niedziela, 15 listopada 2009
Trzy jadalniaki od Demeter

 Masło orzechowe to dobra rzecz. Chociaż właściwie z powodu panicznego strachu przed ekspansją tkanki tłuszczowej jadłam je może parę razy w życiu. Ciężko na poczekaniu wypunktować coś badziej kalorycznego od masła orzechowego. Co nie zmienia faktu, że samo w sobie jest fajne. A perfumy to taka frapująca zabawka, która czerpie pełnymi garściami z życia realnego - no i tym sposobem okaże się, że jeśli tylko mamy ochotę, to możemy wyperfumować się choćby zapachem masła orzechowego (jak i banana w czekoladzie oraz kory cynamonowca - o czym za moment). No ale tak ostatecznie to ja jednak nie chcę. Nie przypominam sobie kiedy ostatnio wąchałam coś równie mdłego, mdlącego i tępego jak Reese's Peanut Butter od Demeter. To po prostu tłusty, glutowaty ulep, który jest tak ciężki, że rzeczywiście możnaby go kroić nożem a w dodatku puścić pawia jeśli nieroztropnie przedawkuje się go choćby o ćwierć łyżeczki. Aby zagłuszyć cholesterolowo-węglowodanową tępotę dosypano nieco mleka w proszku (nafaszerowanego składnikami rozpoczynającymi się od E a potem z cyferką) oraz przemycono akord blagującego żartu z piernika tej samej marki. No po prostu horror. Aż musiałam się ratować piciem wody z cytryną po tym zamachu na moje dobre zdanie o maśle orzechowym.

Eat Me, Drink Me

 Niestety niemal równie paskudne jest Banana Flambee. To banan niby puszysto-lepki rodem z cukierka piankowego do podpalania na ognisku, niby schłodzony w lodówce i wyprany z naturalnego, realistycznego zapachu. Dołącza do niego zapach bitej śmietany powleczonej po wierzchu kożuchem i jest już po zabawie. Bez większego trudu wywąchałam również nieco skroplonego cynamonu, ale podejrzewam że to po prostu wynik omsknięcia się ręki osoby, która przygotowywała zakupioną przeze mnie na aukcji próbkę. Bo cynamon - a będąc precyzyjniejszym kora cynamonowca - to lajtmotyw ostatniego recenzowanego dziś pachnidła.

 Cinnamon Bark jest nieco trudniejsze do uchwycenia niż cukiernicza Cynamonowa Bułka oraz śniadaniowy Cynamonowy TostGorzej się nosi i to prawdopodobnie dlatego, że coś tutaj solidnie sknocono. Na pewno nie ma tutaj anonsowanego drzewnego, surowego charakteru. Kwasi się toto, rozkleja i topi w rozbabranej kałuży nonsensu. Czuć w nim jakby pikantną paprykę i rozmemłane goździki, ale imho nie warto dać się skusić. 

cynamonowa bułka

 Jest jeden podstawowy fakt, który z bólem serca przychodzi mi przyswoić. Jedyną słuszną rzeczą od Demeter Fragrance Library jest Cinnamon Bun - i tylko i wyłącznie to. Z każdym kolejnym przeglądaniem asortymentu marki nabieram ochoty na testy ich dziwactw, ale nigdy (poza tym jednym wyjątkiem) na dobrą sprawę nie kończy się to dobrze. Z Cynamonową Bułką z resztą też nie jest tak różowo. Bydlę strasznie uczula i dobre kilka razy czytałam relacje dziewczyn (jak również widziałam zdjęcia stanu zapalnego skóry po dawce tych perfum), że zrobiło im krzywdę. Mnie jakoś drastycznie nie uczula, ale rzeczywiście w chwilę po aplikacji nieco podgryza. Pewnie w składzie rzeczywiście umieścili prawdziwy cynamon - słynący z bycia silnym alergenem.

poniedziałek, 09 listopada 2009
Majtkozdzierca i ja

 Miss Natasha znowu  będzie się lansować w gościnie u najfajniejszych nosów tego świata (wcale jej nie zazdroszczę! ani tyci tyci!) i na tą okoliczność uciełyśmy sobie pogawędkę. No i naszło mnie wspomnienie złości i bezsilnego rozczarowania - tak, jest to silnie powiązane z Frederic'iem Malle i najwybitniejszym zapachem podpisanym jego nazwiskiem (między innymi, bo na flakonie tradycyjnie znajduje się również informacja o autorze - w tym wypadku to Maurice Roucel). Tytułowy bohater to Musc Ravageur. Legenda Drapieżnego Piżma w światku perfumeryjnych koneserów jest porażająca. Słusznie zdobi perfumiarskie firmamenty, bo to prawdziwa bestia - i miałam kilka okazji aby się o tym osobiście przekonać. Na innych potrafi pachnieć zgubnie, grzesznie, perwersyjnie, okrutnie, władczo... Długo by wymieniać.

 Od momentu kiedy to ciekawsko podpytywałam o niego w forumowych wątkach dyskusyjnych i zbierałam do kieszeni okruchy impresji, minęło trochę czasu. A tymczasem erotyczny apetyt zaostrzały historie opowiadane przez poprzednie użytkowniczki majtkozdziercy, które to możnaby było spisywać - tworząc tym samym scenariusz do niegrzecznego przedstawienia w kilku aktach. Zastanawiałam się razem z Anuschką czy odpowiednim kawałkiem muzycznym byłoby Deeper and Deeper Dave'a Gahana czy raczej Hands Around my Throat Death in Vegas. Myślę, że mogłoby to być coś pomiędzy. Rockowy sznyt, ale i industrialna, offowa elektronika z rytmicznym bitem o trip-hopowym zacięciu. No i tekst o seksie. Oraz klip o seksie. Żeby jednak skonfrontować się z tą legendą osobiście nie ma innego wyjścia poza zażyciem skromnej naskórnej dawki. W końcu musiało mi się poszczęścić i trafiło do mnie parę próbek a w końcu przeseksowny, dziesięciomililitrowy atomizer z travel setu. No i cholera jasna. Skucha. Pisałam już tutaj jego recenzję więc notka nie ma na celu wchodzenia drugi raz do tej samej rzeki. Dzisiaj o czymś innym.

Anja i Sasha

Zdjęcie: Anja Rubik i Sasha Knezevic w obiektywie Camilli Akrans

 Bo na mnie zostałby zwolniony ze wszystkich oskarżeń o dobieranie się do majtek, molestowanie seksualne i gwałt na opuszczonym strychu. Bo jest... niewinny. Leczniczy. Figlarny. Syropowy i gęsty. Milusi i kocurkowy. Jedyną fizjologicznością, którą przy pewnym pokładzie dobrej woli można było namierzyć okazało się nieco śliny i krew, która zmieściłaby się na łebku od szpilki. To co wącham podoba mi się, ale nie jest tym, czym powinno być.

 Na zlocie postanowiłam ostatecznie zapytać o zdanie Katt. Bardzo lubię jak ocenia na mnie zapachy i wiem, że ma rację. No i tak jak podejrzewałam, utwierdziła mnie w przekonaniu, że... to nie to. Nie jest seksowny i rozerotyzowany nawet za grosz i bardzo przypomina przede wszystkim dziecięcy syrop na kaszel, którego podobno nie mam już prawa pamiętać, bo był w użytku ponad dwadzieścia lat temu.

Niech to szlag?

 Poczułam się niejako znieważona przez te perfumy. Najbardziej seksiarski zapach, o którego brutalności i nieobliczalności możnaby napisać książkę przy mnie dostał małpiego rozumu, uwstecznił się i totalnie zinfantylizował. Miałam ochotę na niego wrzasnąć, potrząsnąć nim i powiedzieć "a właśnie, że potrafię być seksowna. Tylko chwilowo nie mam na to ochoty" i zatrzasnąć za sobą drzwi. To ostatnie z taką siłą i złością, że aż szyba poszłaby w okruchy - wierzcie mi, że tak potrafię. Biedna szyba drzwiowa poległa przy mojej porywczości już trzy razy w przeciągu ubiegłego roku. A potem byłoby słychać tylko donośny, stopniowo oddalający się stukot moich obcasów na marmurowych schodach.

Ponosi mnie fantazja. Przecież ja nie noszę szpilek.

niedziela, 08 listopada 2009
Próbkowania Frapin ciąg dalszy

 Tak na fali wytrawnego alkoholizowania się. Frapin to rodzinny biznes winiarski kultywowany od wielu pokoleń (początek datuje się na 1270 rok - stąd z resztą nazwa recenzowanych już przeze mnie wyśmienitych, wysokoprocentowych perfum marki). Perfumy weszły szturmem do asortymentu w roku 2007. No i ich styl oraz olfaktoryczna inspiracja jest łatwa do przewidzenia... ;)

Frapin

Passion Boisee, Frapin

 Wytrawny, transparentny, kuszący. Otwarcie dosłownie wywołuje ślinotok zapachem alkoholizowanych pestek wiśni i sokiem mandarynki przegyzającymi się z wonną, świeżo zmieloną gałką muszkatołową. I zaraz później rum zaczyna sowicie sączyć się do gardła. Jest nieco piekący, przyjemnie drażniący śluzówkę, rozgrzewający i błyskawicznie uderzający do głowy. Całe bogactwo nut drzewnych, semiszyprowych i mchu kładzie akcent na roślinny charakter kompozycji. Cały czas są jednak pikantne, ostre, jakby obsypane wysuszoną chilli. Czymś nieczęsto spotykanym jest pojawiająca się wilgoć w nutach bazowych. Jakby pomimo wychylenia pucharu język nie zapomniał jeszcze smaku rumu.

 Coś mi jednak bardzo w tym zapachu przeszkadza. Wywołuje poczucie wejścia w fazę dziwnej alkoholizacji. Oglądane obrazy uciekają przed możliwością osądu, jaskrawość i oczywistość okazują się byc teraz różnymi odcieniami szarości - a człowiek staje się niezwykle podatny na manipulacje wizualne i sam gubi się w tym, co tak naprawdę myśli. Chciałby myśleć a nie może.

Nuty: mandarynka, gałka muszkatołowa, suszony goździk, rum, mech, cedr, paczula, skóra

sobota, 07 listopada 2009
Dorwałam ją w końcu...

... tą wanilię z Havany. Jednoczłonowa Vanilla L'artisana nie przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Jakieś takie niemrawe to było i bez duszy. Niby ylang-ylangowe retro, babka rumowa, drewno sandałowe i inne rzeczy, które za cholerę nie chcą się ze sobą sensownie zgrać.

 A tu się zgrywa. Nos pokazał atrakcyjną dla powonienia zwyżkę formy.

Havana Vanille L'artisan

Havana Vanille, L'artisan

Po pierwsze - trwałość. Odbiorcy często skarżą się na niezbyt imponującą żywotność perfum marki. A tym razem mamy silnego wojownika rewolucjonistę. Ta silna koncentracja wczepia mocne pięści w pory skóry i nie puszcza. Gęste to jest niesamowicie - i gdyby tylko procentowy udział cukru był tu większy to stwierdziłabym, że jest syropowe. Ale nie do końca o to chodzi.

To wanilia surowa, organiczna zdobiona na dwa sposoby - dymno-tytoniowo-roślinny i jadalniany. Na początku jednak muszę się przyznać do skojarzenia specyficznego akordu tłustego kremu do tortów połączonego z dymkiem do czegoś, co już mnie na mojej ścieżce eksploratora dopadło. MV2 Mac'a jak w mordę strzelił. I siedzi tam to zdradzieckie diabelstwo praktycznie przez cały czas rozwoju zapachu - lecz co ciekawe zgrabnie odsączone z obrzydliwości. No tak, nie ma stęchniętej i podwędzonej lawendy. Można by odnieść niecodzienne wrażenie, że Havana Vanille nie zostało uwarzone na klasycznym czystym alkoholu (jak to się zwyczajowo czyni). Zamiast tego podstawowym rozpuszczalnikiem byłyby: waniliowy likier, rodzynkowy rum i klasyczny advocat. A na zagrychę suszone owoce z mieszanki bakalii. No i tytoń, liściasty, dymny i suchy. Nieco jak rozmiękła ściółka parkowa z opadłych, zawilgoconych liści i trochę jak palenie kubańskiego cygara w bujanym fotelu z wikliny. A wszystko to kołysze się na puszystym, białym obłoczku ptasiego mleczka. I raz zawieje go jesienny wietrzyk a za chwilę opali wiosenne słońce.

 Cieszy mnie ogromnie ta eksplozja mody na akordy wytrawnych alkoholi. Myślę, że niedługo takich kompozycji może pojawiać się więcej. Mugler podchwycił ideę i oficjalnie zebrał do kupy dotychczasowe nieśmiałe podszepty oraz skromne dawkowanie pitnych alkoholi w perfumach. No i - jeśli wierzyć nieoficjalnym doniesieniom - złożył w Urzędzie Patentowym papiery o przyznanie mu praw do wyłączności na sposób wyrobu perfum o likierowych nutach, polegający na umieszczaniu ich w beczkach i poddawaniu procesowi cierpliwego leżakowania.

Les Liqueurs de Parfums

 Nawiasem mówiąc. Wiecie co już prawie-prawie upolowałyśmy z Homykiem? Taaak. Wiem że nie wiecie. Pozostają domysły, choć oczywiście rozwiązanie zagadki nie jest trudne. Wszystko niedługo będzie jasne ;)

Nuty: rum, mandarynka, pomarańcza, goździki, suszone owoce, narcyz, róża, liście tabaki, wanilia, fasola tonka, balsamy (benzoes, tolu), wetiwer, piżmo

niedziela, 01 listopada 2009
Próbkowanie: Ambre a Sade i Vanithe

Vanithe, Nez a Nez

Ambre a Sade, Nez a Nez

Ambre a Sade, Nez a Nez

To ambra z gatunku tych nieprzyswoicie wysładzających się i bursztynowych. W dodatku początek dosłownie ogłusza solidnym haustem soku z poziomkowych landrynek i lejącym się karmelowym ciągutkiem. Potem jest bardziej szlachetnie - paczulowy korzeń pieszczotliwie owinięty skórzaną sakwą oraz scukrzająca się ambra. To strasznie frapujący i przedziwny ulep. Tworzące go molekuły właściwie nie miały prawa wynająć miejscówki w bliskim sąsiedztwie i w rezultacie bardzo spektakularnie i ciekawie dla nosa się kłócą a jakakolwiek mediacja nie ma tutaj sensu. Efektem są wyraziste zgrzyty. Akordy palonego plastiku, rozwiercanej plomby dentystycznej i sypkiego pudru do makijażu przeżerają się z zapachem nafaszerowanych konserwantami supermarketowych truskawek kupowanych w listopadzie. Ten ostatni akcencik to z resztą wyraźne déjà vu związane z Mukhallat Montale.

Co ciekawe wbrew pozorom to nawet fajne. Tak niedorzeczne, kakofoniczne i odzwierciedlające wielkomiejską sztuczność, że aż urocze. Aż prosi się o dopisanie tutaj nihilistycznej teorii o upadku współczesnego świata.

Nuty: czarna porzeczka, truskawka, poziomka, karmel, malina, cedr, kora cynamonowca, fasola Tonka, wanilia, ambra, paczula, rosyjska skóra

 

Vanithe, Nez a Nez

Początek to wybitnie kwiatowa kolońskość o imponującej sile rażenia. Jaśmin, kwiat pomarańczy oraz werbena (pachnąca podobnie do cukierków Nimm2) są utopione w dużej filiżance earl grey'a z dodatkiem kwiatów i owoców cytryny. Ogólny klimat - nieco arystokratyczny. Perfumy jednak dość szybko gęstnieją. Żywiczny gwajak, słoik miodu o konsystencji takiej, że staje w nim łyżka oraz wanilia sprawiają, że dzieje się coś bardzo konkretnego. Na wypadek gdyby słodycz chciała nas zemdlić to akord herbaciany na całe szczęście dzielnie trzyma się w każdej fazie rozwoju zapachu.

Nuty: werbena, rozmaryn, herbata earl grey, herbata jaśminowa, cedr, gwajak, absolut wanilii, benzoin, fasola Tonka

środa, 28 października 2009
Esencja butikowych Hermèsów

 Hermessence to nazwa edycji kilku ekskluzywnych kompozycji dostępnych tylko w butikach Hermèsa. Bazują na składnikach dobrze rozpoznawalnych w naturze a ich autorem jest Jean Claude Ellena - czyli Nos przez wielkie "n". Do dzisiaj w skład serii wchodzi 8 zapachów (kolejno: Rose Ikebana, Ambre Narguilé, Vétiver Tonka, Poivre Samarcande, Osmanthe Yunnan, Paprika Brasil, Brin de Réglisse oraz Vanille Galante.).

Hermessence

 Hermessence: Vanille Galante, Hermès

Vanille Galante to najmłodsze (luty 2009)  dziecko spośród rodzeństwa butikowych hermesów. W nazwie obiecująca wanilia stanowiąca mój fetysz a z nadgarstka bucha... rozczarowanie miesiąca. Są wanilie słodkie, wytrawne, puchate, miękkie, syntetyczne, toksyczne, frapujące, dymne czy cukrowe. Od dzisiaj stwarzam nową kategorię, którą jest wanilia fujowa.

 Jasne, wanilia może być lekka, eteryczna, nawet świeżuchowata - po zapoznaniu się z Ile Bourbon L'artisan takie jej oblicze już mnie nie dziwi, a co więcej, jestem w stanie je docenić. Ale tutaj to skandal. Melonowo-mizeriowe nuty wodnych warzyw i owoców są zgrzytem paznokci po tablicy. Do tego jeszcze akord szlamowato-glonowego osadu zawieszającego się w pseudoroślinnych, naturalistycznych zapachach marki CB I Hate Perfume i Demeter Fragrance Library. Są i kwiatuszki - coś jakby konwalie utopione w jesiennej kałuży. Fujowo.

 Kto chce przygarnąć prawie nieśmiganą odlewkę 5ml? ;)

 

Hermessence: Brin de Réglisse, Hermès

Oj jak fajnie zgrzyta. Niby kompletnie do siebie nie pasuje i na skutek tego aż lecą iskry od obu silnych osobowości lawendy i lukrecji. Dymią i fajczą, ale się nie spalają. Brin de Reglisse to idealne zaprzeczenie powiedzeniu, że nie ma dymu bez ognia. To jest właśnie to fajne coś, co tak nas jara w New Haarlem Bonda czy J'ose Eisenberga. Bo kopcący się tytoń wraz z paloną, mieloną czarną kawą jest, ale ognia nie uświadczymy. Jednak tej zasłonie dymnej odebrano potencjał mroku, ponieważ wyczuwam wyraźnie niewinny akord gęstego i mazistego kremu Nivea. Zapach jest zawiesisty, może być twórcą ciężkiej atmosfery w niewielkim pomieszczeniu.

 

Hermessence: Vétiver Tonka, Hermès

Ten zapach spodobał się mojej małej kotce - pojęcia nie mam dlaczego. Pewnie po prostu lubi wetiwer i fasolę tonka. A może i dlatego, że Vetiver Tonka ma w sobie coś kociakowego? Jest inteligentny, seksiarski bez ostentacji, nieco animalny bez fizjologiczności. Drewno sandałowe, zwanilizowany wetiwer, wydobywająca roślinną słodycz fasola tonka i nieco tytoniu. Jest fajnie.

 

Hermessence: Ambre Narguilé, Hermès

 Zapach ten ma w sobie sporo z kilku innych pachnących obiektów. Spory pierwiastek z sylwestrowej serii pielęgnacyjnej Luxe Noir Sephory (jedni czują cynamon, inni wanilię a jeszcze inni kadzidło) oraz wyraźny akcent spalonej ambrowej szarlotki. Czy muszę dodawać, że to mój zdecydowany faworyt jeśli chodzi o wszystkie Hermessence, które miałam okazję poznać? Podczas wwąchiwania się w niego czuję się jak Kopciuszek, któremu zlecono oddzielenie marcepanowych okruchów od popiołu. Fajna zabawa. Nawet aż tak mi się nie pali żeby kończyć i biec na ten bal.

 

Hermessence: Poivre Samarcande, Hermès

O tym tylko nieśmiało wspomnę pro forma skoro przewinął się u mnie mały flakonik. Nie wspominam najlepiej naszego spotkania. Jednak dla miłośników białego pieprzu grającego pierwsze skrzypce (przykład: Poivre Piquant L'artisan) to może być strzał w dziesiątkę. Dla mnie to składnik nieatrakcyjny, łatwo się kwaszący na skórze i wywołujący mdłości. Jeśli dodać do tego cherlawą różyczkę i nijakie drewienko, to już w ogóle efekt będzie dla mnie totalnie nieciekawy.

piątek, 23 października 2009
Wanilia razy trzy

 Dla wielce swoistego olfaktorycznego penetratora, którym jestem, wanilia to składnik o ogromnym potencjale plastycznym i będącym w sumie o wiele bardziej frapującym niż kadzidło czy drewno agarowe. Jakoś tak złożyło się, że w sposób niezamierzony prowadzę coś na kształt prywatnej krucjaty przeciwko wrzucania wszystykich słodkich perfum do jednego wora z lepkimi prezentami od świętego Mikołaja. Pierwszymi poznanymi przeze mnie niszowymi perfumami były Aomassai PG, WoodCoffee CdG, Tobacco Vanille Toma Forda i New Haarlem Bond no.9 (z resztą kiedyś już o tym w tym moim pamiętniczku pisałam) - i wtedy dziecięcą radochą ucieszyłam się, że perfumiarze pozwalają na to, aby i dorośli bez poczucia wstydu i winy konsumowali słodycze. Jeszcze nie mogę się otrząsnąć z wrażenia jakie zrobiła na mnie jakiś czas temu Felanilla PG. To prawdziwa kocia wanilia, nieco perwersyjna szafranowa zabawka dla dorosłych dziewczynek i chłopców. Albo Black Orchid EDP Forda czyli bogata dama w futrze popijające trufle czerwonym winem. Dla takich odkryć warto oddawać się poszukiwaniom.

 Jest trochę jak w Alicji w Krainie Czarów. Pamiętacie co stało się kiedy Alicja zjadła ciasteczko i napiła się napoju z karafki zgodnie z zaleceniam "eat me", "drink me" ?

Drink Me

 Wanilia to wdzięczny obiekt obserwacji. Mniej lub bardziej słodki, ale zawsze organiczny, na zagadkowy sposób cielesny i ludzki. Jej zapach jest statystycznie najbardziej rozpoznawalnym zapachem przez wszystkich Ziemian. I podobno dlatego właśnie tak powszechnie aprobowanym - w myśl zasady, że lubimy przede wszystkim te piosenki, które znamy. Dodałabym również własne podejrzenie (poparte empiryczną obserwacją), że z największym uznaniem spotykają się zapachy ciepłe i słodkie - kojarzone automatycznie jako przyjazne i bezpieczne.

 A teraz - żeby nie popłynąć dalej tym strumieniem świadomości - anonsowane wanilie w trzech odsłonach.

 

Perfect Vanilla, Creative Scentualization

 Czy istnieje większy dowód pychy i jednoczesnego strzelenia sobie samobója niż nazwanie swoich perfum perfect vanilla? W potopie tysięcy zapachów waniliowych to właśnie ten jest the best i perfect, taaa? Może nos nie czytał Króla Edypa Sofoklesa i nie wie czym grożą tego typu zagrania?

Perfect Vanilla Creative Scentualization Pierwsza rzecz ad rem, którą chciałabym się posiłkować jest taka, że osobiście polałabym wódki recenzentowi z luckyscentu, który jako pierwszy wspomniał o uderzającym podobieństwie do ciastoliny Play-Doh. Ten wyrób plastyczny miał bardzo charakterstyczny, niepodobny do niczego innego zapach, który bardzo nieudolnie starało się zabutelkować Demeter Fragrance Laboratory. Aż prosi się żeby wgnieść w niego paluchy i po chwilowym pomiędleniu przepuścić przez maszynerię, która spowodowałaby wyplucie długich, kolorowych ciastolinowych sznurów makaronu. Jej zapach jest niby waniliowy i przyjazny, ale otoczony wyraźnie plastikowo-plastelinowym akordem, który asekuracyjnie zniechęciłby ciekawskie dzieciaki o fiksacji oralnej do prób konsumpcji.

Tak więc gdyby zastosować przywołaną na początku notki skalę działania eliksiru na Alicję z Krainy Czarów to byłaby to mikstura wywołująca kurczenie się.

 Nuty: cztery typy wanilii, czerwona pomarańcza, tytoń

 

Un Bois Vanille, Serge Lutens

  Cóż mogłabym rzec. Lutens silnie nadwyrężył moje zaufanie a zostało to jeszcze wsparte komentarzem postronnego obserwatora jakoby noszone przeze mnie Un Bois Vanille było zajebiste. Ale raczej jest tak, że na to drugie nie miał wpływu mistrz Serge lecz nastąpiło to w wyniku indywidualnych czynników osobowościowych komentującego. Bo to w sumie wyśmienite perfumy i po prostu genialnie się noszą. Inspiracją Christophera Sheldrake'a dla stworzenia zapachu było to samo co dla Bertranda Duchaufour'a w przypadku Piment Brulant dla L'artisan. Ale zarzutu o plagiat nie ma i nie będzie.

Siła tej kompozycji tkwi w prostym składzie - poszczególne elementy układanki idealnie do siebie pasują, nic tutaj nie zrzyta, wszystko rozwija się niezwykle regularnie i przewidywalnie. Zapach ani nie traci, ani nie przybiera na sile pod wpływem pasożytowania na ludzkim żywicielu. Sam w sobie dysponuje charyzmą i ma taką samą energię na początku i na końcu.

Un Bois Vanille Lutens Na moje postrzeganie lukrecji spory wpływ miało obrzydzenie czarnymi żelkami z paczki Haribo. Zawsze je wyławiałam i ignorowałam ich obecność. Paskudne były. Kilka(naście) lat później podczas przygotowywania prezentacji (temat: "Percepcja w procesie komunikacji") natrafiłam na informację, że zapach lukrecji działa silnie pobudzająco na panie wąchające ją w męskich perfumach. Roślinka ta ma w składzie związki kumarynowe (ma je również pupilek autorki), oskarżane o bycie odużająco-toksycznymi więc może rzeczywiście coś będzie na rzeczy. W każdym razie aby uczynić prezentację ciekawszą zakupiłam w sklepie zielarskim torebkę lukrecji i wręczyłam słuchaczom w ramach badań poglądowych. Nikt nie stracił przytomności - zapach spotkał się z aprobatą. Co tu kryć - jest naprawdę przyjemny. Słodko-korzenny, nieco kojąco-kamforowy, właściwie nie wywołujący skojarzeń z klasyczną rośliną. No i w Un Bois Vanille lukrecja i spółka działają na mnie rzeczywiście narokotyzująco - obojętnie z której płci osoby noszącej zwąchiwane.

Początek jest jak rozkruszony kawałek marcepanu, do którego momentalnie dołącza lukrecja - początkowo zielarska, może nawet nieco miętowa, ale potem sianowata, kumarynowa. Kiedy zaczyna współpracować z gwoździem programu - czyli wanilią - wydobywa z siebie słodką korzenność. No właśnie. Ta wanilia. Lutensowskie Un Bois Vanille ma kilka obliczy i możliwości interpretacji. Jest słodka i ciepła, nurzająca się w kubeczku ciepłego mleka przysypanego wiórkami kokosowymi. Jest też leciutka i puchata jak waniliowa pianka w ptasim mleczku. Z łatwością wyczujemy w nim również gorące domowe karmelki ciągutki prosto z rondelka. No i w końcowych fazach to wanilia korzenna okadzona dymkiem z kadzidełka o zapachu drzewa sandałowego postawionego na woskowej podstawce i palonego cukru. Z zapachu wyraźnie wybija się też mleczno (kokosowa) - syropowo (cukrowa) - oleista (migdałowa) wilgoć. I to ona decyduje o ostatecznej konsystencji tego waniliowca.

Nuty: absolut czarnej wanilii, lukrecja, drzewo sandałowe, mleczko kokosowe, wosk pszczeli, skarmelizowany benzoes, gorzkie migdały, gwajak, tonka


Amour le Parfum, Kenzo

No i jeden z moich ostatnich zakupów. Ma duszę obieżyświata i  czerpie jednocześnie z ducha Wschodu i Afryki.

Amour le Parfum Kenzo

 Kropelka zaaplikowana na nadgarstku daje człowiekowi iluzję, iż przyszło mu kąpać się w ciepłym morzu ryżowego budyniu a obok tej swoistej wanny zapalono mu na kilka fajerek kadzidło frankońskie. Tak po prostu. Ciężar zapachu jest zdecydowanie większy od statystycznej średniej a wraz z rozwojem jeszcze wzrasta. Wszystko dzieje się tu w zwolnionym tempie i zgodnie z powiedzeniem "jak się człowiek spieszy to się diabeł cieszy". Ta wanilia, nie grająca tu właściwie pierwszych skrzypiec, jest perfekcyjnie gładka, lecz jej faktura zmienia się pod wpływem przysypania całości skromną ilością mleka w proszku oraz niemowlęcej zasypki. Tak właściwie to w Amour Le Parfum czuję również charakterystyczny, przemiły i nieco słodki zapach niemowlaczka. Do tego paczula i ambra i w rezultacie mamy orient jakiego jeszcze nie było, będący jednocześnie mile przyswajalnym dla przeciętnego Europejczyka. Szczelnie otula ciepłym kocem i spisuje się na medal w sezonie jesienno-zimowym.

Nuty: ambra, paczula, benzoin, kadzidło, ryż, frangipani, wanilia

niedziela, 18 października 2009
Słodko i A*Men

A*Men Pure Malt, Thierry Mugler

Klasyczne A*Men to jedne z najsłodszych mainstreamowych męskich perfum. Jak głosi plotka, podobno są lubiane szczególnie przez homoseksualistów - co jednak ciężko mi arbitralnie weryfikować, bo znani mi geje nie lubią ulepów. Osobiście też za nim nie za bardzo przepadam. Kiedy noszę go sama, mam wrażenie, że brodzę w gęstej, wysokoglukozowej mazi nadzienia z batonika Milky Way a kiedy nosi go mężczyzna u mego boku czuję jakbym mogła się do niego przylepić w nienajlepszym tego słowa znaczeniu. Ale w Pure Malt zaszło coś bardzo fajnego. Zniknął lep na damsko-męskie muchy a zastąpiło go coś... wyjątkowego.A*Men Pure Malt

 Zacznę od tego, że oczekiwałam na cudownie upolowaną próbkę z ogromną ciekawością. Raz - jestem groupie Muglera, to już mam nadzieję ustaliliśmy. Dwa - jestem nieprzyzwoicie ciekawa rezultatów działania nowej metody produkcji likierowych perfum Muglera i potraktowania ich jak wytawnych alkoholi. Rezultat przebił moje najśmielsze oczekiwania. Oczywiście do próbki dobrałam się już w drodze z poczty. I odezwały się we mnie jakieś pierwotne instynkty - ze ślinotokiem, pieszczotliwym pocieraniem nosem o wyperfumowaną skórę i chęcią lizania na przedzie. Cóż oni wyczarowali!

 Zapach praktycznie topi się na skórze. Zachowuje się jak  prawdziwy alkohol, ale zamiast klasycznie przewodem pokarmowym trafia do żołądka poprzez pory skóry. Wywołuje przyjemne ciepło, które błyskawicznie rozlewa się po całym ciele. Nalewka ta pochodzi z winnicy o wielopokoleniowej tradycji. Jej właściciele szybko dorobili się fortuny i pomimo faktu, że w swoich alkoholach wykorzystują nawet średniowieczne receptury i stosują się do babcinych podpowiedzi (kilka szczypt suszonych goździków i przełamana świerkowa gałązka boleśnie sącząca leśną żywicę na 50 litrów gotowego alkoholu) to cały proces dojrzewania zachodzi w najdroższych sprzętach. Rzeczywiście czuć w nich zapach dębowej beczki, która opiekuńczo chroniła płyn podczas jego leżakowania. Żaden ze mnie koneser alkoholi - ale doskonale jestem w stanie osądzić czy to co piję mi smakuje. A to jest wyśmienite jak diabli. Temu whiskey daleko od archetypicznie męskiego, gorzkiego jak nieszczęście saloonowego napitku kowbojów (tak jest na przykład w Fumidusie Profumum). Tą whiskey bez szkody dla języka i podniebienia można się upić do nieprzytomności, ponieważ bardzo mocno się karmelizuje i scukrza. Może to jednak rum? Albo koniak czy likier? Za sprawą takiego sąsiedztwa ambra nie ma innego wyjścia niż to aby się wysłodzić. Dymu nie ma tu zbyt wiele, ale jest niezwykle nęcący, wyraźnie paczulowy. Baza jest taka, jaką to ją kojarzymy z klasyka - mniej lub bardziej podsuszone zioła, kaszmir i mleko.

Polecałabym mężczyznom, którzy nie baliby się jeśli ktoś zwróciłby się do nich per "Cukierku" ;D Na posiadaczach chromosomu XY pachnie wprost do zlizania, ale bez landrynkowo-lepiącego tudzież wanilinowego efektu. Zdecydowanie nie ma tu mordoklejki, ale i tak jest hardkorowo słodko.

sobota, 17 października 2009
Zwierciadło Pragnień od Muglera

 Seria perfum Miroir Miroir Collection to seminiszowa linia Thierry'ego Muglera wypuszczona równolegle z premierową linią kosmetyków do makijażu w ubiegłym roku. Właściwie przez samą firmę określana mianem niszowej, ale nie do końca mnie to przekonuje. Co prawda koncept jest oryginalny, pełne składy owiane niezwykle nieprzepuszczalnym przykryciem tajemnicy a flakony wypuszczone w bardzo niedużych ilościach i osiągalne Miroir Thierry Muglertylko w niektórych krajach w raptem 300 punktach sprzedaży. Ale Thierry Mugler od samego początku robił w mass-markecie i jego kompozycje nie staną się niszowe tylko dlatego, że tak sobie właśnie wymyślił ;) To raczej coś pokroju butikowych Hermessence Hermesa (o których nieco więcej napiszę niebawem) czy Les Excluisifs Chanel.

 Mniejsza z tym. Jakimś cudem udało mi się upolować. Właściwie samo wepchnęło mi się w łapska. Rozpływam się z rozkoszy. I tyle.

 Zwierciadlanych zapachów jest 5 - A Travers le Miroir, Miroir des Secrets, Dis Moi Miroir, Miroir des Vanites, Miroir des Envies - wszystkie w koncentracji wody perfumowanej. W przypadku komponowania każdego z nich dano Nosom wolną rękę a jedyną wytyczną miało byćto, aby stworzeno coś naprawdę wyjątkowego, dopełniającego kilka kobiecych oblicz zgodnie z hasłem "dare to metamorphosis". Do tego też nawiązuje piękne zdjęcie reklamowe gdzie modelka jest jedna, lecz przestylizowana nie do poznania na pięć sposobów.

Miroir Thierry Mugler

Miroir des Envies to podobno najpiękniejszy i najlepiej sprzedający się zapach z serii. Z założenia futurystyczny jadalniak z ogrzewaną słońcem skórą i silnym jaśminem. Jego składniki są zaserwowane w takich ilościach żeby od początku sprawiać wrażenie niedosytu i stopniowo uzależniać podczas kolejnych prób zaspokojenia pokusy. Autorką zapachu jest niezwykle lubiana przeze mnie (w szczególności za sprawą Theoremy Fendi i Angel la Rose Muglera) Christine Nagel.

Miroir des Envies (5), (Mirror of Desires), Thierry Mugler

 Teraz jednak kilka recenzyjnych konkretów. Pefumy sprawiają niezastąpione wrażenie już podczas pierwszego kontaktu - nawet zanim zdążymy cokolwiek powąchać. Odpakowuję Ci ja kartonowe pudełeczko z przezroczystego celofanu, wyciągam pudełko i co widzę? Siebie widzę. Oprócz klasycznego opakowania (pięknie srebrnego) flakon spoczywa jeszcze w etui w całości wykonanego z lustra. A kiedy człowiek się w nim przegląda to wygląda lepiej niż w realu, bo wygładza powierzchnię odbijanego obrazu a w dodatku optycznie je zwęża. Moja wyszczuplona buzia bez ani jednego widocznego pora skóry uśmiechnęła się do własnego odbicia. Chcę mieć takie Miroir Miroir w większym wymiarze w garderobie ;) Idziemy dalej. Wyciągnęłam flakonik, za pomocą szybkiego zeknięcia w korek utwierdziłam się w przekonaniu, że świetnie wyglądam a wtedy po raz pierwszy powąchałam...

 Muglery

  I już wtedy doszłam do wniosku, że to niszowy zapach. Za żadne skarby nic w Sephorze nie ma prawa tak pachnieć i nic nie jest skomponowane w ten sposób. Całokształt jest bardzo organiczny, posiadający swój rytm bicia serca. Początek to buchnięcie zapachu gorącego ciasta chlebowego prosto z uchylonego pieca. Woń ta powinna nieść ze sobą kojącą moc, spokój, przeświadczenie że jesteśmy w domu, nic nam nie grozi a za moment będziemy mieli pełny żołądek - co dopełni sielankowego obrazka. A jednak coś mnie w nim niepokoi. Pod spodem kryje się jadowita roślinność, jakieś irracjonalnie toksyczne uczucie. A serce tej istoty skywającej się we flakonie bije powoli lecz z pełną siłą, aż słuchającemu dudni w uszach. I znika, ucieka gdzieś zanim zdążymy zorientować się co tak naprawdę właśnie się stało. Pojawia się obiecane poczucie niedosytu. Ze złością mam ochotę zlać się tymi perfumami od stóp do głów żeby poznać rozwiązanie zagadki nut głowy. Ale teraz nie ma na to czasu - trzeba chwytać to, co następuje później. Jaśmin. Iście wyalienowany. Wąchany w cieple, tudzież temperaturze pokojowej wydaje się być suchy, z lubością rozkwitający. Wystarczy jednak tylko wystawić nogę za próg i wkroczyć w jesienną aurę a natychmiast wilgotnieje. Sprawia wrażenie, że nasza skóra zaczyna przesiąkać kroplami deszczu. Cóż za szaleństwo. Jest i skóra - ta z garbarni. Wysuszona w pustynnym słońcu. Miroir des Envies ma stężenie molekułowe. Zapomnijcie o flagowej cesze wszystkich muglerów - czyli apododyktycznym i charyzmatycznym killerstwie. Tutaj nie będzie żadnego narzucania. Należy otworzyć się na dialog, mieć odwagę spojrzeć w lustro i zweryfikować własne odczucia w związku z zapachem, który staje się tak intymnie nasz. Na ich temat nie zdradza nam się wiele dlatego jedynym sposobem na rozgyzienie ich jest danie sobie czasu na wzajemną kontemplację. Angel były pierwszymi perfumami na rynku  o ambicjach psychoanalitycznych. Zwierciadło Pragnień również może położyć nas na kozetkę.

 Lustereczko, powiedz przecie, czego pragnę najbardziej w świecie?

Nuty: skóra, jaśmin, tajemnicze akordy jadalniane

piątek, 16 października 2009
O różnicy między Wanilią z Morelą a Wanilią z Brzoskwinią

 Comptoir sud Pacifique to firma, która zamiast jakże banalnych eau de toilette czy do bólu sztampowych eau de parfum zdecydowała o podjęciu wyzwania tworzenia nowej jakości. Ich zamknięte w metalowych puszkach kompozycje to wykradzione z egzotycznych zakątków eau de voyage, które przemycają urok aury zamorskich podróży i o każdej porze roku przypominają o udanych wakacjach. Przy tych puszkach jeszcze zatrzymałabym się na moment. O ile Montale i Maison de la Vanille, które również korzysta z patentu flakonów-konserw nie za dobrze na tym wychodzi (bo mam wrażenie że zapach blachy przeżera perfumy na wskroś), to u Comptoir sud Pacifique takie świństwo się nie dzieje. Istotnie są za to świetne w poróży. Flakon jest bardzo lekki a jednocześnie odporny na wszelkie możliwe turbulencje i sztormy.

 Od wielu lat najlepiej sprzedającym się zapachem marki jest Vanille Abricot. Do jego używania przyznają się między innymi liczne amerykańskie młode gwiazdeczki, a CsP skwapliwie to podkreśla, podkręcając jednocześnie koniunkturę. Vanille Peach z kolei stoi nieco z boku. Morela i brzoskwinia to owoce z bliskiej rodziny, ich wygląd i smak jest nieco zbliżony. Ale Vanille Abricot i Vanille Peach są inne.

Comptoir sud Pacifique Ten bardziej lubiany przez armię młodego Hollywood podczas testów nadgarstkowych przywodzi na myśl morelową Mambę - jest miękki, przyjemny i aż chciałoby się go wsadzić do ust ;) W zastosowaniu globalnym wyjdzie z niego minimalna śmietankowość rozlewająca się po całej skórze. Słodka wanilia wraz z rozgniecionym papajowo-morelowym miąższem nadchodzi w chwilę później. Warto zaznaczyć, że wanilia jest naprawdę wartościowa, efektowna i pozbawiona syntetyzmu.

 Vanille Peach jest cięższe, bardziej przekombinowane i potrafiące bardzo szybko zemdlić. Nie ma opcji żeby dało się nosić dzień w dzień, od rana do wieczora, przez całe wakacje. Chyba że ktoś ma plan obrzydzić sobie brzoskwinie do końca swoich dni. Nuty owocowe są syropowe i scukrzone, zalane odtłuszczonym mlekiem kokosowym i z pobrzmiewającym gdzieś w tle nieco orzechowym zapachem pestki brzoskwini i olejku migdałowego. Za pomocą brązowego cukru i hibiskusa dodano też tu klimatu herbatki owocowej sączonej pod palmami. Momentami czuję też w nim cynamon, ale poważnie zastanawiam się czy to możliwe żeby tak hojnie dosypywać tego wszystkiego co tylko nawinie się pod rękę.

Obydwa zapachy są moją osobistą, okresową przyjemnostką - w pewnych perfumiarskich kręgach określaną z resztą mianem wstydliwej. Bo to totalne mordkolejki, niespecjalnie ambitne i inteligentne. Ale za to jak rozkosznie oblepiają sylwetkę swoją totalną syropowo-waniliową aurą, która jak zaczarowana odbija wszelkie ataki wampirów energetycznych - kiepskiej pogody, nędznego humoru, niesympatycznej pani w spożywczaku. Noszą się lepiej nawet w sezonie szarugowej jesieni/zimy/wiosny niż słonecznego, upalnego lata, które wysoką temperaturą podbija jeszcze level ulepności.

 Ja polecam zamiast Rutinoscorbinu. Ale jednocześnie przestrzegałabym przed zakupami zapachów Comptoir sud Pacifique w ciemno. Jest tam kilka solidnych perełek (między innymi Sultan Safran pachnące jak bardziej szafranowy klon damskiego CdG2), ale można wpaść też na niewypał (pokroju przylepiających się do górnych dróg oddechowych Vanille Extreme czy Caramel Sunset).

 

Nuty Vanille Abricot: owoce chlebowca, miąższ papai, morela, wanilia, cukier kandyzowany

Nuty Vanille Peach: piżmo, brzoskwinia, brązowy cukier, hibiskus, mleko kokosowe, wanilia

czwartek, 15 października 2009
Zstąpmy do piekieł

Fumidus, Profumum

Film Constantine z Keanu Reevesem można uznać za mniej lub bardziej kiczowaty, ale jest tam kilka scen, od których człowieka obleka gęsia skórka, dreszcz i ciary. Fumidus pachnie jak jedna z nich. Nie będę siać potencjalnych spojlerów, ale już pierwszy rzut oka na pojedynczy kadr jest w stanie naświetlić tło historyczne oraz elementy świata przedstawionego...

Constantine

Boję się tego typu zapachów a naturalną reakcją i podświadomie realizowaną decyzją podejmowaną w takich sytuacjach jest unikanie. Dlatego chyba nie zdarzyło się żebym podobne perfumy dała radę nosić przez cały okrągły dzień. Ale pokusa liźnięcia zakazanego owocu z przydomowego ogródka szatana jest zbyt duża żeby jej ulec.

 Fumidus jest paskudny, odrażający i trudny w noszeniu. Jednak początkowy akord wywołał mój lubieżny uśmieszek połączony z naiwną myślą "a może nie będzie tak źle...?". Poczułam wysuszone niemal na wiór, uprażone orzeszki ziemne. Które dosłownie za moment zostają zdeptane eleganckim, czarnym, męskim, idealnie wypastowanym butem. Depcze się je z nonszalanckim zakręceniem obcasem w ziemi - jak robi się to z papierosowym niedopałkiem. Pora ruszać. Droga, którą się przemieszczamy wygląda dokładnie jak na zdjęciu. Czuć gęste, buchające w twarz kłęby dymu wędzalniczego i palone mięso. Dookoła panuje dzikie spustoczenie i szalejący chaos. Brak żywej duszy. Podkreślam - żywej. Bo obecność tych nie do końca żywych dla co bardziej uważnych mogłaby być wyczuwalna.

 Akord palonych roślin i spopielałego mięsa jest tu jeszcze bardziej hardkorowy - przy lajtowym w porównaniu z nim Fumerie Turque Lutensa. Jest ostrzegawczy, choć nie jest to jego intencją. Drażni oczy i żołądek, niewerbalnie dając do zrozumienia że z niekłamaną przyjemnością zrobi nam krzywdę jeśli tylko podejdziemy bliżej. Ale to nie tylko dym i pogorzelisko - choć przede wszystkim. Jest i posmak whiskey, jakże męskiego trunku, idealnego do zaserwowania sobie w niewielkiej ilości dla kurażu przed wyprawę do wnętrza piekieł. Chodźmy i uratujmy ludzkość przed zagładą, ale najpierw zadbajmy o to, aby nie zaschło nam w gardle. No i bogate, imponujące nuty drzewne. Jeśli kiedykolwiek miałam wątpliwości co do tego, że szatan sadzi w swoim królestwie brzozy, to właśnie bezpowrotnie się one rozwiały.

Nuty: ekstrakt destylowanej szkockiej, korzeń wetiweru, kora brzozowa

poniedziałek, 12 października 2009
Uderzenie sodówki

Soda, Series 6: Synthetic, Comme des Garcons

effervescence Atak węglowodorowych bąbelków jest tutaj tylko na początku. Rozlewają się po skórze z wysokim odgłosem syku, poskakują, pogują i łaskoczą, żeby po chwili pęknąć, uwolnić się i ulecieć w powietrze. Właściwość wody gazowanej została tutaj świetnie uchwycona za pomocą zmodyfikowanych aldehydów o modernistycznym wizerunku. W dodatku podarowano im kilka minut żywotności więcej niż posiadają w życiu realnym. A potem zapach drastycznie zmienia odczyn na zasadowy a konsystencję na sproszkowaną. Zachodzi tutaj inwersja procesu rozpuszczenia musującej tabletki Aspirin C w szklance wody. W realu najpierw jest tabletka, potem krótki kontakt z wodą a na końcu eksplozja piany i bąbelków. Wybuchowe i wyjątkowo intrygujące dla oka (oraz jak się okazuje również dla nosa) effervescence stanowi tutaj gwóźdź programu. Trwa jednak tylko chwilę. Bo po nutach głowy i serca pojawia się niewzruszona baza - czyli potłuczona na drobny proszek biała tabletka.

 I nie trwa specjalnie długo.

Synthetics CdG

 Nawiasem mówiąc seria Syntetyków CdG jest już wycofywana. Jeśli ktoś ma ochotę na upolowanie takiego Skaju, Garażu czy Smoły to warto się sprężyć i zrealizować zakupy zanim ostatnie źródełka wyschną.

Nuty: aldehydy, limonka (tudzież wapno, bo i tak można przetłumaczyć "lime" a wpisuje się równie dobrze), citral (?), pimenal (?), iso-eugenol, galaxolide, acetal

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20