poniedziałek, 14 września 2009
Eliksir hipnotyzującej trucizny

Hypnotic Poison Elixir, Dior

Zaliczenie tego waniliowo-migdałowo-czekoladowego zapachu do rodziny trucizn nie było posunięciem na wyrost. Ten słodziak to wyższa szkoła jazdy, perfumy będące na swój sposób pięknym popaprańcem emocjonalnym. Właściwie im dłużej zastanawiam się nad tym zapachem, tym bardziej wydaje mi się smutny. Zachwycająco sensualny, ale przepełniony smutkiem.

Hypnotic Poison Elixir Dior

Określenia które nasuwają mi się na myśl kiedy zastanawiam się nad głębszą psychoanalizą tego zapachu to: zaangażowanie w toksyczny związek, kontrola nad każdą sferą życia, ingerowanie w prywatność. Zgrywanie niewinnego, pięknego dziecka, które nie potrafi sobie poradzić  z okrucieństwem i zagmatwaniem tego świata i potrzebuje opieki, wsparcia na czyimś silnym ramieniu. Kiedy tak pachnąca kobieta jest nieszczęśliwa (a zdarza jej się to często) kultywuje nawyk z dzieciństwa i kompulsywnie objada się czekoladą. Teraz jednak - z obawy o utratę tak podziwianej u niej przez osoby płci obojga sylwetki - wyłącznie gorzką. Jej mężczyzna, jak każdy kto tylko raz na nią spojrzał, z miejsca uległ jej czarowi. Najbardziej uwielbia jej błyszczące, kocie oczy. Długo jednak pozostaje nieświadomy faktu, że ich właścielka przez długie lata doskonaliła sztukę manipulacji. I to co wziął za odwzajemnioną miłość od pierwszego wejrzenia, z jej strony było czystą kalkulacją. Nasza pięknotka zawsze potrzebuje tarczy ochronnej, nie czuje się bezpiecznie gdy jest sama.

 Całe piękno tej kompozycji bazuje na ostrym czekoladowo-waniliowym zgrzycie. Gorzka, twarda czekolada w pierwszej chwili topi się pod wpływem rozpalonego do czerwoności waniliowego drzewnego korzenia. Te dwie nuty tak silnie się ze sobą ścierają, że aż wzajemnie się nadpalają, uwalniają gryzący dym. Niczym krzesiwo tworzą żar. Potem powstały na tej drodze płomień wędruje po siarkowej ścieżce usypanej na parumetrowej długościserce. Iskrzy okruchami wyładowań elektrycznych, które na czas równy mrugnięciu powieki wydzielają ostrzegawczy zapach poziomek. A wtedy jest wybuch i z donośnym hukiem wokół wzbija się nieprzepuszczalny dla powietrza tuman. Prawdziwa radioaktywna, oślepiająca waniliowo-jaśminowa burza przetykana toksycznym migdałowym oparem. Jest trująco, ale to dziwne zjawisko ma w przy tym jedną, przydatną dla niego cechę. Niczym najbardziej wyrachowany drapieżnik skutecznie kusi ofiarę żeby się do niego zbliżyć. Wydziela zapach tak przyjemny, że człowiek jak zahipnotyzowany zaczyna mruczeć i biegnie do niego na oślep, nie marząc o niczym innym poza tym żeby się do niego przytulić i poczuć każdym porem skóry. Nieco apteczna lukrecja działa w sposób bardzo mocno znieczulający. Tak więc nawet nie zauważamy tego jak bestia wygryza nam żywcem kawał serca prosto z klatki piersiowej.

 Po skosztowaniu odrobiny HP Elixir czekolada już nigdy nie będzie dla mnie tym samym.

Nuty: lukrecja, jaśmin, anyż, wanilia

sobota, 12 września 2009
Comme des Garcons, Series 7: Sweet

Seria Słodkości powstałych pod szyldem Comme des Garçons jest już niedostępna w regularnej sprzedaży. Żal mam z tego tytułu ogromny i zastanawiam się nad motywami tej decyzji. Na pewno w dużym stopniu kwestia najbardziej prozaiczna - cena. Ponad 300zł za 50ml zapachu, którego pomimo sporej dozy dobrej woli w ocenie zdecydowanie nie można nazwać trwałym, to sporo. Pewnie nie sprzedawały się najlepiej. A na pewno nie tak dobrze jak najpopularniejsza i hołubiona seria Incense.

 Na osłodę pozostał mi fakt, że zdążyłam je poznać zanim na dobre zniknęły z horyzontu.

CdG Sweet

WoodCoffee, Series 7: Sweet, Comme des Garçons

 Do tego zapachu (podobnie jak do Tobacco Vanille Toma Forda i New Haarlem Bond no.9) mam ogromny sentyment. To właśnie on znalazł się w niedużej kopertce od Dobrej Duszy i był jednym z najsampierwszych w moim życiu niszowców do przetestowania. A potem była sprezentowana nieduża odlewka od kolejnej Dobrej Duszy ("Nie rób scen, daję Ci bo Cię lubię.") i w sumie ani razu nie pachniałam nimi globalnie. Jedynie od czasu do czasu skubałam po kropelce żeby się tym niecodziennym dziełem sztuki raczyć powoli. WoodCoffee pachnie dla mnie spotkaniami Dyskusyjnego Klubu Filmowego, nieco przeintelektualizowanymi, atrakcyjnymi, dobrze ubranymi ludźmi, którzy spotkali się w dekadenckiej knajpie z przytłumionym światłem, starymi kanapami i babcinymi lampami z abażurem. Właśnie w takim miejscu spędzałam w licealnych latach każdy czwartkowy wieczór a ostatcznie wyprawiłam w nim swoją osiemnastkę ;)

 Najbardziej nęci mnie to, co od pierwszego niucha odczułam jako słodki kurz i po poznaniu kilku paczulowych zapachów udało mi się namierzyć jako właśnie ten składnik. Właśnie w ten sposób lubi objawiać się w szczególności w przyprawowo-kawowym towarzystwie ze szczyptą cukru.

Nuty: kardamon, chiński imbir, lukrecja, migdały, kawowa esencja, curry, wanilia, indonezyjska paczula, drewno

 

Burnt Sugar, Series 7: SweetComme des Garçons

Tutaj oczekiwałam palonego cukru, który nie jest karmelem. Dym i spalenizna to konik perfumiarzy CdG tak więc podczas testu nieco się rozczarowałam. Bo jest słodko i uroczo bez węglowo-organicznej zadry. Burnt Sugar brzmi mleczno-waniliowo, wyczywalny w nich jest jeszcze pikantny przyprawowy cynamon o cierpliwie spiłowanych drobinkach. Całokształt mogłabym określić jako spory kęs kruchego ciastka z kandyzowaną skórką pomarańczową, cynamonem i kawałkami gorzkiej czekolady, popity solidnym łykiem gorącego mleka z miodem z dodatkowym uatrakcyjniającym wsadem w postaci laski wanilii i anyżkowej gwiazdki. Jednym słowem - totalna uczta dla takich osób, które podobnie jak ja lubują się w gourmandowych przeginkach. Poważnym minusem jest jednak to, że ta boska przesada nie trwa długo. Zapach rozwija się spokojnie do kulminacyjnego momentu a potem w jednej chwili znika kompletnie bez śladu.

Nuty: chiński anyżek gwiaździsty, kwiat pomarańczy, cynamon, pikantne ciastko, miód, jaśmin, wanilia, gorące mleko

 

Sticky Cake, Series 7: Sweet, Comme des Garçons

Pierwsze nutki to zapach cudnych orzechów włoskich, pistacji i migdałów podlanych migdałowym olejkiem do ciast. Orzechy są częściowo rozłupane i nie pozbawione twardych łupinek żeby ich charakterystyczny suchy i egzotyczny zapach był bardziej wyrazisty. Druga faza, gdy do kompozycji dołącza zapach mleka z miodem doprawionego goździkami i cynamonem oraz woń prawdziwego, wielozbożowego, kruchego ciastka podoba mi się najbardziej. Jest słodko, kruchu, przyprawowo, kremowo... Lecz nawet przez moment nie ma w tym wszystkim rozkosznej przesady wielkiego ciacha wynurzanego w kilogramie różowego lukru z posypką. To naprawdę nie to - chociaż sugerowałaby to nazwa. Niestety co dobre szybko się kończy i zapach szybciusieńko ewoluuje w coś zupełnie innego. Po smakowitym ciasteczku i kubku przyprawowego mleka pozostaje tylko wspomnienie ustępujące miejsca delikatnym iryskom, subtelnej pudrowości i odrobinie posmaku mleka w proszku. A dosłownie po kwadransie z zapachu wyłazi metaliczny akord żelaznej klatki dla papużek falistych. Po kolejnym kwadransie po Sticky Cake pozostaje już tylko pusty talerzyk.

Nuty: migdał, miód, pistacje, irys, mleko, brązowy cukier, ziarna ambrowe, nuty zbożowe, mirra

słodko

 

Nomad Tea, Series 7: Sweet, Comme des Garçons

 Odczuwam ten zapach jako wyraźnie dwuwarstwowy. Jakby była to duża filiżanka, w której na dnie znajduje się płyn o zupełnie innym składzie niż to, co pływa na wierzchu a obydwa zapachy łączyłyby się ze sobą. Spód to mnóstwo herbacianych fusów posłodzonych dwoma łyżeczkami białego, krystalicznego cukru. Płyn znajdujący się na wyższym piętrze to klarowna ziołowa herbata. Początkowo w zapachu ujawnia się jeszcze cukierkowo-czekoladowy akcent, ale szybko umyka z nadgarstka spłoszony dominującą w całości trawiastą nalewką. Herbata później ewoluuje w trochę suchym, drzewnym i dymnym kierunku ze szczyptą cierpkości cytrynowej skórki. Najbardziej podoba mi się w tym zapachu sam początek oraz końcówka. Koniec jest jak cytrynowy, przyjemnie cierpki sorbet przybrany minimalnie miętą.

 Odnoszę dziwne wrażenie, że ten zapach przyswaja się poprzez żucie. Jest wyraźnie trawiasty, drobnoliścienny, nieco jak tabaka zbijająca się po wpływem ciepłego płynu na papkę.

Nuty: bylica, dzika mięta, kardamon, czekolada, zielona herbata Burmese, liście geranium, cukier, esencje drzewne

 

Spicy Cocoa, Series 7: Sweet, Comme des Garçons

Oto czekoladowiec za sprawą którego poczułam się jak amerykańska cheerleaderka. Kropla na nadgarstku i czuję Chocolovers Aquoliny, ale z przytłumionym akordem kandyzowanej skórki pomarańczowej - reszta kropka w kropkę, choć o pół tonu delikatniejsza. I aż wstrzymuję oddech i dopinguję zapach do wzmożonego wysiłku, dania z siebie jeszcze więcej. Do wybuchu czekoladowości i eskalacji optymistycznego obżarstwa mogłoby dojść. Byłoby to osiągalne gdyby tylko autor zapachu dobrze dopilnował, aby zastosowano odpowiednią koncentrację składnikową. A nie dopilnował. Nawet obiecanej pikanterii tu nie ma :(

Nuty: kakao, grejfrut, cytrusy, bergamotka, kardamon, kokos, pieprz

A w Aniołku w dalszym ciągu jest kumaryna

  Od jakichś dwóch miesięcy tkwię w stanie biochemicznego bakcyla. Właściwie nie powinnam się tym nazbyt głośno chwalić, ponieważ posiadana przeze mnie wiedza ogranicza się praktycznie do niewielu więcej poza świadomością, że moja skóra reaguje zapychaniem porów na wszystko z gliceryną i sylikonem a włosy nienawidzą być potraktowane kosmetykiem z alkoholem na pierwszym miejscu w składzie. Jednakowoż, jeśli tylko mam taką możliwość, zawsze przed zakupem mazidła analizuję cóż to za chemikalia znajdują się w słoiczku.

 Z okazji mojego święta postanowiłam się uszczęśliwić niedużym uzupełnieniem zapasów Angela. No bo do czegoż to podobne żeby posiadać tylko dwa flakoniki :> ? Tym bardziej że nadchodzi sezon jesień/zima a więc ulubiony sezon na rozwinięcie skrzydeł przez zawartość błękitnej gwiazdki. Szczęście chciało, że dokładnie w dniu moich imienin do mych drzwi zapukały trzy Anioły na raz. W euforii porównywalnej z niewieloma innymi doznaniami, dobrałam się do moich maleństw a kiedy już trochę ochłonęłam, instynktownie rzuciłam okiem na listę składu na pierwszym kartoniku. A potem na następnym. I następnym. Blednąc przy tym coraz bardziej - a w moim stanie to dość niebezpieczne, bo już sama z siebie jestem blada jak ściana a pogłębienie tego stanu nie wróży nic dobrego.

kumaryna w Angel 1

kumaryna w Angel 2

kumaryna w Angel 3

Kiedy w październiku 2007 roku National Toxic Encephalopathy Foundation przesłało do władz USA oficjalną petycję w sprawie uznania pefum Angel Thierry'ego Muglera wraz z produktami z linii uzupełniającej za środek zawierający narkotyk, a tym samym wstrzymanie jego produkcję i dystrybucję na terenie USA, wszystkie angeloholiczki wstrzymały oddech. Koncern Clarins (zajmujący się produkcją Anioła) dodaje do tych perfum między innymi kumarynę, co do toksycznej właściwości której trwały żywe dyskusje. Powoływano się na wyniki eksperymentu z 1967 roku kiedy to psy, którym podawano codziennie kumarynę w dużych ilościach zdychały po 9-16 dniach a u tych, które przeżyły zdiagnozowano żółtaczkę oraz znaczne uszkodzenia wątroby. Myślałam, że po takich kontrowersjach Clarins odpuści dla świętego spokoju i da na wstrzymanie z tą kumaryną.

kumaryna

 Nawet szybkie wygooglowanie przynosi takie rewelacje jak:

"Kumaryna ma działanie uspokajające, rozkurczowe i przeciwobrzękowe, ale w lecznictwie nie stosuje się jej, bo jest zbyt toksyczna. Wywołuje marskość wątroby, a przypuszczalnie nawet raka tego narządu. Służy więc ona, w małych ilościach, jedynie jako środek zapachowy w przemyśle mydlarskim, perfumeryjnym i spirytusowym." - mpancz.webpark.pl/biochsiano.php

"Eksperci radzą, by ze względu na zawartość kumaryny cynamon jeść nie częściej niż jedną porcję raz w tygodniu." - zdrowie.eurocity.pl/index.php?v=art&tekst=1278

"Zastosowanie w przemysłach: perfumeryjnym, mydlarskim, tytoniowym, spirytusowym. Kumaryna powoduje marskość wątroby u zwierząt laboratoryjnych i dlatego została ona niemal całkowicie wycofana z produktów spożywczych w Europie i USA. Dawniej kumaryna była masowo stosowna w wielu kompozycjach zapachowych." - pl.wikipedia.org/wiki/Kumaryna

AngelDawniej? Jakie "dawniej" do ciężkiej cholery? Przecież widzę ją na własne oczy pływającą w moim ukochanym zapachu! I to na stosunkowo wysokim miejscu w składzie.

 Dalej już jednak Google uspokaja:

"W mediach czasami przedstawia się kumarynę jako substancję, której zażywanie w większych niż dopuszczalne normami ponadpaństwowymi dawkach prowadzi (czy też może prowadzić) do uszkodzeń organów wewnętrznych, w szczególności wątroby i nerek. Nie jest to jednak w żaden sposób dowiedzione naukowo. W badaniach na szczurach wykryto co prawda szkodliwy wpływ kumaryny na wspomniane organy, ale u wielu innych gatunków ssaków zjawisko to już nie wystąpiło. Nie stanowi to wyjątku – np. sacharyna jest rakotwórcza dla szczurów, ale nie dla naczelnych, w tym ludzi. Wstępne badania in vitro wskazują, że kumaryna również nie jest toksyczna dla ludzi. Wynika to zwłaszcza z faktu, że metabolizowana jest w organizmie ludzkim do innego związku niż u szczurów. Metabolizm ma miejsce głównie w wątrobie, za pośrednictwem enzymu CYP2A6." - pl.wikipedia.org/wiki/Kumaryna

 Prawdopodobieństwo tego żeby Anioł był dla organizmu ludzkiego Aniołem Śmierci jest znikome. W końcu gdyby był on tak niebezpieczny to już dawno dobranoby mu się do skóry. Każdy kosmetyk (tym bardziej taki cieszący się galopującą popularnością od kilkunastu lat) jest skrupulatnie kontrolowany przez zastępy pracowników laboratoryjnych.

Ech, wiem tylko jedno. Nawet gdyby nagle okazało się, że kumaryna ma właściwości cyjanku i tak nie przestałabym używać mojego siganture scent...

Tagi: Angel
15:43, daigee , Ekonomia
Link Komentarze (5) »
środa, 09 września 2009
Próbkowanie: Musk to Musk, Parfum d'Adventure i Hello Kitty

Musk to Musk, Montale

 Od czasów Royal Muska M.Micallefa żaden piżmowiec nie chwycił mnie za serce. I ten stan rzeczy nie zmieni się za sprawą kontaktu z Musk to Musk. Musk to Musk MontaleAle to w końcu Montale - mistrz taśmowej produkcji wymacerowanych w konserwantach twardych, bijących po nosie sztuczności. Właściwie nigdy nie wąchałam tych zapachów prosto z metalowej puszki, w której są zamykane, ale nawet zaciągając się nimi z niewinnej szklanej luckyscentowej próbeczki mam wrażenie, że zapach został do cna przeżarty przez flakonową konserwę.

 Piżmo jest w sumie dość wdzięcznym składnikiem, które jako jeden z elementów kompozycyjnych potrafi uroczo się wyróżnić i zachowywać jak pocieszne zwierzę futerkowe. A tutaj mam wrażenie, że jakaś mdła impresja piżma została zalana nadkwaśniałą wodą z wazonu, w której uprzednio przez parę godzin moczyły się zielone badyle. Zapach zachowuje się bardziej jak limonkowo-selerowe Escentric 01 Escentric Molecules niż fretka. Zainaugorowane przez wodę z wazonu zielone nuty przechodzą w cytrusowo-warzywny miks połączony z charakterystycznym, nęcącym, czystym i ascetycznym zapachem drewna tekowego, przesmarowanego nieco żywiczną pastą. Przez cały czas zachowuje transparentność i od środka okresu rozwoju do złudzenia przypomina mi minimalnie dopieprzone, wegańsko-ekologiczne L'eau du Jatamansi L'artisana.

Nuty: piżmo, aoud, drewno tekowe i inne nuty drzewne, szara ambra

 

Parfum d'Adventure, L.T. Piver

Piver d'AdventureSłyszę: perfumy. Słyszę: podróżnicza woda żeglarza. Nosem wyobraźni przypomianam sobie o nidoścignionym L'eau du Navigateur i raz jeszcze widzę siebie jako damską wersję Jacka Sparrowa.

Tutaj cudów nie ma. Pomijam fakt, że nie jestem oczywistym miłośnikiem perfumeryjnej "męskiej klasyki" (sic!), ale tu się na litość boską nic nie dzieje. To takie nijakie, rześkie pachnidło, w którym niemal kompletnie nikną szlachetne i ciekawe przyprawy ze składu. Jeden totalny ziew i pomimo ogromu dobrych chęci nie wykrztuszę z siebie już nic konstruktywnego.

Sorry.

 Nuty: kardamon z Gwatemali, cynamon z Cejlonu, afrykańskie geranium, różowy pieprz z Brazylii, drzewo sandałowe z Indii, drzewo cedrowe z Maroka, wetiwer, czarny pieprz z Karaibów, ambra, białe piżmo, goździk

 

Hello Kitty, Koto Parfums

Fanatyczne szaleństwo i poddańcze umiłowanie bezustego, białego kotka z kokardą na uszku trwa od roku 1976 i nic nie wskazuje na to żeby szybko miało osłabnąć. Wręcz przybiera na sile. Kochają ją nie tylko dziewczynki w wieku przedszkolnym, ale i kobiety które łatwo wpadają w pułapkę cuteness. Jak już wyznałam należę do ogromnych fanek panny Kitty. Poza faktem, że jej wizerunek zdobi wiele moich akcesoriów, ciuchów i biżuterię uważam ją za moje alter ego i od roku rozważam zastąpienie okolicznie sprawianej sobie kalkomanii prawdziwym tatuażem. Połączenie perfum i Hello Kitty to coś, czemu nie mogłam odpuścić.Hello Kitty 

 Już pierwszy niuch zdradza na jakiego odbiorcę nakierowany jest ten produkt. Początkowe nuty to urocze soczyste owoce - przede wszystkim twarda gruszka i zielone jabłko. I nie pachnie to ani lepko i landrynkowo, ani jak dziecięce mydełko. To tylko i aż pełen realizm łykowatej, słodkiej gruszki i soczystego, chrupiącego jabłuszka. Słodycz z kwadransa na kwadrans nabiera rozpędu i wtedy zaczyna się robić cukrowo-pralinkowo.

Do hardkorowego, infantylnego ulepa brak im lat świetlnych, ale ... jest słodko. I to na ciepły, karmelkowy sposób - dokładnie tak jak lubię.

Zapach jest niesamowicie fajny w odbiorze. Jego noszenie mentalnie mnie odmładza (obiektywnie rzecz biorąc nie jest to bezpieczne) i w ogóle wszystko w nim jest jakieś takie bezproblemowe i przyjemne. Po co komu Ageless Fantasy skoro jest Hello Kitty?

Nuty: zielone jabłko, czerwone jabłko, kwiat wiśni, jaśmin, kokos, piżmo, wanilia, cukier, pralinki

niedziela, 06 września 2009
Lutki-fiutki, czyli Lutens jest zajebisty

 Już w czerwcu ponad dwa lata temu Elve na swoim blogu podzieliła się podejrzeniem, że Serge'a dopadł syndrom kadzi charakterystyczny dla Escady. O ile Lutens od lat podtrzymuje swój wizerunek niszowego domu perfumiarskiego, to Escada to flagowy przykład obśmianej masówki produkującej sezonowe, landrynkowe ulepki dla dziewczynek. Lutens lata swojej świetności ma już za sobą, a o ile od dawna jego perfumy dla wprawnego nosa zdawały się różnic jedynie Fourreau Noir Lutenscharakterystycznymi akcentami, to najnowsze kompozycje są już po prostu mizerne i nijakie. Choć w dalszym ciągu drogie i lansowane w poczytnych magazynach kobiecych. Oczywiście perfumoholicy nie tracą nadziei, że najnowsze kompozycja Forreau NoirFille en Aiguilles będą czymś, czego do tej pory nie uświadczyliśmy, ale nauczeni doświadczeniem dzielnie opanowujemy ślinotok. Choć koci flakon absolutnie podbił moje serce.

Często się zdarza, że dla osób dopiero wkraczających do świata perfumeryjnych hobbystów z niewiadomych względów zapachy Serge’a Lutensa są szczytem niszowego wyrafinowania. Może dlatego że jest to najbardziej rozpoznawalna niszowa marka a próbki jej zapachów można bez trudu kupić na Allegro? Nieco nieświadomie i na zasadzie owczego pędu niesłusznie je gloryfikują. Przeczytałam dzisiaj na wątku jednego z forów o ładnych flakonach, że dziewczyna w swoim zbiorku trzyma Halloween J.del Pozo tylko i wyłącznie dlatego, że flaszka przypomina jej lutensowskiego dzwońca z serii pałacowej. Matko bosko…  

Lutensy w pewnych kręgach pieszczotliwie określane są mianem lutków, co drażni Duby Smalone z Per-Fumum do tego stopnia, że na forum ustawiły automatyczną zmianę słowa lutki na fiutki. Kiedy ktoś nieopatrznie użyje zakazanego, drażniącego określenia system wygeneruje uroczy zamiennik...

 Osobiście do naskórnego noszenia wybrałam dla siebie tylko jednego Lutensa – i jest nim Un Bois Vanille. To upojny wielowymiarowy waniliowiec z mlekiem kokosowym, który jakiś czas temu został określony przez wąchającą mnie koleżankę mianem zajebistego. Khem, khem… Czy zabrzmiało to jak dowód na wyrafinowanie kompozycyjne waniliowego drewniaka?

sobota, 05 września 2009
Próbkowanie: Botrytis, Manoumalia, Bois de Turquie

Botrytis, Ginestet

W przypadku perfum o akordach jadalnianych istnieje pewno dość łatwe do przewidzenia ryzyko. Największą ambicją gourmandu jest naśladownictwo. Kropla zapachu na skórze ma nie tylko przyjemnie drażnić powonienie, ale i pobudzić ślinianki i sprawić, że przed oczami stanie nam określony, wzbudzające przyjemne skojarzenia smakołyk. Jeśli za konkretnym jedzeniem nie przepadamy w realu, to i w olfaktorycznej rzeczywistości wirtualnej raczej nie przypadnie nam do gustu.

Botrytis Ginestet Nie lubię miodu w czystej postaci. Obrzydziłam go sobie na wsze czasy gdy, z właściwą sobie dziecięcą łapczywością w konsumpcji słodyczy, pożarłam za dużo płynnego miodu łyżką prosto ze słoiczka. Ciocia ma pasiekę i na skutek tego faktu spokojnie potrafię po zapachu rozpoznać miód spadziowy, lipowy, wielokwiatowy (i tak dalej...), ale jego woń w większym stężeniu na dłuższą metę wywołuje u mnie uścisk w żołądku. Jest rewelacyjnym dodatkiem, ale czysto miodowe perfumy raczej nie mają u mnie szans. O ile Naked Honey MAC'a było o tyle niegroźne że nieco popłuczynkowo-kwiatuszkowe to Botrytis to agresywny, arystokratyczny ulep. Co prawda inspiracją dla powstania zapachu nie był pitny miód lecz inny trunek - szlachetne wino właśnie Sauternes z Chateau d'Yquem mianowicie - lecz niepodzielnie króluje w nim organiczne złoto z ula.  Nie czuję żadnych filuternych winnych bąbelków. Jedynie to, że zalewa mnie powódź ciężkiego miodu, wywołująca poważne problemy z oddychaniem. Zabójczą słodycz miodu pogłębiają jeszcze wielowitaminowe owoce kandyzowane i dosłownie czuję jak impuls nerwowy biegnie mi od nozdrzy prosto do mózgu wysyłając żołądkowi sygnał do poddenerwowanych podrygów. Robi mi się mdło i mam problemy z przełknięciem śliny. Ble.

 Po rozwinięciu całego bukietu aromatu zaczyna do złudzenia przypominać Collection Escady. Niech to szlag. Jeszcze i ją mi dokumentnie obrzydzi. No i mamy paradoks. Z czystym sumieniem powiem, że Botrytis jest przepiękne - i polecam je z całego serca osobom mającym apetyt na wysokojakościowe słodycze! - ale zrobię to zasłaniając nos chusteczką aromatyzowaną kojącą żołądek miętą.

 Po teście musiałam sobie zaparzyć duży kubek zielonej herbaty żeby się odtruć po tym kolejnym w moim życiu przedawkowaniu miodu.

Nuty: miód, kandyzowane owoce, pigwa, korzenne pieczywo, białe kwiaty

 

Manoumalia, Les Nez

 Kontakt z pozostałymi zapachami Les Nez nauczył mnie, że należy z nimi postępować bardzo ostrożnie. Są na tyle delikatne, że każdy gwałtowny ruch może spłoszyć te efemeryczne zwierzątka. Z kolei za duża ilość płynu na raz nieprzyjemnie fałszuje zapach. Nie lubię takiego tchórzostwa więc z góry założyłam że się nie pokochamy.Manoumalia Les Nez

 W każdym razie zapach niesamowcie mnie zaskoczył. Najpierw czuję w nich kawałek białego, mięciutkiego ciasta chlebowego a następnie rozłupane fistaszki. Nie mają wysokich wartości odżywczych, bo są wyczuwalne jakby przez mgłę, jawią się jako senne widziadło głodnego człowieka. Pieszczą jednak nos i mruczą "chodź, podejdź bliżej...". Są rozkosznie słodkie smakiem jakiegoś nieokreślonego posiłku mogącego nasycić każdego biedaka. Wyczuwalny jest w nich nawet zapach świeżo wykrochmalonego, czyściutkiego białego obrusa oraz drewnianego stołu i krzesła. A potem Manoumalia wysładza się na mojej skórze do tego stopnia, że prezentuje się jak skumulowana kula wyjątkowo jadalnej, puszysto-kaszmirowej wanilii przyozdobionej symbolicznie egzotycznym kwieciem. Baza brzmi mniej więcej jak Addict pozbawiony wszelkiej roślinności. To wszystko dziwi o tyle, że inspiracją dla stworzenia zapachu była Polinezja. Wyjątkowym akcentem jest tutaj nieczęsto wykorzystywany w perfumach kwiat fragrea (wykorzystywany w produkcji biżuterii) i proszek z sandałowca (używanego do farbowania włosów).

 W chwilach gdy zapach zachowuje się na mojej skórze w tak nieoczekiwany sposób mam ogromną ochotę wetknąć nadgarstek pod nos znajomego perfumoholika żeby potwierdził, że nie mam omamów. I że perfumom rzeczywiście na skutek kontaktu ze mną odbiło.

Nuty: fragrea, wetiwer, tiara, ylang - ylang, ambra, drewno sandałowe

 

Bois de Turquie, Maître Parfumeur et Gantier

 Już drugi rok z rzędu pech chciał, że nie udało mi się zaczepić na planowany wakacyjny wyjazd do Turcji. A szkoda, bo teraz skonfrontowałabym swoje wrażenia z inspiracją jaką przyświecała twórcy zapachu. Wyobrażałam sobie ten zapach jako bardziej parny i duszny niżBois de Turquie ma to miejsce w rzeczywistości. Tutaj iluminująca mandarynka z bergamotką rozświetlają kwiatowo-ziołowy bazar i drewna osnute słonym dymkiem. Na tym etapie dominuje zielonoliściasty klimat. Zapach rozwija się już nawet nie żółwim, lecz iście ślimaczym tempem. Osoba na tyle niecierpliwa jak ja zdąży się zanudzić na śmierć zanim zapach dotrze w końcu do puenty. Czy to jednak nie ciekawe? Dawać się prowadzić i wysłuchiwać całej tej przydługiej historii. Wisienką na absolutnie niesłodkim torcie jest podsuszona, apteczno-ziołowa mirra wraz z niezmiennie brzmiącym słono kadzidłem. Jakby było zaprawiane drewnem sandałowym w paczulowej marynacie oraz animalną ambrą i przyprawowym curry na dodatek.

 Ten zapach nie ma ambicji aby uwodzić, intrygować czy czarować. Po prostu sam w sobie stanowi atrakcyjną widokówkę.

Nuty: kwiat pomarańczy, mandarynka, bergamotka, kłącze kosaćca, jaśmin, indyjski wawrzyn szlachetny, geranium , drewno sandałowe, paczula, kadzidło, mirra

piątek, 04 września 2009
Czekolada - moja miłość

Fondente Extra, Cioccolato Mon Amour

 Przypomniała mi się pewna scena z jednego odcinka serialu Seks w wielkim mieście. Carrie odbywa z sukowatą redaktor naczelną Vogue'a rozmowę na temat swojego warsztatu dziennikarskiego i stylu w jakim ma utrzymać swój artykuł o najmodniejszych w aktualnym sezonie obuwiu i galanterii skórzanej (taaaak, tematyka wagi państwowej). Ponaciągana liftingiem zołza poddaje pod wątpliwość wiedzę Carrie na temat pantofelków, czółenek i sandałków oraz trafność pomysłu skonstruowania artykułu na zasadzie przyrównania mężczyzn do torebek. Na co główna bohaterka odpowiada coś w stylu: Honey, maybe I do not know man. But shoes... Shoes I do know. Nie do końca czuję kadzidło i kompletnie nie kręci mnie drewno. But chocolate... Chocolate I do know.

Włosi lubują się w produkcji kosmetyków o smakowitych zapachach - najpopularniejszym towarem eksportowym są tu wyroby Aquoliny, ale i mniejszych firm trudniących się tą działką są tam całe tuziny.czekolada

Kocham czekoladę i miałam jej na swoim warsztacie pełne uncje. Gorzkie, czekoladopodobne, ulepne, rozstapiające się, łamiące pod palcami z wysokim dźwiękiem, deserowe, hedonistyczne, czarne, białe, mleczne, pomarańczowe, karmelowe, pistacjowe, z orzechami laskowymi, alkoholowe, piżmowe, ambrowe, paczulowe, pralinkowe czy uzależniające. Ich zapach mnie uszczęśliwia a szeroki wachlarz różnorodności sprawia, że prawdopodobieństwo opcji znudzenia się czekoladą spada do zera. A teraz dzięki przemiłej koleżance z Torunia (która jak sama przyznaje ma do mnie słabość za sprawą łączącej nas socjologicznej żyłki oraz faktu, że jej córka ma na imię tak samo jak ja ;) ) mam na sobie czekoladę włoską. Nieco męską. Nęcącą. Charakterną i zadziorną.

Od kiedy zapoznałam się z Płomykową mini tablicą czekoladowego Mendelejewa nie mogę powstrzymać się przed próbą zaklasyfikowania nowo poznanej czekoladki do jednej z podgrupek. W wypadku Cioccolato Mon Amour nie odpuszczono sobie dość często eksplorowanego chwytu podparcia czekolady silnym ramieniem kandyzowanej skórki pomarańczowej. Poziom wysłodzenia jest w istocie imponujący - lecz ma to miejsce nie za sprawą cukru lecz miodu (naciągany typ I). Ale jest i łyczek wytrawnego likieru (raz jeszcze typ I). Oraz męskawe piżmo przy jednoczesnej wierności oddania zapachu czekolady (typ III). Jeśli dodać do tego również szlachetne spaczulenie (typ IV) to rezultatem będzie bajerancka hybryda.

 Jest słodko, ale procentowa zawartość mleka jest niższa niż gorzkiego kakao. Klasyczną recepturę znacznie zmodyfikowano i zamiast białego cukru mamy smakowity i aromatyczny miód. Całokształt nie jest specjalnie złagodzony. Pazurek zawdzięcza pylistemu obłokowi ze zmielonych ziaren kakao oraz mającej ochotę na kontakt cielesny ambrze.

Och, jest słodki do bólu - tak jak lubię.

Fondente Extra Cioccolato Mon Amour Warto też napisać, że opakowanie jest naprawdę na medal. Zdecydowanie wprowadza w klimat jeszcze przed konsumpcją.

 

 Nawiasem mówiąc właśnie puściłam w świat trzy czekoladowce z mojej rozkosznej stajenki. Rzadko mi się zdarza żeby ktoś obrzydził mi własnoręcznie wybrany przeze mnie zapach, ale stało się. Rodzicielka wespół z siostrą od zawsze krytykowały moje jednoznaczne czekoladowce - przy czym one (najprawdopodobniej jako jedyne istoty na tej planecie) nie wyczuwały w nich tego deserowego smakołyku. Donośne "fuuuuuj, aleś się znowu wyśmierdziała drożdżówą" było pewnego rodzaju refrenem. Jednak kiedy te dwie jędze pod moją nieobecność zakradły mi się do szafki z perfumami a po wszystkim doniosły mi, że wspólnie doszły do wniosku, że Dark Extacy śmierdzi brudnymi majtkami a Amour de Cacao niepranymi męskimi skarpetkami po wieczornej sesji jogging'u - a ja zwizualizowałam sobie możliwy sposób ekstraktacji takiej woni doszłam do wniosku, że ... już ich nie lubię. Ani Dark Extacy i AdC ani mojej siostry i mamy.

 Jeśli chodzi o mą nadobną matkę to dla niej stanem idealnym byłoby gdyby jej latorośl pachniała perfumami Givenchy, "bo są takie eleganckie". Ha! Ujawnia się w tym pobożnym życzeniu to, co zakładają producenci perfum. Magiczne słowo "aspiracje" jest tutaj swoistym wytrychem. Realizacja wyobrażeń na temat danych osób poprzez zapach. Och, muszę jakoś żyć z faktem, że zawodzę własną matkę tym, że pachnę tak nieelegancko.

Nuty: pomarańcza, mandarynka, miód, brzoskwinia, kakao, ambra, paczula, wanilia

czwartek, 03 września 2009
Zgapiara

Zgapiłam od Elve. Przyznaję się bez bicia. Ale takie to słodkie, że nie oparłam się pokusie ;P

Annie, nie wiem jakim cudem, ale się załapałaś - wniosek z tego taki, że za często o Tobie piszę ;P Widzisz się ;P ?

moje wordle

Wordle

środa, 02 września 2009
Próbkowanie: Classic Pink, Piper Nigrum

Classic Pink, Nanadebary

Oto namacalny dowód, że perfumy mające "pink" w nazwie nie muszą być landrynkowymi zabawkami dla infantylnych dziewczynek. Classic Pink jest co prawda zdobiony girlandami słodkich ozdóbek, ale generalnie rzecz biorąc to solidny, noszalny, drapiący aldehydowiec. Jest ciepły - na odległość zadziorny a z bliska przytulny. Bardzo przypomina mi Plus Plus Diesel'a - z tym że jest zdecydowanie mniej mleczny a bardziej kwiatowy.

Nanadebary 

Nie mogę oprzeć się nachalnie pojawiającej mi się w głowie wizji noszącej go kobiety. To singielka około trzydziestki pracująca w biurze, budynku-molochu dużej korporacji. Biega między piętrami ubrana w białą koszulę, czarną ołówkową spódnicę. Kobiecość podkreśla nosząc rozpuszczone włosy (długość - za ramiona) i drogie czółenka na niebotycznych obcasach. Pracuje od świtu do wieczora a jej jedynym nałogiem jest niekontrolowana miłość do butów. To ostatnie plącze mi się po głowie najprawdopodobniej za sprawą charakterystycznego akcentu na butelce ;)

Pozostałymi zapachami trzyelementowej serii jest Bronze oraz Green.

Nuty: bergamotka, imbir, jaśmin, irys, drzewo sandałowe, wanilia, piżmo

 

 Piper Nigrum, Lorenzo Villoresi

Uwielbiam czarny pieprz w egzotycznych przyprawowcach albo w industrialnych kompozycjach gdzie dodaje się go jako podkręcający zapach akcencik. Taki płyn od razu staje się idealnym kandydatem na perfumy dla prawdziwej drapieżnej zadziory. Weźmy sobie takie Piment Brulant L'artisana na ten przykład. Mam ich sporą odlewkę od Dobrej Duszy i upajam się nimi z korka wyobrażając sobie jak to seksownie i pikantnie będę się prezentować kiedy to jednego pięknego dnia się w nie odzieję. Bo jak na razie od psika za uchem dostaję palącej zgagi. I tu zawstydzona emotka.

Nie znoszę jednak mdlącego paskudztwa jakim jest różowy pieprz oraz jego bliskiego brata czyli białego pieprzu. Na domiar nieszczęścia ten drugi często miesza się z czymś równie otumaniającym jak płatki róż - tak jest w Poivre Samarcande Hermesa czy z ryzykownym w perfumach mlekiem - jak Poivre Piquant L'artisana. I ohydek gotowy. Oczywiście jak na mój nos.

 I znowu popisałam się totalnym subiektywizmem ;)

kadzidło Natomiast jeśli mowa o Piper Nigrum to sprawa ma się zupełnie inaczej - i bogu dzięka. Lista składników dorzuconych do pieprznego kotła jest imponująca, ale i taki sam jest rezultat. Kompozycja jest bogata, żywa i ostrrra, ale jednocześnie wspaniale zbalansowa. Od wąchania jej nie mam zgagi ;) Już początkowe cytrusy przegryzają się z pieprzem i szybko zdychają pod jego naporem. I dobrze - niech zdychają, bo ich nie lubię. Siła przebicia przypraw, żywicy i nut drzewntch jest niesamowita. Ten zapach jest jednym żyjącym charakterkiem. Dokonano tu interesującego ruchu. Czarny pieprz chyłkiem decyduje się na tak ścisłą symbiozę z kadzidłem, że trudno odseparować jedno od drugiego. Pieprzne kadzidło, myślałby kto. Ale fajne toto. Takie gryzące w oczy i piekące śluzówkę nosa ;) Ambra jest początkowo słodkawa, odrobinkę syropowa żeby już w końcowych fazach brzmieć słono. Za dużo tu elementów żeby rozwodzić się nad każdym z osobna. Świetne jest to, że wszystko nad podziw zgodnie się ze sobą zgrywa - niemalże do poziomu bycia jednorodną substancją.

Nuty: koper, dziki anyż, dziki koper, mięta pieprzowa, cytrusy, akordy drzew iglastych i liściastych, czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, żywica elemi, żywica olibanowa, petit grain, liście goździka, morski rozmaryn, przyprawy, ambra, styraks, żywica benzoesowa, balsam Peru, mirra, cedr atlantycki, nuty drzewne

poniedziałek, 31 sierpnia 2009
Koty na półce perfumoholika

Koty to niezmiernie wdzięczny perfumiarsko temat. Te zwierzęta są tak piękne, charakterne i przyjemne dla zmysłów, że czasem zdarza się, że - idąc udeptaną przez cywilizację antycznego Egiptu - są obiektem zachwytu i kot w Egipcieinspiracją dla stworzenia dzieła.

Ponadto dość zagadkową kwestią jest fakt, że statystyki wyraźnie wskazują na to, że kociaki to ulubieni czworonożni przyjaciele perfumoholików. Forum Kocie rzycie założone przez Annie czy wątek "Nasze futra..." na wizażowych Perfumach to idealne przykłady na to, że wzorem bajkowych czarownic lubimy mieć pod ręką przynajmniej jednego czarnego kota. Rozkminiałam odrobinkę tą cechę we wpisie Perfumoholik - znaki szczególne.

 Obcowanie z Musc Ravageur to dla mnie zabawa z młodocianym kociakiem. Dwulicowa lwica czai się we flakonie L'ombre Fauve. My Insolence ma fakturę długowłosego kota śpiącego na satynowej pościeli swojej pani. Przeciągająca się leniwie pantera mruczy w By D&G. Kocia wanilia i czyszczenie futerka szorstkim językiem jest w Felanilli. Maurice Roucel i Bernard Ellena z miłości do kotów domowych zdecydowali się wcielić w życie burżujski pomysł na to aby skomponować zapachy specjalnie dla ukochanych zwierząt - i tym sposobem mamy Oh My Cat? marki Cat Generation. Średnią półkę zdobi do bólu kiczowate Cat Deluxe oraz Cat Deluxe at Night znanej, agresywnej modelki Naomi Campbell. Pierwszym zakupionym przeze mnie przedmiotem na ebay był flakonik perfum z Azji - Miss Caty Cat marki Novea dla siostry. Zapachu wcześniej nie znałam, ale sam absolutnie powalający flakonik był wart zakupu w ciemno.

Miss Caty Cat Novea

Kreskówkowo-komiksowe wizje kotowatych też są OK. Na tym polu IMHO przoduje marka, której nazwa brzmi rodem z internetowego sexshopu. Pussy Deluxe wypuściło na razie dwie przyjemne, pazurzaste landrynki - Pussy Deluxe EDP oraz Velvet Kitten. Nie mogłabym tutaj nie wspomnieć również o mojej ulubionej bohaterce filmów fabularnych (z którą absolutnie się utożsamiam, uznaję za moje alter ego i obnoszę się z jej wizerunkiem na koszulkach, bieliźnie, biżuterii itd) czyli Hello Kitty. Japoński koncern Sanrio produkuje serię Momoberry o uroczym tropikalnym zapachu. Licencję na produkcję perfum zdobionych wizerunkiem białego, pozbawionego ust kotka wykupiło również Koto Parfums firmujące Hello Kitty Perfume oraz Hello Kitty Baby Perfume.

 Za jakiś czas recenzje kilku spośród wcześniej wymienionych.

sobota, 29 sierpnia 2009
Próbkowanie: Alice in Wonderland

Alice in Wonderland, Parfums d'Imperfiction

 To baśń dla dorosłych. Obcowanie z tym zapachem to dawanie przyzwolenia na bycie zaskoczonym. Podczas wąchania tego zapachu naprawdę czuję się jak dziewczynka, która wkroczyła do Krainy Czarów.

Początek to przedzieranie się przez cedrowo-cytrynowo-mentolowe wysokie chaszcze. Wzrok nie sięga tak wysoko jak bym chciała, drzewa zaciemniają przestrzeń i zawężony kąt pola widzenia wzmaga czujność. Suchy, kamforowy, apteczny i gorzki piołun zdaje się być impresją alegorycznej mądrości żółwia. Herbaciane fusy zaprawiane miętą to nawiązanie do enigmatycznej wymiany zdań przy herbacie na obłąkanym podwieczorku. Dałabym głowę, że w zapachu czuję również zapach kapelusza wysuszonego na słońcu, gigantycznego grzyba, na którym spoczywa Gąsiennica w zadumie pykająca fajkę. Delikatny i dziewczęcy fiołek zachowuje się jak sama Alicja. Jest uroczy i pełen odwagi, nie płoszy się pod wpływem innych, wyrazistych składników.

Alicja w Krainie Czarów

Zdjęcie: kolaż z sesyjnych fotografii Alice in Wonderland dla Vogue US December 2004

Nuty: drewno cedrowe, jaśmin, piołun, mięta, fiołki

czwartek, 27 sierpnia 2009
Próbkowanie: L'oiseau de Nuit, Black Violet, Skai

L'Oiseau de Nuit, Private Collection: Parfumerie Generale

Oto Nocny Ptak - pieszczotliwie określany prze Annie mianem Nocnej Zmazy. Pierwszy test nastąpił w momencie mojego pączkującego zauroczenia zapachami PG. Bezwstydnie wyprosiłam na Elve pozwolenie na dobranie się do jej nowo L'oiseau de Nuit Parfumerie Generale zakupionego flakonika ("dobra, tylko bądź delikatna przy rozdziewiczaniu ptaka") i podczas obwąchiwania zachodziłam w głowę czy gdybym kobiecie ściemniła, że flakon roztrzaskał się po drodze ze Stanów do Polandii a tymczasem bym go bezczelnie ukradła to poszłabym do piekła. Pewnie tak by się stało, ale ku uciesze mojej duszy mającej chęć na życie wieczne, oparłam się pokusie.

 Testującym kojarzy się z różnymi innymi zapachami - żeby wymienić tylko Idole Lubin (?), Belle de Minuit Niny Ricci (??) czy Sensuous Estee Lauder (???), ale mnie z kolei skojarzeniowo najbliżej z pc02 biehl.parfumkunstwerke. L'oiseau de Nuit to scukrzona, wymacerowana w miodzie skóra i unoszący się wokół zapach wiosennego czystka. Akordami, które mnie w tym zapachu oczarowały najbardziej są słodki krem i upojny likier o smaku nektaru z owoców egzotycznych. Miód w tym zapachu byłby idealnym bohaterem powiedzonka "działać jak miód na czyjeś serce". Działa jak kojący, słodki opatrunek - przy czym jednak jego konsystencja jest nieco grudkowata. Skóra to puzzel wpasowujący się pomiędzy Cuir Venenum a Cuir d'Iris PG. Spoczywa mając po prawicy wypastowane na błysk czarne włoskie buty a z drugiej strony skórzaną płachtą wyprawianą mentolową wazeliną. Pachnie jak duszne powietrze unoszące się w salonie meblarskim specjalizującym się w produkcji skórzanych kanap w kolorze kawy z mlekiem.

 Nuty: labdanum, likier z dawany, benzoes, skóra

 Black Violet, Tom Ford Private Blend

Nie jestem fiołkowym koneserem a jednak dość platonicznie się zachwyciłam. W tych perfumach tytułowy kwiat pachnie takBlack Violet Tom Ford narkotyzująco, że podczas wwąchiwania się w wyperfumowany nim nadgarstek człowiek mimowolnie przymyka oczy i ma wrażenie, że ziemia zapada mu się pod nogami. Jest coraz ciemniej i ciemniej, w głowie się kręci a kontakt z podłogą zdaje się być coraz trudniejszy. Nigdy w życiu nie zdarzyło mu się zemdleć (twarda ze mnie sztuka ;) ), ale dokładnie tak wyobrażam sobie fizjologię początkowej fazy przebiegu tego procesu w organiźmie. Są perfumy, które są tak głębokie że zawsze podczas zwąchiwania ich z mojej skóry czuję się jak Alicja wpadająca do króliczej nory. Ten jest jednym z nich.

 Uroczy kolor lawendy przechodzi w elektryczny błękit a ostatecznie czerń opalizującą na granat. Nie jest to zapach stricte kwiatowy - w ogólnym tego słowa znaczeniu. Roślinka będąca bazowym elementem tej kompozycji jest zgubna i toksyczna - choć urzekająco piękna wizualnie. Już z daleka nęci swoją niewinnie pudrową wonią, ale w pulsujących chlorofilem żyłach można wyczuć jednak dobrze skrywaną truciznę o mdląco-fizjologicznym zapachu spoconego niemowlaka. Tło zachwyca swoim przyjemnym ciepłem i niedookreśloną drzewnością. Baza jest już praktycznie cukierkowa.

Natalia Vodianova - Alice in Wonderland

Fotografia: sesja Alice in Wonderland dla Vogue US 2004 December, Natalia Vodianova w obiektywie Anne Leibowitz

Nuty: bergamotka, fiołek, mech

 

Skai, Series 6: Synthetic, Comme des Garcons 

Skai CdG Rzeczywiście syntetyczny aż trzeszczy w zębach. Początkowo do nieprzytomnego zachwytu doprowadza mnie jego aseksualność w wydaniu science-fiction, ale momentalnie schodzę na ziemię od chwili gdy wyłazi z niego obrzydliwy dym uwalniający się spod skwierczących i kapiących tłuszczem grillowanych kiełbasek wieprzowych. Coś takiego totalnie obrzydziło mi oddychanie podczas testowania Bonfire Demeter - gdzie było motywem przewodnim - oraz Fumerie Turque Lutensa gdzie jedynie co chwilę się odzywało. Ten akord ma wnerwiającą tendencję do wżerania się w skórę, silnej eskalacji swojej obecności i ostatecznie jest trudny do zszorowania. Horror po prostu.

  Nuty: ozonu, metylowy grejfrut (wtf?), nuty PVC, smoła węglowa, kardamon, biała skóra, drewno sandałowe, labdanum