sobota, 08 grudnia 2012
Słowo wstępu o Yankee Candle

Parę kolejnych wpisów będzie nie mniej pachnących niż poprzednie. Będzie jednak o tyle intrygująco, że zmieni się między innymi stopień skupienia opisywanych i ocenianych woni... ;) Nieco stęskniłam się za pisaniną w moim blogowym kącie więc tym razem powracam z (jak podejrzewam) niespodziewanymi recenzjami.

Będzie dużo zdjęć, zapraszam do czytania i oglądania :)

Od dawna jestem fanką aromatyzowania nie tylko siebie (oraz każdej bliskiej jednostki, która się nawinie), ale i przestrzeni. Bawiłam się między innymi zestawem małego alchemika do produkcji perfum do pomieszczeń, ale najprostszym sposobem jest zainwestowanie w dobrą świecę zapachową. Mają one też inne, niezaprzeczalne plusy. Niewiele jest przecież równie fajnych, klimatycznych dobrodziejstw jak płomień świecy wieczorową porą. W przypadku produktów marki Yankee Candle, o których zaraz będzie mowa, wykorzystać można nawet szklane opakowania pozostałe po wypaleniu wosku. Tak ładnych słojów można szukać w Ikei (i również zapłacić za nie odpowiednią sumkę).

Dlaczego właśnie Yankee Candle? Sama byłam bardzo sceptyczna kiedy czytałam kolejne pochwalne peany pochwalne na ich temat. W końcu cóż tak wspaniałego może być w pachnącej świecy? Używałam tego rodzaju produktów Ikei czy Brise i uważałam, że są całkiem ok. Wszystko zmieniło się kiedy skorzystałam z atrakcyjnych promocji i kupiłam na próbę parę cudeniek. Od tego momentu zapach mojego otoczenia już nigdy nie był ten sam... ;)

Dzisiejszy wpis do drobna swego rodzaju zapowiedź, skromne know-how, wiedza, w którą warto się uzbroić przed zakupami. Nie jest tajemnicą, że produkty Yankee Candle do tanich nie należą. Jednakże ich wydajność i najwyższa jakość absolutnie to rekompensują. Przykładowo, jeden wosk do kominka (cena w granicach 4,50 zł - 6 zł) przy zastosowaniu się do opracowanych patentów wystarczy na 32 godziny palenia i uzyskania naprawdę mocnego zapachu.

Do wyboru mamy 4 kategorie zapachów: Fresh (Świeżaki), Fruit (Owoce), Floral (Kwiaty), Food&Spice (Jadalniaki) i Festive (Okazjonalne limitki wszelkiej maści). Akurat nie trudno domyśleć się, która jest moim faworytem ;) Na naklejkach na dużych pojemnościach świec znajdują się odpowiednie wskazówki. Na malutkich tartach do kominka już nie da się tego wcisnąć ;)

Na fotkach starałam się to uchwycić. Kolejno Christmas Eve (Festive), Orchard Pear (Fruit) oraz Vanilla Cupcake (Food&Spice).

Festive

Fruit

Food&Spice

W przypadku Yankee Candle jeśli chodzi o gadżety do palenia zasadniczo możemy wybierać między świecami w szklanych opakowaniach (będą to słoje oraz tzw tumblery o różnych pojemnościach) oraz woski. Poza nimi dostępne są jeszcze mini świeczki samplery na próbę oraz parę innych pachnących fantów - takie jak aromatyzatory do samochodu.

Zanim przejdę do wosków jeszcze słowo o słojach. Trzeba na nie uważać, bo niestety są dość kapryśne. Raz zapalona świeca powinna się palić przez parę godzin, ponieważ przedwcześnie zgaszona może nam utworzyć "tunel". A obiecuję Wam, że tego nie chcecie ;) Jeśli wosk nie rozpuści się do samych brzegów słoja, to będzie się spalać nierównomiernie i część wosku może się marnować. Oto mała demonstracja, mam nadzieję, że coś widać, aparat odmawiał współpracy. Proszę Państwa, oto tunel i nie-tunel (to jest wypalenie prawidłowe) ;)

tunel

nie-tunel

Jeśli szatański tunel już się utworzył, bez obaw, sytuacja jest do uratowania. Wystarczy szczelnie owinąć słój folią aluminiową i pozostawić u góry niewielki wylot. Tak właśnie "naprawiłam" słoik z Chocolate Layer Cake z powyższej fotki. Podobno warto też zainwestować w specjalną nakładkę (Illuma Lid) - planuję się o tym przekonać ;) Trzeba też regularnie przycinać knot, tak aby nie był dłuższy niż 5mm.

Kolejną formą zapachową są urocze tarty, woski zapachowe do palenia w specjalnym kominku. Można je wrzucać do kominka po ćwiartce (pozostałą część przechowywać w szczelnie zamkniętych woreczkach strunowych, osobnych dla każdego zapachu). Na dolnym "piętrze" kominka należy umieścić małą bezzapachową świeczkę (tealight) - podpalona rozpuści nam zapachowy wosk i sprawi, że zapach błyskawicznie rozprzestrzeni się po pokoju. U mnie wygląda to tak (w kominku Cranberry Chutney):

kominek1

kominek2

kominek3

kominek4

Tarty wyglądają... słodko ;) Przewinęły się u mnie nowsze i starsze edycje. Takie opakowania nieco różnią się wizualnie. Raczej nie ma powody do obaw przy możliwości upolowania starszych (często limitowanych i niedostępnych w Polsce) zapachów. Miałam na przykład taką właśnie Chocolate Cupcake i co prawda "suchy" wosk nie pachniał prawie w ogóle, ale po zapaleniu zapach był równie intensywny jak w przypadku najświeższych okazów.

stare i nowe

Na koniec jeszcze ostatnia fotka - zdjęcie zbiorowe moich wosków, które jeszcze nie zostały rozbebeszone, a przy tym są bardziej fotogeniczne ;)

woski

środa, 19 września 2012
Angel Le Gout - nie taki czekoladowy, jakim go malują

Rozczarowana jestem i być może nawet nieco wkurzona z tego rozczarowania. Apetyt na ten zapach miałam od kiedy tylko przeczytałam zapowiedź. Nadmienić muszę, iż Anioła noszę od... hmmm, właśnie sobie uświadomiłam, że 1/3 życia. A więc poczynając od momentu kiedy tylko zaczęłam pachnieć. Ta spaczulona czekolada jest na wskroś moja, zawsze gdy ją noszę, mam wrażenie, że zlewa się z moją skórą w jednolity, zupełnie naturalny twór.

Wariacja polegająca na "dociążeniu" (vel Likier) mnie przekonała - w przeciwieństwie do leciutkich, spłukanych, spranych i zowocowanych letnich sików. Dolanie porcji gorzkiej czekolady i dosypanie kakao w gardziel wiecznie nienasyconego Anioła wydawało się być posunięciem słusznym.

Angel le Gout długo pozostawał w sferze marzeń i fantazji, bo na przemian występowały obiektywne problemy z dostępnością oraz subiektywną zasobnością mojego portfela. Wydawałoby się, że skutecznie wypchnęłam ten problem ze podświadomości, ale splot wydarzeń takich jak:

A) uzyskanie pracy z w miarę ludzkimi systemami wynagrodzeń
B) imieniny
C) zawieszenie oka na atrakcyjnym linku na "Perełkach..."

doprowadziły do tego, że zdecydowałam zaszaleć, zamknąć oczy w trakcie realizowania procesu płatności i w dalszej perspektywie dopieścić się przez nos.

Angel le Gout

Co się okazuje. Niestety w recenzji warto zatrzymać się tylko na początku zapachu. Czekolada jest gładka jak tafla czekoladowa z Chocolissimo, pęka wydając niski dźwięk i stanowiąc zapowiedź nie słodkiego obżarstwa a kulturalnego zachowania i skromnego raczenia się ekskluzywnym produktem. Za dużo w tym zapachu jak na mój gust powściągliwości i savoir vivre'u. Chciałabym tego, czym 20 lat temu promowało się Anioła - psychoanalitycznego akordu przenoszącego nas w przyjemne momenty lat dzieciństwa. Kiedy to było słodko, beztrosko i przyjemnie. Czekolada "realna" jest tylko na początku i to zbyt tępa, aby była rozkoszna. Dalsza część typowo aniołowa, ale paradoksalnie bardziej efemeryczna, o trwałości słabszej niż EDP i Likier.

Bardziej czekoladowy i bardziej jadalny Angel to zbyt piekne, by mogło być prawdziwe.

piątek, 10 września 2010
Lux-usowa czekolada - czyli o tym, dlaczego uwielbiam perfumoholików oraz o słodyczach Payarda

  Tytułem małego wstępu raz jeszcze muszę przybliżyć szanownemu czytelnikowi istotę cech charakterologicznych, typowych dla reprezentata środowiska perfumoholików. Perfumoholik to osobnik wykazujący ogromne pokłady zrozumienia, przyjacielskości oraz hojności w stosunku do przedstawicieli własnego gatunku. Gatunku perfumoholicznego rzecz jasna. Z biegiem czasu zaakceptowanie tego stanu okazuje się przychodzić naturalnie - niezwykle łatwo jest bowiem przyzwyczaić się do rozpieszczania, tym bardziej że rozkosznie niczym nieuzasadnionego.

 Dzisiejsze nihilistyczne i niczym nieuzasadnione rozpieszczanie sponsorowane jest przez giftowe czekoladowe próbeczki od Lux Perpetui. Jest kochana, jest perfumoholiczką i za to ją uwielbiam :)

 

Lychee Mousse, Payard

Lychee Mousse Payard Liczi to owoc o niepozornych kształtach, rozmiarach i kolorze, lecz wyjątkowo atrakcyjnym dla miłośnika słodyczy zapachu. Charakteryzuje się niewiarygodnie syropowo - ulepnym smakiem, podbajerzonym egzotyczną, pestkową goryczką i herbacianą łagodnością. Lychee Mousse to świetne olfaktoryczne odwzorowanie przywołanego w nazwie owocu, lecz ze słusznością umieszczenia tych perfum w kategorii czekoladowców mogłabym polemizować. To raczej inny typ deseru, który zaszufladkowałabym raczej jako cukiereczkowe konfitury oraz zapach moich szpanerskich perfumowanych pisaków, które radowały me dziecięce serce w okresie przedszkolnym. Trwałość i intensywność zapachu jest dość symboliczna - porównałabym je do owocowych psikadełek od Yves Rocher.

Nuty: biała czekolada, beza o smaku lychee, malina, turecka woda różana

 

Bergamot Truffle, PayardBergamot Truffle Payard

 Tutaj mamy już solidną czekoladkę. Smakowite maleństwo z eleganckiej bomboniery, które łapczywie rozgryzione rozpuści się na języku ujawniając cytrusowe wnętrze, które błyskawicznie łączy się z otoczką z ciemnego kakao. Cierpkość i słoneczny kwasek błyskawicznie drażnią receptory śliniankowe usytuowane na czubku języka i dosyć namacalnie mnie to drażni. Następuje konflikt interesów - ktoś chce narabić kwasu, ktoś inny zasłodzić i ta kakofonia staje się mało spójna. Wnosi ciekawą świeżość interpretacyjną i nowe spojrzenie na temat perfumeryjnej czekolady, ale nie jestem pewna czy naprawdę chwyci za serce miłośnika czekoladowego gatunku, lubującego się w Musc Maori, Chocolovers czy Brownie. Trwałość nieco większa niż w przypadku Lychee Mousse i trochę mniejsza niż w Pistachio Ganache.

Nuty: ciemna czekolada, kalabryjska bergamotka, kwiat pomarańczy, wanilia

niedziela, 16 maja 2010
Wytrychem w Błękitną Lagunę

Angel Sunessence Edition Bleu Lagon, Thierry Mugler

 Na lekcjach języka polskiego w liceum doszłam do wniosku, że określenie "popłuczyny", to niezwykle wygodne słowo wytrych. Niewymagające szerszego tłumaczenia, słowo dobitnie wyrażające dezaprobatę w kierunku jakiejś idei. Stanowi ukonstytuowanie faktu, iż poprzednik był o wiele lepszy a omawiany przykład to bida z nędzą. Mój charyzmatyczny nauczyciel często używał tego powiedzonka w przeróżnych możliwych kontekstach. Okazywało się ono idealnym podsumowaniem zarówno zjawiska podszywania się nowopowstałych amatorskich bandów rockowych za kontynuatorów dzieła Rolling Stonesów, jak i faktu, że zapytana o mój życiowy cel wymieniłam "samorealizację".

 Anielska Błękitna Laguna to popłuczyny. Sorry.

Angel Sunessence Bleu Lagon, Thierry Mugler

  Niewątpliwą zaletą jest autentycznie śliczny flakon. Minimalnie bardziej pękata niż w pierwowzorze szklana gwiazdka mruga optymistycznym turkusem przypominającym kolorem wysokosolone morze. Korek z kolei to obrócone w plastik spienione bąbelki uderzającej o skórę wodnej fali.

 Ale to tyle z tych niepodważalnych zalet. Bo już sam zapach... Hm. Hm. Hm.

Do nieprzytomności kocham klasyczne, liczące sobie już wiek pełnoletności Angel EDP (i - jak sądzę - będę to powtarzać do znudzenia) więc - kto wie - może na skutek tego faktu niepostrzeżenie stałam się anielskim ortodoksem. Ciężko mi dopuścić możliwość wyrażenia zgody na mieszanie w recepturze składnikowej tych perfum Muglera, ponieważ uważam je za skończone. Niewymagające nędznych dopowiedzeń i wciskania kitu o kontynuację historii poprzez tworzenie imitacji o rzekomym większym poziomie akuratności. Wkurza mnie ta aluzja, że Angel EDP nie nadaje się na lato, ale kochany Thierry Mugler rusza z odsieczą poprzez udostępnienia konsumentkom prawie tego samego, lecz lżejszegoodmłodzonego, letniego i limitowanego. To druga z kolei taka próba, utwierdzająca mnie tylko w przekonaniu, że ten karmelowo-paczulowy szlagier być może i jest plastyczny kompozycyjnie, ale wersje słoneczne dla takiego angeloholika jak ja, ma conajmniej do luftu.

 O rany, ale te perfumy są cienkieee. Popłuczynkowe. Stanowiące trzecią, czy nawet czwartą wodę po kisielu.

 Rozdzierające serducho, psychoanalityczne akordy czekolady, karmelu i waty cukrowej zostały zastąpione rozwodnionym soczkiem z grejfruta i karamboli. Zakurzona, scukrzona, utytłana w całym mroku tego świata paczula ewoluuowała w swoją naturalną postać czyli szczyptę łąkowych zielonych listków. Pachnie tanio. Tandetnie. Nieciekawie. I trwa żałośnie krótko i nędznie blisko skóry nosiciela. Za cholerę nie brzmi muglerowsko, ale jak tona innych nędznych pachnidełek, które są do siebie łudząco podobne.

 Oddam flakonik w dobre ręce komuś, kto pokocha go bardziej ode mnie ;)

Nuty: paczula, imbir, wanilia, karambola

 

/UPDATE/ 18.05.2010

Po raz pierwszy! Po raz drugi! Po raz trzeci! Sprzedane!

Tagi: Angel
22:34, daigee , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 kwietnia 2010
Lolita nie Nabokova

 Lolita Lempicka (The First Fragrance), Lolita Lempicka

 Aby tylko symbolicznie wspomnieć jak bardzo skomplikowaną relację mam z tym zapachem, chciałabym nadmienić, że w mojej perfumoholicznej karierze przewinęło się u mnie dokładnie 6 fioletowych jabłuszek w różnych pojemnościach. W przypadku każdego (za wyjątkiem tego właśnie posiadanego) decydowałam o wystawieniu go za drzwi po zużyciu około 1 mililtra zawartości. A po paru miesiącach tęskniłam tak bardzo, że zdobywałam znowu. A potem się pozbywałam. I tak w kółko.

Lolita Lempicka

  Pod wpływem tego zapachu unoszącego się w pobliskiej atmosferze mój organizm dolegliwie się buntował, zsyłając na mnie migrenę, która powaliłaby słonia. Lolitę widziałam zupełnie inaczej niż dzisiaj. Swoją drogą to niezwykle ciekawe jak z biegiem czasu sposób postrzegania tego samego obiektu może się drastycznie zmienić.

 W lutym 2008 roku kiedy namiętnie bawiłam się w publikowanie recenzji na platformie Kosmetyku Wszech Czasów zanotowałam między innymi to:

 "Lolita jest dla mnie nieznośna. Syntetyczna, kapryśna, sztuczna i humorzasta jak umazana wiśniowym lizakiem dziesięciolatka, która piszczy i rzuca się ze złości na ziemię, próbując wymusić na matcę pozwolenie na buszowanie w jej kosmetykach do makijażu oraz szafie z >>dorosłymi<< ubraniami. Za każdym razem po zaaplikowaniu globalnym tego zapachu padam śnięta od masakrycznego bólu głowy - jak po wysokich tonach pisku i tupania nogami rozeźlonej dziewczynki - niedoszłej Lolitki.
Ten zapach jest właśnie taki. Dziewczynkowaty i na swój sposób uroczy, ale aspirujący do czegoś, czym w istocie nie jest. Nie nazwałabym go kobiecym i seksownym w swojej słodyczy.

Przede wszystkim czuję jego sztuczność, duszącą syntetyczność lakieru samochodowego, cierpką do obrzydliwości wiśnię oraz gorzki anyżek i bluszcz, które usiłowano naprędce ugłaskać wanilią i lukrem. Dla mnie wybitnie odpychająca mieszanka."

  Czytam te zdania z pewnym sentymentalnym, intymnym rozżewnieniem :) Był to bowiem moment połykania przeze mnie haczyka totalnego wkrętu w analityczne podejście do perfum.

 W każdym razie jakieś dwie minuty po publikacji recenzji dostałam maila z systemu prywatnych wiadomości od dobrej koleżanki. W treści miał tylko tyle - "W końcu ktoś napisał o Lolicie całą prawdę ;) ". Fakt, w obliczu fali ogromnej popularności (Lolita EDP, tzw First Fragrance od momentu premiery w 1997 roku nie wypada z rankingu bestsellerów francuskiej Sephory, a kilka tygodni temu otrzymała od polskiej witryny wizaz.pl statuetkę dla najwyżej ocenianych przez recenzentki perfum) moja pisanina zabrzmiała nie inaczej niż jak złośliwa herezja.

 To nie jest łatwy zapach.

  Najbardziej intryguje i zachęca do kontemplacji akord jadowitego migdału oraz polukrowanego emalią do samochodowej karoserii anyżu o wiśniowym posmaku. Fakt zwrócenia uwagi na ten pierwszy przez Alixanę - wywołał nawet wybuch iście ognistego skandalu w światku perfumeryjnych hobbystów koncentrujących się w sieci. Świetna recenzentka trafiła w dziesiątkę pisząc o toksycznym, żrącym błony śluzowe charakterku gorzkiego migdału, mającego analogiczne właściwości jak kwas pruski (Cyklon B). Generalnie rzecz biorąc jedna z moich dwóch ulubionych Dub Smalonych została ofukana przez gawiedź pod zarzutem przemycania antysemickich teorii w recenzji wody perfumowanej Lolity Lempickiej. Humor z zeszytów szkolnych niemalże ;) Aczkolwiek stanowiący łakomy, tłuściutki kąsek dla socjologa.

  Ta Lolita kompletnie nie kojarzy mi się z zapachem, który czułabym na nieszczęśliwej, okrutnie skrzywdzonej głównej bohaterce powieści Nabokova. Nieletnim, ślicznym popaprańcu emocjonalnym, który wpada w pułapkę własnych wyobrażeń o szczęściu i miłości. To awangardowy słodziak, który niespecjalnie kusi, aby go polizać. Jego toksyczność wyczuwalna jest na odległość dwóch metrów. Opar wspomnianego, niezwykle kontrowersyjnego gorzkiego migdału, połączony z jadowicie zielonym płynem ustrojowym trującego bluszczu, ostrzegawczo błyska spod wiśniowo-pralinkowej warstewki przybranej nieśmiałymi fiołkami o metalicznym wydźwięku. Skojarzenia z magią, iskrzącym pyłkiem ze skrzydełek wróżki pojawiają się same - nawet bez dodatkowych wzmocnień bodźcowych w postaci sugerowania się bajeczną reklamą.

 Ciekawe ile czasu wytrzymamy ze sobą tym razem. Póki co nic mnie przez nią nie boli ;)

Nuty zapachowe: mahoń, ananas, fiołek, bluszcz, anyż, cytryna, amarylis, jaśmin, wetiwer, konwalia, lukrecja, fasola Tonka, migdał, wanilia, heliotrop, piżmo, tytoń, pralinki

czwartek, 25 lutego 2010
Lawenda, migdały i żmijowata, bezczelna zmysłowość

Fourreau Noir, Serge Lutens

Czyli "Czarna Powłoka". Dla obrzydliwie bogatych szaleńców dostępna jest totalnie urocza limitowana buteleczka zdobiona rozgwieżdżonym niebem i wpatrzonym w nie koteczka - za marne 850 euro za 75 mililitrów.

1 Dawno jakiś zapach tak mnie nie zauroczył. Ostatnim takim momentem przed okresem węchowego zblazowania było opętańcze wwąchiwanie się upolowaną próbeczkę A*Men Pure Malt. I kiedy na własny użytek przywołałam sobie tą impresję (dobieranie się do fiolki podczas realizowania biurokratycznych procedur bankowych i nieodklejanie nadgarstka od nosa przez całą drogę do domu) zaskoczyła mi klapka, że perfumy te są zaskakująco do siebie podobne. Bawełniana lawenda, likier czereśniowy i dębowa beczka w lukrze. Chociaż pierwsze sekundy wąchania przywiały mi strzępki wspomnień z lawendowo-kawowo-paczulowego New Haarlem Bond no.9. A następne podsuwały natrętne myśli o palonym szpitalnym prześcieradle w Night Aoud M.Micallef.

Lawenda jest tutaj super - zmierzająca w zupełnie innym kierunku niż mistyczne Gris Clair tej samej marki. Dymna firanka przegryza się z niemal cukieraskową, flagową dla Lutensa syropową, gęstą słodyczą. Połyskuje satynowym fioletem i iskrzy srebrzystym, księżycowym pyłem. Migdał jest jadowity, wyraźnie toksyczny i palący oczy - jak jedno z obliczy tego orzeszka migających w Louve. Wyłaniając się zza lawendowej kurtyny syczy jak rozdrażniona żmija. Ale i tak mimo wszystko wyzwala chęć pogłaskania jej i niewerbalnego okazania zachwytu, jaki w nas wyzwoliła.

Nuty: lawenda, fasola tonka, piżmo, migdał

środa, 24 lutego 2010
Comme des Garçons i Monocle w Libanie

Laurel, Monocle and Comme des Garçons Scent Two

 Laurel to po Hinoki kolejne dziecko kooperacji Monocle oraz Comme des Garçons. CdG jak to CdG. Wszystkie ich zapachy mają wspólny już nawet nie tylko mianownik, ale i kreskę ułamkową i trzy czwarte licznika. W kolejnych, powstających w przeciągu ostatnich dwóch lat kompozycjach zmieniają się tylko niuanse. Najprawdopodobniej to wygodnictwo i pójście na łatwiznę produkcyjną a tym samym serwowanie konsumentowi coś, co już wielokrotnie się sprawdziło. Ale co jeśli konsumpcja nawet najfajniejszego kąska w końcu się przeje?

Laurel, Monocle & CdG

Potencjalną inspiracją był w tym wypadku Liban.  Wąchanie tego zapachu to szusowanie po doskonale znanej aldehydowo-metalicznej ślizgawce, potykanie się o pojedyncze wetiwerowe chwasty doprawione pieprzem i zaciąganie się mijanym w pędzie powietrza dymem kadzidła frankońskiego. Jedyną innowacją może być to, że tym razem łyżwiaż odziany jest w listek z drzewa laurowego. Z biegiem czasu zapach staje się bardziej suchy, surowy i dymny, ale przy tym troskliwie namaszczony naturalną oliwą. Pod koniec zapach wraca do aldehydowego punktu wyjścia i staje się świeży i wiosenny. Must niuch dla fanów marki. Reszta nie powinna paść na kolana.

Nuty: liść laurowy, pieprz, cedr, paczula, kadzidło, ambra (w tym wypadku obstawiam ambroxan)

poniedziałek, 08 lutego 2010
Wampirze jabłuszko Twilight - oraz proces o plagiat

 Każdy perfumoholik, który mniej więcej na bieżąco podczytuje wiadomości na temat zapachowych premier, rankingów i plotek na pewno musiał przy okazji natrafić na wzmiankę o konflikcie między marką Nina Ricci (czyli Puig-Prestige Division) a twórcami perfum Twilight (czyli Neca i TM & Summit Entertainment). Chodzi o kwestię dość popularną wśród dzieł literackich czy malarskich, ale precedensową jeśli chodzi o perfumy - czyli o plagiat. Poszło o czerwone jabłuszko ze srebrnymi listkami. Czyli kształt flakonu, który w mniejszym bądź większym pocie czoła wykombinowała dla swoich owocowo-pralinkowych perfum Nina marka Nina Ricci w 2006 roku, a który trzy lata później na swój użytek przechwycili kreatorzy Twilight jako jeden z gadżetów dla fanek przystojnego wampira Edwarda Cullena. Chociaż oczywiście nikt im na to zapożyczenie nie dał przyzwolenia. Cała partia Twilight EDP błyskawicznie zniknęła ze sklepów zaraz po jej premierze. Ciekawskim (takim jak ja) pozostaje polować na niedobitki pojawiające się na aukcjach internetowych.

 W każdym razie odpowiednie papiery zostały złożone w sądzie dokładnie rok temu - ale niestety nie doszukałam się jasnej informacji o tym, na czym ostatecznie stanęła sprawa (albo czy w dalszym ciągu się toczy). Jeśli ktoś wie, to proszę się podzielić wiedzą ;)

To jasne, że każda co bardziej zaangażowana fanka boskiego Roberta Pattinsona chciałaby pachnieć tak, żeby przy odrobinie szczęścia skusić kogo trzeba i zostać ugryzioną przez wampira. Najlepiej oczywiście bohatera masowych fantazji czyli Edwarda Cullena. Rozumiecie - to o to chodzi i do tego wszystko się sprowadza.

Podobieństwo obu jabłuszek na publikowanych zdjęciach było praktycznie niepodważalne. A ja, kiedy teraz mam możliwość naocznie porównać oba flakony, zdecydowanie potaknę. Ci od Twilight zrobili straszną głupotę. Czerwone owoce stanowiące opakowanie pachnącego płynu są wykonane właściwie jak z tego samego odlewu. Jednak na dostrzegalną niekorzyść wampirzego owocu, który wykonany jest z mniejszą starannością i dbałością o detale stworzenie równych krawędzi metalowych listków. Symboliczną różnicą jest tylko ciągnący się przez środek owocu napis "The Forbidden Fruit Tastes the Sweetest".

Twilight EDP

 Z ciekawości warto również ostatecznie powąchać ;)

Twilight EdP

 Teoretycznie to odbierający przytomność umysłu seksownemu wampirowi zapach lawendy i frezji. Zapach śmiertelniczki, w której zakochał się na zabój jednocześnie zaostrza mu apetyt a przebywanie w jej obecności przez długi czas stanowi okrutną torturę. Romansidło dla amerykańskich nastolatek - imho zgroza na resorach i zgrzytanie zębów ;)

 W książce pisze się o nim na przykład tak:

"Just because I'm resisting the win doesn't mean I can't appreciate the bouquet," he whispered. "You have a very floral smell, like lavender...or freesia," he noted. "It's mouthwatering." "Yeah, it's an off day when I don't get somebody telling me how edible I smell."

 

“It is you,” he murmured against my skin. He pulled away, and there were white flowers in his other hand. “Freesia,” he informed me as he pinned them into my curls. “Completely redundant, as far as fragrance is concerned, of course.” He leaned back, looking me over again. He smiled his heart-stopping smile. “You are absurdly beautiful.”

 Generalnie wampiry szaleją z głodu i pożądania.

Twilight EDP

 Potencjalne przerażone o stan szyj swoich nastoletnich pociech matki pragnę raczej uspokoić. Żadnej perwery i cieknącej strugami krwi tu nie ma. To naprawdę przyjemne i nawet w miarę oryginalne pachnidełko. Ciepłe i minimalnie dymne lawendowe kadzidło, popieląca się gałązka i lekko pieniące się, kwiatowe mydełko. Czysto i schludnie, ale przy jednoczesnym wykrzesaniu przez jakiś czas minimum intrygującego akcentu. Ale czy to satysfakcjonuje? No, niestety raczej niekoniecznie.

 Ale - jak już komisyjnie ustaliłyśmy z Liz, powołując się z resztą na czyjeś wcześniejsze stwierdzenie - wampiry to cioty. Osobiście wybrałabym jednak wilkołaka. W ludzkiej postaci są podobno atrakcyjnej muskularnej budowy, z wysoką temperaturą ciała (gorrrąco!) i lubią przemieszczać się na motocyklach. Tak więc jeśli ktoś zdecyduje się na stworzenia analogicznych perfum - tym razem dla tych, które chcą przeobrazić się w wabik dla wilkołaków, to myślę że nie odmówię przetestowania ;P Nawiasem mówiąc wilkołaki mają pachnieć piżmem i lasem. Fajnie? Faaajnie.

Nuty: frezja, lawenda

niedziela, 07 lutego 2010
Próbkowanie: Tubereuse Criminelle. Czyli o składniku który nigdy nie będzie uniseks

Tubereuse Criminelle, Serge Lutens

 Tuberoza to pefumeryjna krewniaczka jaśminu i kwiatu pomarańczy jeśli chodzi o wizerunek i preferencje. Słynąca z dusicielstwa i królowania na bankietowych salonach w stylu dworskiego modelu szlacheckiego. Niech jednak nie zmyli nas jej kreowana damulkowatość, spiętrzona peruka w kolorze platynowego blondu i ukryta pod wielowarstwową spódnicą krynolina. Ta pannica lubi perwersyjne zabawy w podduszanie. Gwałtowne odcinanie dopływu tlenu po to, by w sposób kontrolowany omdleć i stracić przytomność - czemu podobno towarzyszy niepowtarzalny dreszczyk przyjemności. Zabawa tylko dla sadystycznych koneserów. Jest to składnik na tyle intrygujący i jednocześnie mogący stworzyć łatwy do wpasowania w całość kompozycji lajtmotyw, że wiele firm perfumiarskich skusiło się na włączenie tuberozowca do asortymentu (żeby wymienić tylko Parfumerie Generale ze swoim Tubereuse Couture i L'artisan Parfumeur z Tubéreuse).

 A teraz o Tubereuse Criminelle - ad rem i konkretniej.

Tubereuse Criminelle Lutens Zdecydowanie dla miłośników gatunku. Właściwie nie ma tutaj nic zaskakującego. Tuberozowiec jak to tuberozowiec. Otwarcie buchające równie mocno jak baza, choć w minimalnie pozmienianych tonach. Początek daje po nosie kamforą i zielonymi listkami mięty, żeby chociaż symbolicznie otrzeźwić i złagodzić nadchodzący atak sensoryczny. Bo uczucie odpływania pod wpływem ciężkiego, charakterystycznego oparu białych kwiatów jest czymś nieuniknionym. Na twarzy czuć tylko delikatne głaskanie anielskim pierzem a potem jest cieeeeemność ;) Omdlewająca słodycz na kwietny sposób, posypana roślinnym pyłkiem i obślinionym przez pszczoły nektarem połączona z odrobinką wyczuwalnego tylko na skórze piżma. Tak to wygląda.

 Aż nie do wiary, że w dzisiejszych czasach są jeszcze kobiety, które z przekonaniem i uwielbieniem noszą tuberozę (nie uwierzyłabym gdybym sama z taką jedną nie mieszkała ;) ). Nie żeby był to jakiś poważny dla nich minus - nic z tych rzeczy. Po prostu sprowadza się to do tego, że zapach ten kojarzy się niezwykle zobowiązująco. Po pierwsze - to wyraźne nawiązanie do retro i ostentacyjne zignorowanie aktualnej wizji kwiatuszkowych nowości. Obawiam się, że żeby nosić tuberozę i się nie wygłupić należy spełnić parę podstawowych warunków. Po pierwsze być niezwykle piękną kobietą. Umówmy się co do jednej istotnej kwestii - tuberoza nawet wedle najbardziej liberalnych kryteriów nie jest uniseks. I nie jest też dla szarych myszek. Tylko dla tych babeczek, którym nie przeszkadza że ludzie lubią się na nie gapić. I wąchać już z odległości kilku metrów.

Nuty: tuberoza, kwiat pomarańczy, hiacynt, jaśmin, gałka muszkatołowa, goździk, styraks, piżmo, wanilia

sobota, 26 grudnia 2009
I'm a chocolover!

Chocolovers, Aquolina

Dzisiaj nie będzie o zapachu ambitnym, niszowym i predestynującym do miana dzieła sztuki. To totalny ulep z gatunku tych, na które ma się ochotę tylko od czasu do czasu. Ale jest bombowy i bardzo często stawiany na podium rankingu przez smakoszy czekoladowych perfum. Wyśmienite w tej kategorii jest również Musc Maori Parfumerie Generale, ale to zupełnie inna bajka.

Chocolovers

 No dobra, jak już wspomniałam, Chocolovers Aquoliny może być skutecznym ratunkiem dla biedaczyska potencjalnie uzależnionego od dwóch rzeczy jednocześnie - czekolady i perfum. Idealny na dni z gatunku tych "just give me chocolate and nobody gets hurt". O ile Musc Maori może wywoływać ochotę na kocie wicie się w pościeli i rzucanie zmysłowych, powłóczystych spojrzeń spod wachlarza rzęs to Chocolovers wywołuje po prostu gwałtowny skok endorfin. Daje porównyalną przyjemność do spałaszowania kilku łyżek Nutelli prosto ze słoika, wciągnięcia pączka z nadzieniem orzechowym, pochłonięcia kruchego czekoladowego ciasteczka z kandyzowaną skórką pomarańczy i schrupania paru Delicji z galaretką pomarańczową - bo po trochu pachnie każdym z tych dóbr natury. I nie ma kalorii. Ale obawiam się, że to przedwczesna radość, ponieważ zapach ten diabelnie zaostrza apetyt na realne łakocie. Perfumy mogą stanowić koło ratunkowe do zarzucenia w drodze do najbliższej cukierni.Chocolovers

 

 Prognozuję, że lada moment Chocolovers stanie się swoistą legendą i dołączy do perełek, na które poluje się na aukcjach interenetowych i zakupuje za ciężkie pieniądze. Producent podjął decyzję o zaprzestaniu produkcji. I będzie boom.

Nuty: bergamotka, pomarańcza, cytryna, lilia wodna, kolendra, orzech laskowy, paczula, wanilia, słód, piżmo

piątek, 04 grudnia 2009
Rozkoszna Wanilia - czyli kilka odmian "déjà..."

Vanille Exquise, Annick Goutal

Vanille Exquise - więc nie inaczej niż Rozkoszna Wanilia. Testowałam ją kilka razy, pierwszy raz solidne półtora roku temu. I dzisiaj do niej wracam. A takie powroty w testowaniu są przy okazji fajnym doznaniem dla zmysłów. Jedno-dwukrotne zaciągnięcie się zapachem powoduje niemal zauważalny z boku iskrzący zaskok impulsu nerwowego błyskawicznie szybującego do mózgu. A potem w umyśle uchyla się szufladka, z której wysypuje się garstka zachomikowanych impresji wraz z poczuciem, że widzi się dawno niewidzianego znajomego. Ale nie do końca. Najnowsze badania (w dziedzinie kryminalistyki nawiasem mówiąc) wskazują, że w przypadku kontaktu z bliskim znajomym zwraca się uwagę i kieruje wzrok na pojedyncze, doskonale rozpoznawane elementy twarzy - oczy, nos, usta. Kiedy widzimy kogoś pierwszy raz w życiu nasz mózg krzyczy "daj mi jak najwięcej informacji" i źrenice biegają po całym obrazie w poszukiwaniu jak największej liczby danych. Z kolei u zapachowego znajomego jesteśmy w stanie z czasem zaobserwować coraz więcej szczegółów. Z biegiem sekund, godzin i lat namierzamy kolejny niuans, niemożliwy do ogarnięcia w pierwszym kontakcie.

  Być może to również taka pochodna oklepanego i przereklamowanego déjà vu (już widziane). Bardziej w kierunku ścisłego połączenia déjà vécu (już przeżyte), déjà goûté (już smakowane), déjà visité (już odwiedzane), déjà connu (już poznane), déjà senti (już odczuwane), déjà pensé (już pomyślane) a może przede wszystkim déjà éprouvé (już doświadczone). Jednocześnie. Dlatego to takie fajne. Taaak, głowa potrafi być złomowiskiem - ale chyba w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Takim z potencjałem. Tym bardziej postanawiam przyspieszyć dobranie się do kilku pozycji książkowych.

pamięć kojarzeniowa

 Ad rem jednak! Że się tak sama postrofuję.

 Początkowo wydawał mi się mniej słodki. Niewiele w nim tego, za co lubi się wanilię (słodycz, otulenie, poczucie bezpieczeństwa) a zamiast tego jawił się jako jakiś zobowiązujący twór. Z szufladki wysypało mi się skojarzenie z zapachem idealnym do bajecznej, białej ślubnej sukni i przejrzystego, wykończonego koronką welonu. Niby niewinność i blef o zachowaniu dziewictwa, ale z drugiej strony splendor i zachwyty nad piękną kiecką. Ale kolejne kontakty pozwalają mi przyjrzeć się temu bliżej. I likierowo-olejkowy migdał daje po nosie a obraz zasnuwa bursztynowa, cukrowa żywica. Klimat bardzo z Heliotrope Etro. Ale jest i nieco białego kremu - z tortu weselnego oczywiście - oraz drewniany stół ubabrany w miodzie. Przeszkadza mi wyraźny syntetyzm - to te flagowe konserwanty z puszki po wysokosłodzonym mleku. Jakby mleko zostało zainfekowane metalem i jakimiś przetrwalnikami.  W dodatku nasza panna młoda solidnie upudrowała (dziecięcą zasypką!) wyeksponowany dekolt.

 Ble.

Nuty: dzięgiel, nuty migdałowe, absolut wanilii, benzoin, drzewo gwajakowe, białe piżmo

niedziela, 22 listopada 2009
O dogonionym króliczku

W ślinotokowej wzmiance wspomniałam o pobożnym życzeniu upolowania króliczka, ale chyba tak naprawdę nie liczyłam że się uda. Jednak pomocna koleżanka i Ebay są w stanie zdziałać cuda - zapamiętajcie moje słowa.

króliczek

Angel Liqueur de Parfum, Thierry Mugler

 Zakładałam, że to będzie vintage i do bólu szlachetny second hand. Inną, mniej optymistyczną hipotezą było to, że ostatecznym rezultatem będzie ulepny, alkoholizowany soczek. W końcu okazuje się, że mamy tu raczej wyrachowane alter ego o bardziej modernistycznym charakterku od powstałego 17 lat temu pierwowzoru. Sztandarowych nut głowy - lotnych i żywych, wywołujących natychmiastową reakcję - tutaj nie uświadczymy. Nie ma żadnej przystawki zaostrzającej apetyt na więcej, tylko od razu hasło "stoliczku nakryj się". Już samo otwarcie jest gęste i miodowo - karmelowe, mogące z powodzeniem uchodzić za klasyczną bazę.  Nie pozostaje więc nic innego jak od razu przystąpić do deseru popitego odpowiednim trunkiem. Szkieletem kompozycji jest legendarny, flagowy dla Angel psychoanalityczny akord. Odwołujący się do dziecięcych przyjemności zajadania się toffi, watą cukrową, czekoladą i takimi tam. Doskonale znajomy i nie do pomylenia z niczym innym - bo wbrew pozorom niejadalny. To tylko urywek marzeń sennych wykradzionych z fazy REM. Rozbudowano go przede wszystkim o scukrzony, paczulowy kurz, drewno wiśniowe i niełatwy do zidentyfikowania, diablo słodki alkohol - który jak podejrzewam zdecydowanie przyjemniej jest wąchać niż wypić. Czuć, że ten przyjemniaczek dojrzewał w piwnicy, nie niepokojony zbędnym światłem i hałasem. Intrygujący z niego odludek. Łatwiej jest mi o nim myśleć jako o współczesnym oriencie wyprodukowanym w nowatorski sposób i odwołującym się do kiełkującej od jakiegoś czasu modzie na akordy wytrawnych alkoholi w perfumach.

Gęstość i koncentracja zapachu jest wprost imponująca. Podejrzewam, że blisko mu do ekstraktu czystych perfum. Nawet konsystencja płynu jest zastanawiająca - antystatyczna i wygładzająca potraktowaną nim skórę.

Ciężko tutaj uniknąć porównań z klasykiem. Z drugiej strony niełatwo ocenić obie kompozycje na zasadzie punktowej wszystkich "za" i "przeciw". Pomysł jest ciekawy - to się chwali. Realizacja też bez zarzutu. Skąd jednak ten niedosyt? Czy próby ulepszenia ideału zawsze muszą się tak kończyć? To już nie jest ten sam płonący ogniem lodowy sztylet kładący wąchających na kozetkę. Tu nie ma walki, ambiwalencji uczuć, to nie są już perfumy, o których refrenicznie powtarza się "kochać lub nienawidzieć". To inna jakość. Nie zrozumcie mnie źle - Angel Liqueur de Parfum jest wyśmienity i - posługując się niewybrednym sformułowaniem - myślę, że wart swojej ceny. Truizmem jest powiedzenie, że inny nie zawsze znaczy gorszy. Ale cóż... Inny od Angel zawsze będzie gorszy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13