkim mdlącą słodycz chorego ciała rozgrzanego rozkręcającym się stanem podgorączkowym.

niedziela, 08 marca 2009
Szybki test

Amarena Whim  Pierwszym punktem wycieczki polegającej na szybkim obchodzie Sephory było przywitanie się z Amarena Whim Lolity Lempickiej. Kiedy czytałam o składzie zapachu oraz relacjach pierwszych testujących szczęśliwców coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że MUSZĘ JĄ MIEĆ. Wiśnie (chyba jedyne obok mango owoce, które jeszcze mnie kręcą w perfumach), migdały, marcepan (mniaaaam) i piżmo (mrrrucząca zwierzęcość).

 Przetestowałam i szybko doszłam do wniosku, że dokładnie tak wyobrażałam sobie ten zapach. Dokładnie. Otwarcie to wiśnia amarena - trochę jak wnętrze wiśniowej czekoladki z likierem, trochę jak półcierpki prawdziwy owoc z drzewka plus smakowity, bardzo realny marcepan. Myślałam, że żadna siła nie zmusi mnie od odsunięcia nosa od nadgarstka. Na skutek krótkiego kontaktu z tym zapachem poczułam znajome ciepło w żołądku i małe zawirowanie w głowie - dokładnie jak po wypiciu dwóch kieliszków likieru wiśniowego.

 Przychylę się jednak do dość często pojawiających się głosów, że tak jak pierwsza i druga faza zapachu są bombowe, tak baza nieco rozczarowuje a sama trwałość zapachu rozczarowuje na całej linii... Po dwóch - trzech godzinach od sowitego spryskania wierzchu dłoni czułam na niej już tylko wylizanego wiśniowego lizaka.

 Z "jabłuszkowych" Lolit dłużej zagrzała u mnie miejsce tylko Lolita Midnight. Wszystkie "jabłka" skutecznie i niezmiennie od kilku lat sprowadzają na mnie potężny ból głowy. Ale zapach apteki z Lolity Midnight podobał mi się tak bardzo, że nosiłam te perfumy pomimo sprzeciwów ze strony mojego organizmu ;P Całe szczęście, że znalazłam równie intrygującego następcę, który jest jednak łaskawszy dla mojej głowy. O nim będzie niedługo.

piątek, 27 lutego 2009
Harajuku girls według Gwen Stefani

Harajuku Na początek informacja wprowadzająca - jestem oddaną fanką Gwen Stefani. Och. Kalifornijski alternatywny rock No Doubt przesycony emocjonalnym wokalem. Rewelacja. Samą Gwen lubię za kreatywność i ciekawy, wyjątkowo inspirujący styl. Jeden z najfajniejszych komplementów jakie usłyszałam (jakkolwiek raczej nie do końca zasłużony i niezgodny ze stanem faktycznym ;P ) brzmiał: "Boże, ale ty jesteś podobna do Gwen Stefani". Hehehe...

Co prawda trochę boli mnie serce kiedy słucham niektórych jej najnowszych solowych dokonań muzycznych - bo wszystkie produkcje stworzone z zespołem i pod szyldem No Doubt były zachwycające, podczas gdy z nagraniami Gwen z płyt Love.Angel.Music.Baby oraz Sweet Escape bywa ... bardzo różnie. Gwen w trakcie rozkręcania swojej solowej kariery przyjęła inny niż dotychczas kierunek stylizacyjny. Przyznawała się do inspiracji przede wszystkim Alicją z Krainy Czarów (niezapomniane suknie Johna Galliano z pierwszego teledysku "What you waiting for") oraz ulicznym stylem harajuku girls z tokijskiej dzielnicy Harajuku. Stworzyła bestsellerową kolekcję ubrań damskich i dziecięcych oraz perfumy L. Lamb a następnie serię pięciu zapachów Harajuku Lovers. Skusiłam się na zakup L. Lamb w ciemno i sromotnie tego pożałowałam, bo moim skromnym zdaniem zapach jest okropny. Tak okropny, że aż nie będę rozwijać tej myśli z żalu nad złym posunięciem mojej idolki (konwaliowy płyn do płukania tkanin, słodki groszek i gruszkowy soczek). Tak więc pełna najgorszych przeczuć, podkręcanych jeszcze przez lekturę nienajlepszych recenzji zagranicznych oczekiwałam na polską premierę kolejnych zapachów Gwen - aż w końcu się doczekałam.

 Hm, pierwszy poważny minus to dość wygórowana cena 170 złotych za niedużą pojemność 30ml EDT. Ja rozumiem, że wieeeelki światowy kryzys walutowy itede, ale bądźmy poważni... Flakoniki testerowe to zwykłe butelczynki więc nawet nie widziałam na żywo tych świetnie wyglądających na zdjęciach laleczek - wystylizowanych identycznie jak towarzyszące Gwen na koncertach cztery azjatyckie tancerki przebrane za harajuku girls oraz sama pani G. we wdzianku Alicji z Krainy Czarów. Przetestowałam blotterowo wszystkie pięć zapachów, ale w biegu i pozbawiona czasu na minutkę refleksji. W każdym razie definitywnie nie spodobało mi się tylko dziecinno-puderkowe Baby, resztę ... da się przeżyć ;D G. to ciekawy mleczny kokos a reszta to optymistyczne soczki owocowe rodem z escadowych limitowanek. Zero zaintrygowania z mojej strony oraz wstępnej ochoty na dalsze testy, ale odetchnęłam z ulgą, że tym razem moja idolka uniknęła fuszerki. Podobno zapachy sprzedają się wszędzie jak ciepłe bułeczki.

Ale rockowej duszy Gwen w dalszym ciągu mi brak...

piątek, 30 stycznia 2009

 

Insolence Eau GlaceeSzybki obchód Sephory zaowocował dwoma testami nadgarstkowymi. Na lewym nadgarstku wylądowało Insolence EDP Guerlain a na prawym nadgarstku nowość (a raczej czwarta z kolei próba odcinania kuponów od Insolence EDT) Insolence Eau Glacee Guerlain. Mam słabość do tych dosładzanych, elektryzujących guerlainowskich fiołków już od momentu wprowadzenia każdej z tych kompozycji na rynek. Zuchwałość. To jedne z nielicznych zapachów na sephorowskich półkach, które zainteresowały mnie w przeciągu ostatnich dwóch lat.

 Insolence EDP testowałam już chyba trzeci raz, coraz silniej utwierdzając się w przekonaniu, że to jeden z "moich" zapachów i kiedyś musi zagrzać miejscówkę na mojej przytulnej, perfumeryjnej półeczce. Uwielbiam tą esencjonalność, konkretność i bogactwo. Całą garść fiołków w cukrowej panierce, przekładanej malinami i impulsami elektrycznymi. Wspaniała kompozycja. Wyborna.

 Moja pierwsza myśl podczas testowania Eau Glacee - "gdzie do cholery są fiołki?". A potem - "gdzie do cholery jest cokolwiek konkretnego"? Wrażenie to potęgowało się jeszcze pod naporem presji zapachu drugiego nadgarstka. Kontrast był bardzo wyraźny. Wersja Eau Glacee jest wydelikacona, schłodzona, zdystansowana i wyzuta z ducha Insolence. Owocowy sorbecik.