sobota, 22 maja 2010
Wyniki kolejnych rozgrywek No Logo

  No Logo to wyczesana w kosmos gra sieciowa dla zaawansowanych perfumoholików. Relacja z pierwszej rundy zabawy z Annie znajdują się w TYM wpisie. Wiadomo oczywiście o co chodzi, więc nie będę tłumaczyła reguł ;)

 Tutaj fotka autorstwa wyżej wspomnianej, której to komentarz o podobieństwie kształtu mojego naprędce poczynionego zapisu graficznego ósemki przypominał w jej odczuciu ludzki płód. Po prostu niesforne Nomad Tea puściło parę. 

ósemka

 A parę dni temu zebrałyśmy się z Wieloimienną Liz za kolejną rundę. Zawartość mojej kopertki od partnerki rytuału wymiany wyglądała tak:

 Fiolki od Liz

Po wytargowaniu od Liz kilku sugestywnych podpowiedzi udało mi się wykoncypować co następuje.

Jedynka - L'eau Par Kenzo Indigo, Kenzo

Dwójka - Nahema, Guerlain

Trójka - coś od Oliviera Durbano.... Hm...

Czwórka - Incense, Norma Kamali

Piątka - jeszcze niezidentyfikowane lekkie pachnidełko

Szóstka - Jubilation XXV, Amouage

Ósemka - Habanita, Molinard

Dziewiątka - Dzing!, L'artisan

 

 Liz była o wiele lepsza - szybsza, a jej typy trafniejsze :) Wykombinowałam jej trzy podpowiedzi do czterech zapachów. W puli miała między innymi:

  •  zapach akademicki (jeszcze go nie ustrzeliła, a w dodatku zelżyła porównaniem ze ściółką dla chomika :DD ),
  • pachnidło co do którego dowiedziono, że ma najsilniejszą moc przyciągania mężczyzn
  •  oraz dwoje dzieci o wspólnym matko-ojcu - z uwagi na fakt, iż jego-jej płci nie można jednoznacznie rozsądzić

Odgadnięte:

Jedynka - Mitsouko, Guerlain

Dwójka - Mulled Cider, Demeter (czyli szarlotka według naukowców gwarantująca sukces prokreacyjny z uwagi na kojarzenie się posiadaczom chromosomu XY z ciepłem domowego ogniska i słodkimi pokusami)

Trójka - Piment Brulant, L'artisan

Czwórka - "chomiczy domek" będący w rzeczywistości zapachem akademickim ;P

Piątka - Angel Bleu Lagon, Thierry Mugler

Szóstka - Angel Liquer de Parfum, Thierry Mugler (czyli bliźniaki dwujajowe anielskiego rodzica. A jak powszechnie wiadomo anioły nie mają płci :> )

Siódemka - Garage, CdG

 

 Bardzo lubię No Logo. Proces zgadywania jest ubarwniony totalnym wyostrzeniem zmysłowym i nastawieniem na wyłapywanie najmniejszego niuansu mogącego rozwiązać zagadkę. Takie postrzeganie pachnidła absolutnie wyjątego z kontekstu okazuje się niezwykle pasjonujące. Wszystko ubarwia odrobinka pieprzyku współzawodnictwa ;) Zawsze chcę być lepsza od konkurentek, a potem nieco polegam - oczywiście tylko i wyłącznie dlatego że moje podpowiedzi są bardziej sugestywne ;))

 

/UPDATE 23.05.2010/

"Moją" Trójkę zidentyfikowałam jako Turquoise Oliviera Durbano.

Liz zgadła też "swoją" Czwórkę. To Entropia, czyli zapach Politechniki Warszawkiej.

niedziela, 06 września 2009
Lutki-fiutki, czyli Lutens jest zajebisty

 Już w czerwcu ponad dwa lata temu Elve na swoim blogu podzieliła się podejrzeniem, że Serge'a dopadł syndrom kadzi charakterystyczny dla Escady. O ile Lutens od lat podtrzymuje swój wizerunek niszowego domu perfumiarskiego, to Escada to flagowy przykład obśmianej masówki produkującej sezonowe, landrynkowe ulepki dla dziewczynek. Lutens lata swojej świetności ma już za sobą, a o ile od dawna jego perfumy dla wprawnego nosa zdawały się różnic jedynie Fourreau Noir Lutenscharakterystycznymi akcentami, to najnowsze kompozycje są już po prostu mizerne i nijakie. Choć w dalszym ciągu drogie i lansowane w poczytnych magazynach kobiecych. Oczywiście perfumoholicy nie tracą nadziei, że najnowsze kompozycja Forreau NoirFille en Aiguilles będą czymś, czego do tej pory nie uświadczyliśmy, ale nauczeni doświadczeniem dzielnie opanowujemy ślinotok. Choć koci flakon absolutnie podbił moje serce.

Często się zdarza, że dla osób dopiero wkraczających do świata perfumeryjnych hobbystów z niewiadomych względów zapachy Serge’a Lutensa są szczytem niszowego wyrafinowania. Może dlatego że jest to najbardziej rozpoznawalna niszowa marka a próbki jej zapachów można bez trudu kupić na Allegro? Nieco nieświadomie i na zasadzie owczego pędu niesłusznie je gloryfikują. Przeczytałam dzisiaj na wątku jednego z forów o ładnych flakonach, że dziewczyna w swoim zbiorku trzyma Halloween J.del Pozo tylko i wyłącznie dlatego, że flaszka przypomina jej lutensowskiego dzwońca z serii pałacowej. Matko bosko…  

Lutensy w pewnych kręgach pieszczotliwie określane są mianem lutków, co drażni Duby Smalone z Per-Fumum do tego stopnia, że na forum ustawiły automatyczną zmianę słowa lutki na fiutki. Kiedy ktoś nieopatrznie użyje zakazanego, drażniącego określenia system wygeneruje uroczy zamiennik...

 Osobiście do naskórnego noszenia wybrałam dla siebie tylko jednego Lutensa – i jest nim Un Bois Vanille. To upojny wielowymiarowy waniliowiec z mlekiem kokosowym, który jakiś czas temu został określony przez wąchającą mnie koleżankę mianem zajebistego. Khem, khem… Czy zabrzmiało to jak dowód na wyrafinowanie kompozycyjne waniliowego drewniaka?

sobota, 30 maja 2009
Skunksulka

Niespecjalnie rusza mnie coś takiego jak forumowe mody na jakiś zapach. Fakt, jeśli na jakiś czas o jakimś pachnidle robi się głośno to oczywiście zaciekawiona sprawdzam co zacz i o co tyle hałasu. Jednak w nas perfumoholikach często buzuje wyjątkowo silne umiłowanie indywidualizmu. Im mniej osób pachnie perfumami, które obrałam sobie na mój signature scent (czy choćby zapach aktualnie najukochańszy) tym lepiej. Każdy ranking popularności perfum bazujący na rezultatach sprzedaży w perfumeriach jest w rzeczywistości dla zapachowego egocentryka faktycznym antyrankingiem. Nie sądzę żeby wynikało to ze snobizmu - raczej świadomym unikaniem tego co pop.

  Chociaż Pierre Bourdieu na pewno byłby innego zdania.

  Inna sprawa, że określenie forumowa moda już z samego gruntu jest w moim odczuciu zdecydowanie na wyrost.

Z trendsetterami sprawa ma się nieco inaczej, ale to już temat na inną dyskusję (a ja jestem zmęczona po szalonym piątku i teraz nie wykrzesam z siebie wystarczająco dużo erudycji żeby choćby podjąć próbę naszkicowania podstawowych kwestii ;) ).

Ale pamiętam jedną wyjątkowo dla mnie atrakcyjną malutką modową eksplozję - kiedy to kilka perfumiar zapragnęło mieć to samo, co podpatrzyło u innej członkini grupy. Było to jakoś w połowie lipca 2007. Różowy Strachulec kupiła w Zarze bawełniany T-shirt w kolorze ecru z nadrukiem skunksika trzymającego w łapkach różowe perfumy z atomizerem zakończonym dużą pompką a środkową część koszulki wykańczało wyraźne pytanie epistemologiczne „Do you want to try my new perfume?”. Na fali entuzjazmu parę dziewczyn poprosiło Strachulca o pomoc - pośrednictwo w zakupie identycznego T-shirtu. Strachulec to kochane dziewczę, tak więc kilka dni później cieszyłyśmy się nowymi nabytkami. Jakoś tak dogadałyśmy się, że do koszulki (z absolutnie bliżej nieokreślonych przyczyn) najlepiej pasuje L Lolity Lempickiej (znana z kreatywnego słowotwórstwa Eenax od ręki ochrzciła szmatkę mianem skunksulki) i właśnie tak od czasu do czasu się w te kilka osób nosiłyśmy. Dżinsy, skunksulka i L.

Autentycznie cieszyłyśmy się z tego organoleptycznie namacalnego dowodu na pewnego rodzaju wspólnotę i solidarność ;) Mieszkamy w większości w innych miastach i innych rejonach Polski więc nawet nie miałyśmy szansy wpaść na siebie na ulicy w naszych mundurkach, ale radocha była mimo wszystko.

skunksulka 

Śliczna koszulka, nieprawdaż? Na podjęcie próby zgapienia już za późno - szmatki tej już od kilku sezonów nie ma w regularnej sprzedaży. Gdyby była to na pewno ta notka by tutaj nie zawisła. Ryzyko naśladownictwa ze strony Szanownego Czytelnika jest zbyt duże ;)

piątek, 08 maja 2009
Paszczaki

Paszczak   Zainwestowanie sporej gotówki w próbki perfum, które po bliższym kontakcie okazują się paskudne ma swoje dobre i złe strony. Złe to na przykład: rozczarowanie, bezowocne wydanie kasy i wdychanie paskudztwa z własnej skóry. Ale minusy nie przeważą szali, bo po przeciwnej stronie jest PLUS. Zaspokojenie ciekawości. Wklejenie do klaseru umysłu kolejnego cennego znaczka. Tak, perfumoholicy chyba mają to do siebie, że są takimi Paszczkami z Doliny Muminków, które kolekcjonują z pasją kolejne elementy układanki. Paszczak miał swoje znaczki - ja mam swoje perfumy. Okazało się jednak, że jednego razu nadszedł smutny dzień, w którym kolekcja paszczakowych znaczków była idealnie kompletna - co do jednej sztuki. Posiadał w swoim zbiorze każdy znaczek z każdego zakątka świata, jaki kiedykolwiek wypuszczono w obieg. Nastąpiło u niego poważne załamanie spowodowane tym, że tym samym znikł już obiekt poszukiwań i dreszczyka emocji. A więc co zrobił? Przerzucił się na botanikę (kolekcjonowanie kwiatków) i zaczął zabawę od początku. Podobno Paszczaki żyłkę poszukiwacza-kolekcjonera mają we krwi.

 Kolejnymi elementami mojej układanki są Dans Tes Bras oraz Lucifer no.3. Nie trafiają w moje ulubione miejsce w klaserze, ale to nie zmienia faktu, że miło było je poznać.

piątek, 01 maja 2009
Tak mi się podobasz, że cię połknę

   Poniższy filmik to nagranie z programu Ellen Degeneres z Halle Berry. Trwa blisko 11 minut, ale powody dla których pokusiłam się o wrzucenie go do tej notki jasne okażą się już po pierwszych 40 sekundach ;) Ciąg dalszy zajawki od 6:00.

W kontekście powyższego, słowo "perfumoholizm" nabiera niebezpiecznego wydźwięku.

czwartek, 09 kwietnia 2009
Perfumoholik - znaki szczególne

   Od jakiegoś czasu zastanawiam się jakie są szczególne cechy perfumoholika. Co takiego różni osobę, która lubi perfumy i lubi ładnie pachnieć od osoby, która ma świra na punkcie świata zapachów. Spokojnie można mieć 50 flakonów i pasjonatem nie być - tu nie chodzi o kryterium ilościowe ani o wskaźnik pieniędzy zainwestowanych w pachnąca wodę (no bo oczywistym jest że to inwestycja a nie utopienie gotówki). Jednym z ciekawych czynników, które mogą popchnąć do zagłębiania się w temat i czerpania z niego satysfakcji może być synestezyjne widzenie świata. Osoba mająca taką skłonność podczas testowania bardzo udanych, oryginalnych czy bogatych kompozycyjnie zapachów widzi przed oczami tęczę, scenę filmową, słyszy piosenkę, podróżuje w czasie zarówno w przód i w tył, głaszcze belę jedwabiu, spaceruje po tureckim targu lub obrywa plastikowym kwiatem róży w głowę. I to wszystko bez wychodzenia z domu i Legomanbez specjalnego wysiłku. Perfumianiacy noszą w swojej głowie obwoźne kino, tylko i wyłącznie do własnego wglądu. Chyba że ktoś jest tak ekstrawertyczny i ekshibicjonistyczny, że zakłada bloga i postanawia się dzielić tym co zobaczył. Tutaj przy okazji pojawia się odpowiedź na pytanie skąd tajemnicze umiłowanie niszy przez perfumeryjnych hobbystów. Mainstreamowe, sztampowe, wyciosane z jednej matrycy i szablonowe zapachy przeznaczone dla masowego odbiorcy takich fajerwerków niestety po prostu najczęściej nie wywołają. 

 Synestezyjne widzenie wręczone przez matkę naturę to jednak nie wszystko. Podstawową i najważniejszą rzeczą jest zapewne wrażliwość zapachowa. Są osoby, które bez ogródek przyznają że słoń nadepnął im na nos, czują zapachy niedokładnie lub kompletnie nie przywiązują do tego wagi i tak naprawdę wcale nie zdają sobie sprawy z tego, że czują. Coś na zasadzie "patrzą a nie widzą". Marginalną (choć z drugiej strony nie tak rzadką jak się potocznie myśli, bo cierpi na nią aż do 3% populacji) sprawą jest coś na kształt zapachowego daltonizmu czyli anosmia. A to nie wszystko, bo istnieją również inne zaburzenia węchu (dysosmii) mające nagatywny wpływ na potencjał kandydata na perfumoholika takie jak: agnosmia, hiperosmia, hiposmia, parosmia, phantosmia czy pseudoosmia. W książkach tematycznych przewija się jednak sugestia, że dobry węch może być zasługą regularnego treningu. W każdym razie ja raczej z tych wrażliwców. Czuję zapach jedzenia z lodówki, którą ktoś otworzy na chwilę w pokoju obok za ścianą - bez żartów, czasem wyraźnie dociera do mnie że należy się zabrać za poważne jej czyszczenie, bo dolatują do mnie subtelne molekuły stęchlizny ;) I sytuacja z wczoraj. Koleżanka na kilka godzin przed wyjściem na zajęcia po prysznicu nałożyła na nogi balsam brązujący oraz kroplę Hypnose na nadgarstek. O ile Hypnose wiele osób bez problemu zidentyfikuje bez pudła, to zapach dihydroksyacetonu zaaplikowanego przed paroma godzinami i ukrytego pod dżinsami już niekoniecznie ;) Lego

  Antropologia fizyczna donosi, że większym wyczuleniem na zapachy dysponują kobiety. Ich węch powiązany jest z emocjami i pamięcią a w tych dziedzinach umiejętności kobiet są wyżej uorganizowane niż w przypadku mężczyzn. Szczególna czułość ma ujawniać się tuż przed owulacją. Kiedy wyczułam DHA na nogach koleżanki zaczęłam jednocześnie wertować w myślach mój kalendarzyk żeby zastanowić się nad słusznością tego założenia. Okazało się jednak, że w tym konkretnym przypadku nie miało to zastosowania.

  Inna rzecz. Czy zauważyłeś Drogi Czytelniku, że zastanawiająco duża część perfumeryjnego polskiego środowiska uwielbia koty? O co chodzi? Moim skromnym zdaniem kot to bardzo zmysłowa, charakterna istota. Możnaby ją reklamować jako idealną ozdobę domu każdego perfumoholika.

  Jestem ciekawa czy inni perfumeryjni hobbyści również zauważyli jak bardzo pasja ta jest zaraźliwa. Wystarczy że koleżanka kilka razy nakryje mnie podczas rytuału perfumowania, podczas przebieżki w centrum handlowym wdepnie ze mną do Douglasa i pozwoli sobie opowiedzieć i doradzić kilka rzeczy albo po prostu wyczuje w powietrzu piękny zapach i zaintrygowana odkryje, że to czyjeś perfumy. Kolega z kolei coś wywącha, zapyta co to jest a kiedy zdobędzie ode mnie informacje na ten temat White Stripespostanawia kupić identyczne damie swego serca. Koleżanka z forum kiedyś wspomniała, że wkręciła w temat swoją przedtem kompletnie nieobeznaną znajomą, która poczuła się zaintrygowana instytucją wspólnych zakupów jednego dużego flakonu perfum i dzielenia go na mniejsze odlewki. Cóż, egzotyka zawsze była tym, co pociąga. W każdym razie jeśli w przeciągu najbliższych dni będę miała problemy z bezsennością to zamiast skaczących przez płotek baranków będę liczyć ile osób pociągnęłam za sobą w perfumeryjną odchłań. Albo ile razy zdradzałam sekret, że te zniewalające perfumy, którymi pachnę to Angel 

 Nawiasem mówiąc chyba od dzisiaj postanowię sobie nie zdradzać czym pachnę. Pytanie "czym pachniesz?" to dla perfumoholika równie intymne pytanie jak "jaką masz na sobie bieliznę?" dla przeciętnego zjadacza chleba. Beztrosko można sobie o tym podywagować z innymi hobbystami - dla otoczenia powinna to być słodka tajemnica. Poza tym Angel jest tylko mój a im mniej osób nim pachnie tym lepiej dla mojego egocentrycznego dobrego samopoczucia. Te perfumy są tylko moje - zapamiętajcie to sobie!

środa, 18 lutego 2009
Poczuj chemię

 Każdemu perfumeryjnemu hobbyście podczas zagłębiania się w swoją olfaktoryczną pasję czasem lub często (jeśli nie cały czas) towarzyszy przekonanie, że perfumy to ... hmmm... sztuka? Magia? Pachnąca woda przenosząca człowieka drogą zmysłów w inny wymiar. Łatwo się zagalopować i stracić trzeźwy osąd, zapomnieć że perfumy to chemikalia. Sztucznie wyekstraktowana substancja produkowana w laboratoriach chemicznych. Oczywiście dokłada się wszelkich starań żeby możliwie najlepiej to zakamuflować aby w konsekwencji zapach przez pierwszego lepszego potencjalnego konsumenta nie był odebrany jako "syntetyczny" czy - no właśnie - jako "sama chemia" (jak to lubi dobitnie określać moja rodzicielka ;) ). Perfumy to podjęcie próby kreowania piękniejszej rzeczywistości lub imitacja realności.

 Perfumy to oszustwo, któremu świadomie dajemy się nabrać - i co więcej - oczekujemy by było to kłamstwo, które brzmiałoby jak najpiękniej. Ale w odróżnieniu od tego potocznie rozumianego kłamstwa nie działa ono na nasze uszy lub oczy lecz powonienie.

Chemia

  Such a beautiful lie.

 Skutkiem ubocznym tego faktu - bardzo intrygującym i fascynującym - jest obserwowanie jak poszczególne składniki układają się . Och, to źródło niekończącej się radochy dla perfumoholika. To mniej lub bardziej zapalczywe odkrywanie, którego skutkiem jest zachwyt, znudzenie, konsternacja, wkurzenie, obrzydzenie czy pięćset innych emocji...  Perfumoholicy, którzy mieli szansę na własnej skórze i na własny nos przekonać się o słuszności tej ciekawej prawidłowości opisując zapach często wplatają w recenzje i opisy sformułowanie "na mojej skórze to..." dając jednocześnie do zrozumienia, że te sądy są obciążone niewiarygodnie dużym marginesem dowolności.sensual eyes

 Ekscytującą metodą prób i błędów doszłam do wniosku, że na przykład jaśmin często się na mnie wymydla (fuj!), cytryna wysładza (ciekawe...), paczula sprawia wrażenie słodkiego kurzu (rewelacyjny surrealizm!), czekolada pachnie jak drożdżowe ciasto (ewenement kulinarny) a generalnie rzecz biorąc większość zapachów mięknie i sprawia, że są niewiarygodnie przytulne, niemal proszące się o dotyk. To truizm, ale na każdym dany zapach pachnie inaczej. Chemia skóry spotyka chemię w butelce urabiając ją na swoją modłę.

 Na koniec historia z dzisiaj, która w sumie bardzo mnie rozbawiła ;) Podchodzę do grupki koleżanek zalegających na uczelnianych ławkach w oczekiwaniu na zajęcia. Nie widziałyśmy się kopę lat (tydzień ;P ) więc się przytulamy na powitanie. Nagle strasznie się ożywiają i zachwycone pytają czym tak cudownie znowu pachnę. Zakłopotana informuję że to Paczulowanilia vel Waniliopaczula (ta sephorowska) i cierpliwie odpowiadam gdzie i za ile to cudo można zanabyć drogą kupna. K. mówi że jakiśtam zapach z tej serii dostała parę miesięcy temu w prezencie od szefowej, ale że śmierdzi jak nieszczęście i stoi i się kurzy. Mówię jej więc żeby sprawdziła jaka to konkretnie wariacja i o ile nie jest to Wanilia & Monoi albo Wanilia & Kwiat Pomarańczy to od niej odkupię. Wieczorem na gadu czeka na mnie wiadomość, że ten tajemniczy flakon to ... Wanilia z Paczulą ... Podobno raz jeszcze ze zdziwiniem przetestowała na nadgarstku, zahamowała niebezpiecznie szykującego się do lotu pawia (jakkolwiek teoretycznie rzecz biorąc pawie to nieloty) i poszła się w te pędy szorować. "A na tobie tak pięknie pachnie" - poinformowała mnie jeszcze na koniec z żalem i cierpiętniczą minką ;)

 Szczerze mówiąc zaskakująco często spotykam się ze stwierdzeniami, że z korka, z blotterka lub z nadgarstka testującej ten zapach innej osoby dane perfumy pachną gorzej niż na mnie. Zastanawiam się tylko skąd to się bierze ... ;D

środa, 11 lutego 2009
Płeć perfum

Perfume

 Za każdym razem kiedy testuję "męskie" perfumy czuję, że zaraz stanie się coś niespodziewanego, ponieważ ten zapach został stworzony z myślą o tym żeby nosił go mężczyzna. A nie ja - która jestem kobietą. Grubość oraz chemia skóry - żeby nie zagłębiać się już w temat wpływu hormonów na sposób układania się perfum - mężczyzn i kobiet różni się, tak więc ten sam zapach będzie na przedstawicielach obu płci pachniał wyraźnie odmiennie. 

  Co prawda producenci perfum niszowych (według mnie słusznie) mają w nosie tego typu podziały, odgórnie w sposób oczywisty ignorując utarty schemat informowania od samego początku czy dany zapach jest zapachem "damskim" czy też "męskim". Przeznaczonym dla kobiety albo dla mężczyzny. W świecie perfumeryjnej niszy królują uniseksy, bo ich producenci zgadzają się z pewną ideą, którą po krótce przytacza mistrz Serge Lutens w wywiadzie.

Pyt: Dlaczego wśród pana zapachów nie ma podziału na damskie i męskie?

Serge Lutens: Proszę zapytać różę czy jest kobietą czy mężczyzną. Choć w ich gatunkach są osobniki damskie i męskie, rozmnażają się, wszystkie pachną tak samo. Nie ma ciastek lub muzyki dla kobiet i mężczyzn.Aż do końca XIX wieku podział na męskie i damskie zapachy nie istniał. To wymysł powojennego marketingu, który miał ułatwiać sprzedaż. Kiedy moje perfumy nosi kobieta - są damskie, jeśli mężczyzna - są męskie. Płeć rozpoznajemy natychmiast, nie trzeba jej rozróżniać zapachem.

 W tym świecie macha się ręką na stereotypowe myślenie o płciowych podziałach. Mężczyzna pachnący różą? Kobieta pachnąca wodą kolońską? To tylko i wyłącznie kwestia gustu i osobistych preferencji. Zapytanie na hobbystycznym perfumiarskim forum dyskusyjnym czy dany zapach jest "damski czy męski" to delikatne faux pas świadczące o nieobyciu i potencjalnej wąskości horyzontów na pewnym polu ;)

  Taka to reflekcja naszła mnie podczas testowania Tom of Finland Etat Libre d'Orange ;) Zapachu niszowego, ale jednoznacznie ukierunkowanego na target obdarzony chromosomem XY.

czwartek, 04 grudnia 2008
Zawartość torebki perfumoholiczki
torebka
 

  Zawartość damskiej torebki to najpilniej strzeżona tajemnica. Zawartość torebki perfumoholiczki to jeszcze większa tajemnica. Ale dla dobra mojego bloga - aby wcisnąć tu trochę interesujących szczególików postanowiłam uchylić rąbka tajemnicy i zdradzić czym różni się zawartość torbiszcza perfumoholiczki od torebki każdej zdroworozsądkowej, trzeźwomyślącej i statystycznie idealnie przeciętnej jednostki.

 Pomysł na tą notkę zrodził się w mej głowie na skutek pewnych okoliczności. Wyobraź sobie, że idę sobie chodnikiem i w pewnym momencie zaczyna mi towarzyszyć pewien charakterystyczny dźwięk. Jakbym wybierała się na sowicie zakrapianą imprezę a w torbie skrywała własną ogromną porcję napitku. Grzechotanie i postukiwanie szklanych flaszek. Co jest - myślę sobie. Otwieram torbę i posyłam jej wnęrzu szybkie, karcące spojrzenie. No tak. Mam przy sobie trzy spore pełnowymiarowe flakony a w każdej możliwej kieszonce -które z założenia służą w celu przechowywania komórki, chusteczek higienicznych, wizytowników i biletów tramwajowych - poupychane są trzy dziesięciomilitrowe perfumetki Sephory, dwie małe odlewki niszowców a na dokładkę trzy próbki. I to wszystko świetnie się w mojej torbie zabawia generując przy tym podejrzane dźwięki.

  Kiedy postanowiłam trochę zmodyfikować ilość pachnących fantów i opróżniłam torbiszcze do cna ze zdziwieniem stwierdziłam, że poza wcześniej wymienionymi niezbędnikami i oczywistościami z gatunku chusteczki, tampony, zeszyty, kserówki na uczelnię, długopis i najnowsza amerykańska Elle mam przy sobie 8 ukochanych Juicy Tubesów, miniaturkę czarnego tuszu DiorShow, garść tabletek na każdą możliwą dolegliwość, która mogłaby się napatoczyć, dwa lusterka, pojemniki na próbki krwi, szczotkę do włosów, trzy wsuwki ... itd. Ale o tym rozmawiać nie będziemy ;P

  Generalnie rzecz biorąc perfumy zajmują u mnie w pokoju osobną półeczkę - są tam chołubione, obdarzane czułością, wieczystą miłością i należną im uwagą. Ale kawałek mojego mikroświata noszę też przy sobie. Przede wszystkim z takich prozaicznych względów jak to, że po 4 godzinach perfumy na skórze znacznie słabną i trzeba odnowić rytuał wyperfumowania się. Dlatego jeśli tylko o tym pamiętam i nie wybiegam z domu jak oparzona - w obawie że ucieknie mi pociąg - to wrzucam flakonik z perfumami, którymi się właśnie wyperfumowałam do torby. Zawsze mam przy sobie też kilka małych, miłych akcentów. Jeśli mam wenę i mogę sobie pozwolić na małe pokontemplowanie w ciągu dnia to testuję jakiś zapach z próbki. I tym sposobem poza codziennymi rutynowymi zajęciami mam też dodatkową sekretną rozrywkę, o której nie wiedzą osoby postronne ;) Testuję sobie. Absolutnym niezbędnikiem jest też posiadanie przy sobie słodyczy, cukierków, czekoladek i deserków. Sephorowskie dziesięciomililitrowe perfumetki Chocolate Tofee, Creme Brulee, Vanille Mangue i Vanille Caramel to moi zdecydowani faworyci.

  Na zamieszczonym zdjęciu nie jest uwieczniona moja torebka. Dorzucę, że niestety. Och, chciałoby się taką piękną Miu Miu, oj chciało ... ;) Fotka pochodzi z lubianej przeze mnie strony inyourbag.instyle.com