środa, 27 stycznia 2010
Lubimy zakupy

Lubimy.

demetery

 

 A istoty, które mają więcej oleju w głowie, preferują inne zabawy.

Kejsi

Kejsi

 

Na wypadek gdybyście kiedykolwiek w przyszłości planowali kupować coś ze strony demeterfragrance.com, to powiem Wam jedną rzecz. Nie róbcie tego. Zgarniają tam do pracy wszystkich tych Amerykanów, którym nie udało się ukończyć podstawówki wraz z nabyciem umiejętności czytania i rachowania. To jednak trochę wkurzające dla klienta.

niedziela, 10 stycznia 2010
Podsumowanie...

 W poprzednim roku odpuściłam sobie podsumowanie, więc w tym będzie inaczej. Chociaż i tym razem planowałam bojkot przymusu blogowego rozpisania co w tym dwa tysiące dziewiątym było Hot a co Not. Ale doszłam do wniosku, że podejdę do tematu nieco inaczej. Bo obejrzenie się wstecz ma w tym wypadku o tyle sens, że można zaobserwować coś być może nawet ciekawszego niż to, czyja róża pachniała ładniej.

 Moda. Komu wręczyła berło do kreowania gustu i smaku publicznego. Co się popularyzuje i umasowia. Co można w związku z tym przewidzieć i w jakim kierunku to wszystko zmierza.

 Pierwszą widoczną rzeczą jest to, że na niszowym podwórku działo się w tym roku więcej niż w mainstreamie. Forever w swoich skrupulatnie kompletowanych notatkach i odnośnikach premier na gazetowym FoP wypunktował więcej pozycji niszowych niż głównonurtowych. To dotychczas chyba jeszcze nie miało miejsca.

pachnidło

 Niby mamy kryzys i podobno w bardzo złym tonie jest ostentacja w materii wysokich cen. Magazyn Elle w atmosferze zaufanej konspiracji wspomina, że na wystawie nowojorskiego butiku Chanel na kieckach nie umieszczano cen. Żeby nie kłuć w oczy. Albo coś w tym stylu. U nas na polskim podwórku wygląda to aktualnie inaczej. Być może dlatego, że nie mamy tak wiele butików Chanel oraz dlatego że okazuje się, że Polski jako jednego z nielicznych krajów świata nie dotknął kryzys. U nas jest moda na niszowe perfumy. Redaktorzy ekskluzywnych magazynów kobiecych i męskich na wyścigi polują o wywiady na wyłączność z Sergem Lutensem (w ubiegłym roku czytałam takie co najmniej trzy w polskiej prasie), przybliżają czytelniczkom asortyment Galilu i Quality (cytując często z błędami katalogowe formułki) i rozszerzają swoje rankingi plebiscytów najlepszych produktów kosmetycznych o perfumy niszowe (mierząc je tą samą miarą co liftingujące kremy pod oczy i mazidła ujędrniające do biustu). Perfumoholikom średnio się podoba - tyle powiem pozostając dyplomatycznym obserwatorem ;) Regularnie powtarzają już od wielu, wielu miesięcy, że Serge lata świetności ma już za sobą (inna kwestia, że to wrażenie może być spowodowaną zmianą perspektywy odbioru) i wywiad z nim nie jest tak naprawdę żadną oszołamiającą gratką. Podobnym brakiem entuzjazmu cieszy się z założenia prestiżowa statutki "Doskonałości Roku" dla damskiego i męskiego (Heloł! Od kiedy w przypadku niszy mówimy o podziale na XX i XY? Czyżby o zaprzeczeniu słuszności takiego rozumowania nie mówił sam Serge w opublikowanym nieco wcześniej wywiadzie w tej samej gazetce?) By Kilian Straight to Heaven oraz Olivier Durbano Tourmaline Noir. Pierwsze określane przez zaangażowanych odbiorcóq jako niezłe, ale do zaziewania przewidywalne. Drugie właśnie przez te same osoby nakryte na reformulacji i takim wyłagodzeniu, aby było bardziej akceptowalne dla większego procenta populacji i pozbawione grzesznego charakterku.

Najprawdopodobniej nigdy nie wrócimy już do punktu kiedy to każdy zakup z Sephory był dla wysublimowanego gustu świadomym inwestowaniem kasy w kicz i dostrzegano tylko pojedyncze przebłyski geniuszu w postacji takiej L Lempickiej czy Insolence Guerlaina (które i tak były autorstwa genialnego Nosa pracującego od lat z powodzeniem na niszowym podwórku - w przypadku L i Insolence EDP to Maurice Roucel). Wszystko się demokratyzuje i dostaje otwartą furtkę do walki o mandat wyborczy w równej walce. Co prawda Amor Amor i Euphorii raczej już nigdy ten statut nie zostanie przywrócony. To skrajne przypadki, które zabił własny sukces. Niosą ze sobą ciężar popularyzacji do obrzydliwości i przez to zdegradowanie to pozycji pachnidła cieszącego się niewiele większym szacunkiem niż psikadło od Christiny Aguilery.

A jeśli już o Christinie Aguilerze i innych gwiazdach mowa... Doszło do absolutnego przesycenia rynku perfumami sygnowanymi nazwiskiem gwiazd (chociaż określenie celebrities byłoby tutaj bardziej akuratne). Uśmieszek politowania wywołała we mnie zalinkowana przez Piratessę wypowiedź aktora Gerarda Butlera. 

" (...)- Potrzebuję perfum, muszę zwrócić na to uwagę mojemu agentowi. Clive Owen ma swoją linię kosmetyków po goleniu, Ewan McGregor wypromował swoje perfumy. A co ja mam? Nic - dodaje z żalem aktor - Jeszcze nie wiem jakie one będą, wiem, że potrzebuję własnych perfum - zapewnia Butler. (...) ".

 Obojętnie co, ale ich potrzebujęęę... - Zanosi się jęczącym łkaniem dorosły facet. Clive i Ewan nie mogą być ode mnie lepsiiii...  

 Żenada.

balonówka Perfumy popularne rozczarowywały mnie w tym roku na maksa. Właściwie nie przypominam sobie, żeby coś głównonurtowego, ogólnodostępnego chwyciło mnie za nos. Wszystko zlewało się w papkę z różowych kwiatuszków a jedyną sensowną rzeczą, którą można było z nimi zrobić było przyklejenie do spodniej strony krzesła - jak kreatywnie robi się to z wyżutą gumą balonową. Klasyczne przykłady - Parisienne YSL, Ange ou Demon Le Secret Givenchy i Hypnose Senses Lancome. Do rozczarowań roku w perfumeriach zaliczę w szczególności Idylle Guerlaina, serię tarociarską D&G oraz Eau Mega Viktora & Rolfa. Pierwsze – pogrzebanie nowatorskiego ducha Guerlaina w kopcu z kwiatowych płatków, drugie – zaprzepaszczenie świetnego konceptu będącego obiecującym punktem wyjścia, trzecie – potwierdzeniem tezy, że drugie dzieło zawsze jest oceniane na niekorzyść pierwszego.Teoretycznie niezłe było Sensuous i Kashmina Touch, ale to nie mój styl, więc zdecydowanie nie poczułam potrzeby połakomienia się. Ale nie było aż tak tragicznie, bo pojawiło się COŚ w postaci likierowej serii Muglera. Do dziś nie mogę wyjść ze stanu pierwszego zachwytu. Przepiękne!

  Zaobserwować można też inną ciekawą rzecz. Czyżby niszowy rynek, z definicji będący przeciwnikiem aktualnych mód i nie angażujący się w żadne z nim romanse właśnie dokonywał... mezaliansu? Skoku w bok? Drewno agarowe było wszędzie! W wielu niszowych premierach od Comptoir sud Pacifique, Juliette Has a Gun po L'artisan, By Kilian, Le Labo, Czech & Speake czy Montale. Solidną ekspansję zaliczyły również akordy jadalniane - czy to u L'artisan, M.Micallef, Lutens, Etat Libre d'Orange czy u Payard (u tego ostatniego w szczególności urzekło mnie niesamowite Pistachio Ganache).

 Pobawię się w prognozy. Przyszłość moim zdaniem będzie flirtem z vintage. Czymś co było i X lat temu było skutecznym szlagierem. Jako przykrywka na brak solidnych, mogących być kurą znoszącą złote jaja pomysłów. Ubierze się to w atrakcyjne sreberko, że "sypiała w nich Marilyn Monroe a teraz mamy dla Was kochane kobiety coś JESZCZE LEPSZEGO - odmłodzonego i wyszlifowanego" (a nieeee.... sorry, to już było) tudzież "te perfumy stworzył sam mesieur Christian Dior dla wyjątkowych,vintage eleganckich kobiet" (i tutaj odwracamy głowy w kierunku poddanych liftingowi starych Diorów od niedawna stojących w perfumeriach z etykietką Les Creations de Monsieur Dior. Tak działa ten mechanizm. Jeśli aktualne pomysły nie cieszą się przynoszącą profity aprobatą to należy zerknąć do archiwów i tam poszukać inspiracji. Tudzież sprzedać raz jeszcze to samo.

Nikną i będą niknąć nienaturalne podziały na to co w nurcie i poza nurtem. Ostateczną podstawą oceny będzie wartościowość produktu. Perfumy dobre albo złe.

***

 A mówi się, że "o gustach się nie dyskutuje"... ;) Nie zgadzam się z tym. Gust - tak powszechnie uznawany za indywidualną, jednostkową cechę, tak naprawdę jest takim tylko w pewnym stopniu. A chwila zastanowienia i analiz może doprowadzić do intrygujących hipotez. I możliwości przewidzenia przyszłości. Między innymi.

poniedziałek, 28 grudnia 2009
Zapach Politechniki: trochę z kaszalota, trochę z bobra

Link do artykułu ze Stołecznej :)

Pachnidło obwąchałam i dałam się bardzo zaskoczyć. Entropia jest niezwykle ciężka do rozgryzienia i spokojnie można ją traktować na równi z niszowymi dziełami, mającymi za sobą kawał historii i kurzu, gdzie animalia ścielą się gęsto ;)

sobota, 26 grudnia 2009
I'm a chocolover!

Chocolovers, Aquolina

Dzisiaj nie będzie o zapachu ambitnym, niszowym i predestynującym do miana dzieła sztuki. To totalny ulep z gatunku tych, na które ma się ochotę tylko od czasu do czasu. Ale jest bombowy i bardzo często stawiany na podium rankingu przez smakoszy czekoladowych perfum. Wyśmienite w tej kategorii jest również Musc Maori Parfumerie Generale, ale to zupełnie inna bajka.

Chocolovers

 No dobra, jak już wspomniałam, Chocolovers Aquoliny może być skutecznym ratunkiem dla biedaczyska potencjalnie uzależnionego od dwóch rzeczy jednocześnie - czekolady i perfum. Idealny na dni z gatunku tych "just give me chocolate and nobody gets hurt". O ile Musc Maori może wywoływać ochotę na kocie wicie się w pościeli i rzucanie zmysłowych, powłóczystych spojrzeń spod wachlarza rzęs to Chocolovers wywołuje po prostu gwałtowny skok endorfin. Daje porównyalną przyjemność do spałaszowania kilku łyżek Nutelli prosto ze słoika, wciągnięcia pączka z nadzieniem orzechowym, pochłonięcia kruchego czekoladowego ciasteczka z kandyzowaną skórką pomarańczy i schrupania paru Delicji z galaretką pomarańczową - bo po trochu pachnie każdym z tych dóbr natury. I nie ma kalorii. Ale obawiam się, że to przedwczesna radość, ponieważ zapach ten diabelnie zaostrza apetyt na realne łakocie. Perfumy mogą stanowić koło ratunkowe do zarzucenia w drodze do najbliższej cukierni.Chocolovers

 

 Prognozuję, że lada moment Chocolovers stanie się swoistą legendą i dołączy do perełek, na które poluje się na aukcjach interenetowych i zakupuje za ciężkie pieniądze. Producent podjął decyzję o zaprzestaniu produkcji. I będzie boom.

Nuty: bergamotka, pomarańcza, cytryna, lilia wodna, kolendra, orzech laskowy, paczula, wanilia, słód, piżmo

piątek, 25 grudnia 2009
Anatomia kryzysu

 Jest pewno słowo na "k", którego odmiana przez wszystkie możliwe przypadki we wszystkich mozliwych mediach, wszystkich możliwych krajów doprowadziła najpierw do globalnej paniki a następnie stało się kozłem ofiarnym w tłumaczeniu przyczyn wszystkich katastrof. Od wariujących wskaźników średniego kursu euro po świńską grypę i zgon Michaela Jacksona. Ten rok obfitował w powtarzanie do dokumentnego znudzenia słówka na "k".

 Inna sprawa, że my jako Polacy po raz kolejny dowiedliśmy naszej wyjątkowości i misyjnej funkcji na arenie światowej, ponieważ Donald Tusk dotrzymał słowa i stał się cud nad Wisłą. Słówko na "k" ominęło nasz kraj - jako niemal jedyny na świecie. Ekonomiści, maklerzy i inne tęgie głowy nie mają oczywiście zielonego pojęcia w czym upatrywać przyczyn, ale są tacy którzy wiedzą. To cud, po prostu cud - co tu więcej tłumaczyć.

 To taka dygresyjka...

kryzys

 Bo będzie kilka zdań na temat kryzysu. Perfumeryjnego u perfumoholika. Z tematem tym czuję aktualnie duchową więź, która narodziła się od momentu kiedy to parę tygodni temu obudziłam się w nocy z krzykiem i głową pełną myśli o zamknięciu bloga. Rozsypujące się z głowy ciągi zdaniowe były tak upierdliwe, że musiałam je wszystkie spisać na kartkę żeby udało mi się w spokoju udać się ponownie w objęcia Morfeusza.

 Dostawałam i dostaję często przemiłe (i głaszczące pod bródką mruczące z zadowolenia ego) wiadomości o tym jaka to jestem fajna a czego konsekwencje są widoczne na blogu. Ja i mój blog po prostu jesteśmy fajni - taki był morał. Jeden z czynników składających się na to, że blog jest fajny i atrakcyjny to fakt, że jest często aktualizowany, żywy - a przez to wciągający jak wielorozdziałowa opowiastka kończąca się za każdym razem w połowie momentu kulminacyjnego. Tymczasem ostatnio stało się coś, co cały ten sprawnie działający mechanizm zburzyło. A właściwie kilka czynników. Jeśli jeden z nich miałabym przełożyć na język muzyki rockowej to byłaby to analogia z przejścia od "I Still Haven't Found What I'm Looking For" U2 do "I Just Don't Know What To Do With Myself" White Stripes*. Czyli gwałtowne zatrzymanie się na przemierzanej drodze i oddawanie się jaraniu, pasjonowaniu i ekscytowaniu każdym kolejnym wątpliwym lub mniej wątpliwym dziełem sztuki. Podczas gdy okazuje się, że to czego tak naprawdę szukałam cały czas było obok i na wyciągnięcie ręki. Ale nie dawałam wiary, że można znaleźć nie szukając. Tak więc w konsekwencji następuje pytanie czy dalsze poszukiwanie czegoś lepszego niż Święty Graal ma jeszcze sens. A może to już nie jest poszukiwanie. Ale w takim układzie czym jest? No i mam I just don't know what to do with myself.

 Te rozterki odnośnie sensu zgłębiania rozpoczętej parę lat temu zajawki zaczęły mieć znaczenie nie warte splunięcia w obliczu prawdziwych życiowych tragedii i katastrof, które wysypywały mi się niczym z puszki Pandory przez ostatnie trzy miesiące. Nie wiedziałam dotychczas że człowiek może tak cierpieć. Modliłam się tylko żeby nie stało się już nic więcej co wywołałoby najmniejszy adrenalinowy skok, bo sprawiał tylko ból. Chęć stablizacji i spokoju, tak dotychczas nielubianych i wywołujacych zmęczenie, stały się największymi wartościami. Brak wywołujących silne emocje bodźców zmuszających do reakcji i nie zmuszanie do myślenia. Jeden i ten sam zapach na poduszcze, płaszczu, skórze, jego bluzie. Tak dokonale znajomy i pocieszający, że nie wszystko na tym świecie jest nieobliczalne i nieprzewidywalne.

 I jeszcze inna sprawa. Daigee to moje alter ego i tożsamość ukryta ujawniająca się tylko za pomocą internetowych refleksji. Jej poczynania są zrozumiałe i aprobowane wyłącznie przez "takich jak ja". A z rozmów z bliskimi w zapachowej doli wiem, że to po prostu nasza cecha osobnicza. Okazuje się, że nie do końca zaczął mi pasować swoisty coming out w skali mikro, który zabrnął za daleko. O moich relacjach z majtkozdziercą, lutkach-fiutkach, pogoniach za króliczkami i zawartości mojej szafy czytają osoby spoza sekty i to już inny etap. Alter ego i tożsamość ukryta zostają pozbawione maski.

 Nie da się (i nie można!) jednak tego tak po prostu rzucić. Cecha tego typu wrażliwości i wyczulenia na piękno to nie nabytek, który w pewnym momencie można uznać za zamknięty rozdział. Cały czas się to w sobie nosi - choć być może momentami w stanie zimowej hibernacji.

 

* Polecam klip szczególnej uwadze czytelnika ze względu na wyjątkowe walory estetyczne. A właściwie spapranie świetnego konceptu frontmana White Stripes (Jacka White'a). Polecił on reżyserce (Sophii Coppoli) przekazanie w teledyskowej etiudzie smutku oraz pustki egzystencjalnej ujawniającej się w oczach i duszy rozdartej rozpaczą po utracie sensu życia striptizerki (Kate Moss). To przykład jak bardzo realizacja fajnego pomysłu może być cienka i przejść bez echa - chociaż realizowana przez kilka dobrych w swoim fachu głów - jeśli zabraknie między nimi dobrej komunikacji.

sobota, 12 grudnia 2009
Entropia - perfumy Politechniki Warszawskiej

 Grupie kreatywnych studentów z Koła Naukowego Biotechnologów Politechniki Warszawskiej udało się właśnie coś o czym śni każdy perfumoholik - a co z ogromnym powodzeniam od lat praktykuje między innymi Sissel Tolaas a z nieco bardziej przewrotnym powodzeniem Jean-Baptiste Grenouille. Chodzi o stworzenie pachnidła. Nie klasycznych kwiatuszkowych perfum, które potrafi skomponować praktycznie każdy, kto wie wedle jakiego szablonu powstają, a potem zalegają na seforowskich półkach. Chodzi o odwzorowanie duszy żywego organizmu, tętniącego życiem, historią i symbolizmem. W wątkach na forach dyskusyjnych większość z nas może sobie tylko pofantazjować na przykład czego to nie dokonalibyśmy gdyby koncept Bond no.9 przenieść z Nowego Jorku na polski grunt a okazuje się, że niektórzy z nas mają więcej szczęścia i mogą jak najbardziej w realu pomieszać trochę w kolbach.

 Wstępny link nakreślający o czym tak naprawdę mowa - TUTAJ a filmik - TUTAJ.

1

 Flakonów będzie tylko 100. Czy zgadniecie jednak kto dzięki swoim mackom perfumoholicznych znajomości dotrze do próbeczki ;))) ? Mam ogromną przyjemność znać Anię, która jest na tyle kochana, że poza pomocą w pośrednictwie w zakupach Comptoir sud Pacifique i Comme des Garcons zaoferowała się skubnąć dla mnie kropelkę z własnego flakonu. To strasznie fajna dziewczyna jest ;)

 Cytując Anię Liwską (vel Rachelę ;) ):

Zapach Politechniki - kompozycja łącząca w sobie najbardziej charakterystyczne wizje Politechniki Warszawskiej: kamienne, stare mury gmachów, zakonserwowane drewno w audytoriach, unoszący się w powietrzu kurz i zapach odczynników chemicznych, stal maszyn i fontanna na dziedzińcu wewnętrznym głównego kampusu. Tak złożony efekt udało się uzyskać dzięki użyciu szerokiego spektrum składników: od słodkawych żywic odpowiedzialnych za nuty techniczno-syntetyczne, drewnianych nut charakterystycznych dla Iso E Super, roślinnego agaru i miękkich piżm; po zaostrzający cała kompozycję naturalny olejek z czarnego pieprzu, który nadaje jej wiekowy, dostojny charakter. "Entropia" zachwyca trwałością i na długo zapada w pamięci.

 Nie mogę się doczekać powąchania!

 Jak donosi moja pachnąca informatorka, mająca wieści z pierwszej ręki, młodzi biotechnolodzy autorzy Entropii pojawią się niebawem w Dzień Dobry TVN, Teleeksprecie oraz cytuję  "znowu w jakiejś gazecie" ;) Jeśli tylko będę znała dokładne terminy i godziny to dam znać.

 Ogromne gratulacje dla kreatywnych studentów :) !

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Angelologia prawie prawdziwa

1

2

3

4

5

6

  Kochany Pamiętniczku, zdradzę Ci coś w najświętszym sekrecie. Ale musisz przysięgnąć, że nikomu nie powiesz! Gdyby ktoś się o tym dowiedział to źli ludzie chcieliby mnie zamknąć w pewnym miejscu gdzie w pokojach nie ma klamek. No dobrze, zaufam Ci - ale pamiętaj, sza!

To będzie nasza tajemnica. 

 Otóż ukrywam w szafce 8 Aniołów. Przysięgam. Teoretycznie są identyczne, ale wyraźnie różnią się wizualnie. Widać, że nie pochodzą z tego świata, bo są na podobne banały zbyt piękne. Z resztą w odniesieniu do nich określenie "piękne" jest zbyt płaskie. Dwusylabowe, bezdźwięczne i bezużyteczne. Zrozumiałbyś co mam na myśli gdybyś tylko miał okazję sam się przekonać do czego są zdolne. Ale muszę Cię uprzedzić, że to niebezpieczna zabawa i sporo się w niej ryzykuje.

 Bezpieczniej jest strzec się Aniołów.

***

W sesji wystąpiła Brigitte Bardot na okładce Trendy - art of living nr 6 (35), grudzień 2009.

piątek, 04 grudnia 2009
Rozkoszna Wanilia - czyli kilka odmian "déjà..."

Vanille Exquise, Annick Goutal

Vanille Exquise - więc nie inaczej niż Rozkoszna Wanilia. Testowałam ją kilka razy, pierwszy raz solidne półtora roku temu. I dzisiaj do niej wracam. A takie powroty w testowaniu są przy okazji fajnym doznaniem dla zmysłów. Jedno-dwukrotne zaciągnięcie się zapachem powoduje niemal zauważalny z boku iskrzący zaskok impulsu nerwowego błyskawicznie szybującego do mózgu. A potem w umyśle uchyla się szufladka, z której wysypuje się garstka zachomikowanych impresji wraz z poczuciem, że widzi się dawno niewidzianego znajomego. Ale nie do końca. Najnowsze badania (w dziedzinie kryminalistyki nawiasem mówiąc) wskazują, że w przypadku kontaktu z bliskim znajomym zwraca się uwagę i kieruje wzrok na pojedyncze, doskonale rozpoznawane elementy twarzy - oczy, nos, usta. Kiedy widzimy kogoś pierwszy raz w życiu nasz mózg krzyczy "daj mi jak najwięcej informacji" i źrenice biegają po całym obrazie w poszukiwaniu jak największej liczby danych. Z kolei u zapachowego znajomego jesteśmy w stanie z czasem zaobserwować coraz więcej szczegółów. Z biegiem sekund, godzin i lat namierzamy kolejny niuans, niemożliwy do ogarnięcia w pierwszym kontakcie.

  Być może to również taka pochodna oklepanego i przereklamowanego déjà vu (już widziane). Bardziej w kierunku ścisłego połączenia déjà vécu (już przeżyte), déjà goûté (już smakowane), déjà visité (już odwiedzane), déjà connu (już poznane), déjà senti (już odczuwane), déjà pensé (już pomyślane) a może przede wszystkim déjà éprouvé (już doświadczone). Jednocześnie. Dlatego to takie fajne. Taaak, głowa potrafi być złomowiskiem - ale chyba w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Takim z potencjałem. Tym bardziej postanawiam przyspieszyć dobranie się do kilku pozycji książkowych.

pamięć kojarzeniowa

 Ad rem jednak! Że się tak sama postrofuję.

 Początkowo wydawał mi się mniej słodki. Niewiele w nim tego, za co lubi się wanilię (słodycz, otulenie, poczucie bezpieczeństwa) a zamiast tego jawił się jako jakiś zobowiązujący twór. Z szufladki wysypało mi się skojarzenie z zapachem idealnym do bajecznej, białej ślubnej sukni i przejrzystego, wykończonego koronką welonu. Niby niewinność i blef o zachowaniu dziewictwa, ale z drugiej strony splendor i zachwyty nad piękną kiecką. Ale kolejne kontakty pozwalają mi przyjrzeć się temu bliżej. I likierowo-olejkowy migdał daje po nosie a obraz zasnuwa bursztynowa, cukrowa żywica. Klimat bardzo z Heliotrope Etro. Ale jest i nieco białego kremu - z tortu weselnego oczywiście - oraz drewniany stół ubabrany w miodzie. Przeszkadza mi wyraźny syntetyzm - to te flagowe konserwanty z puszki po wysokosłodzonym mleku. Jakby mleko zostało zainfekowane metalem i jakimiś przetrwalnikami.  W dodatku nasza panna młoda solidnie upudrowała (dziecięcą zasypką!) wyeksponowany dekolt.

 Ble.

Nuty: dzięgiel, nuty migdałowe, absolut wanilii, benzoin, drzewo gwajakowe, białe piżmo

czwartek, 26 listopada 2009
Art of Perfuming Thierry

Art of Perfuming to szyld pod jakim ukazała się w ubiegłym roku seria kosmetyków pielęgnacyjnych uzupełniających rytuał perfumowania się wodą perfumowaną Angel. Stanowi ulepszoną baterię mazideł w porównaniu z poprzednią - z dużym powodzeniem sprzedawaną od lat. Tym razem poszczególne elementy pachną jeszcze intensywniej za sprawą technologii określoną mianem Intense Diffuse System (IDS). Tak więc z założenia, niezależnie od tekstury i stanu skupienia kosmetyku, zachowuje on na skórze trwałość równą EDP.

 Jako groupie nie mogłam nie spróbować.

Angel

Wybierać można spośród żelu pod prysznic, mleczka do ciała, kremu do ciała, peelingu, olejku, dezodorantu w spray'u i  w kulce, kremu do rąk, żelu z brokatem oraz mgiełki do włosów. Udało mi się mieć na warsztacie zdecydowaną większość z nich.

 Producent proponuje cztery ścieżki jakimi w związku z nimi można podążać.

1. Infuse Yourself With Angel (Natchnij się Angel) - kąpiel z żelem i peelingiem

2. Dress Yourself With Angel (Ubierz się w Angel) - namaszczanie mleczkiem, balsamem i olejkiem

3. Adorn Yourself With Angel (Upiększ się Angel) - aplikacja kremu do rąk, perfum do włosów i dezodorantu

4. Exhilarate yourself with Angel’s Eau de Parfum (Ożyw się Angel EDP) - dawka wody perfumowanej

 Aż boję się jaką moc rażenia miałoby zastosowanie wszystkiego jednocześnie ;)

Angel żelAngel peelingAngel lotion

Angel krem do ciałaAngel krem do rąkAngel dezodorant

 

 

 

 

 

 Niedawno udało mi się wejść w posiadanie pudła miniatur z imponującym kompletem bajerów z linii pielęgnacyjnej. Tak więc pokuszę się o kilka słów od siebie. Jeśli chodzi o główny walor - to jest zapach -  to sprawa ma się następująco. Oczywiście bez problemu można poznać, że to Anioł, ale wszystkie kosmetyki z serii uzupełniające są chyba tak pomyślane, że nie pachną identycznie kropka w kropkę jak EDP. W każdym z mazideł zwraca się uwagę na nieco inny aspekt tego kultowego, błękitnego płynu. Moim ulubieńcem jest perfumowana mgiełka do włosów ( nawiasem mówiąc kosmetyk tak burżujski, że do jego używania za boga nie przyznaję się osobnikom niezrzeszonym z perfumoholizmem). Ma najbardziej jadalniany zapach spośród wszystkich gadżetów z Art of Perfuming - to mariaż pralinek, czekolady, toffi, wanilia i tylko troszeńkę paczuli. Dość dobrze i na długo wczepia się w czuprynę a rewelacyjnym patentem jest psik na kark, pasma włosów przy twarzy oraz wykonanie manewru pochylenia i wysprejowania całej powierzchni włosów jak lakierem podczas tapirowania przed wyjściem na rock'n'rollową imprezę. Genialny i wyjątkowo mocno pachnący jest krem do rąk. Rozpromienia rytuał kremowania dłoni i dodaje mistycznego poczucia jakbyśmy właśnie otrzymały magiczną moc w dłoniach. Eksponuje się tutaj minimalnie ziołowe dodatki w Angel. Peeling to taka tam zabawka ujawniająca aromat mleka i paczulowej pasty do zębów i nie ściera jakoś specjalnie imponująco. Żel pod prysznic z kolei zostawia na skórze aromat lasu iglastego ciemną nocą i nieco atmosfery cykora. Bardzo lubię też balsam i krem do ciała. Różnią się nieco konsystencją (krem jest gęstszy i zostawia film, podczas gdy balsam lepiej się wchłania) i stanowią super utrwalającą bazę pod EDP. Kompletnym niewypałem jest z kolei aromat olejku do ciała. Zajeżdża plastikowym kompletem wypoczynkowym, na którego ktoś puścił pawia z powodu przejedzenia czekoladą. Sorry. W porównaniu ze starszą edycją żelu pod prysznic, kremu do rąk i balsamu moim zdaniem zmiana wyszła na duży plus. Zrezygnowano między innymi z szamponu i odżywki do włosów - i to również dobrze, bo nie były to pożyteczne kosmetyki.

 Żałuję że nie wypaliło moje zamówienie dezodorantu - może Mikołaj przejmie tą kwestię. Generalnie rzecz biorąc polecam szczególnie mgiełkę do włosów, krem i balsam do ciała oraz krem do rąk.

niedziela, 22 listopada 2009
O dogonionym króliczku

W ślinotokowej wzmiance wspomniałam o pobożnym życzeniu upolowania króliczka, ale chyba tak naprawdę nie liczyłam że się uda. Jednak pomocna koleżanka i Ebay są w stanie zdziałać cuda - zapamiętajcie moje słowa.

króliczek

Angel Liqueur de Parfum, Thierry Mugler

 Zakładałam, że to będzie vintage i do bólu szlachetny second hand. Inną, mniej optymistyczną hipotezą było to, że ostatecznym rezultatem będzie ulepny, alkoholizowany soczek. W końcu okazuje się, że mamy tu raczej wyrachowane alter ego o bardziej modernistycznym charakterku od powstałego 17 lat temu pierwowzoru. Sztandarowych nut głowy - lotnych i żywych, wywołujących natychmiastową reakcję - tutaj nie uświadczymy. Nie ma żadnej przystawki zaostrzającej apetyt na więcej, tylko od razu hasło "stoliczku nakryj się". Już samo otwarcie jest gęste i miodowo - karmelowe, mogące z powodzeniem uchodzić za klasyczną bazę.  Nie pozostaje więc nic innego jak od razu przystąpić do deseru popitego odpowiednim trunkiem. Szkieletem kompozycji jest legendarny, flagowy dla Angel psychoanalityczny akord. Odwołujący się do dziecięcych przyjemności zajadania się toffi, watą cukrową, czekoladą i takimi tam. Doskonale znajomy i nie do pomylenia z niczym innym - bo wbrew pozorom niejadalny. To tylko urywek marzeń sennych wykradzionych z fazy REM. Rozbudowano go przede wszystkim o scukrzony, paczulowy kurz, drewno wiśniowe i niełatwy do zidentyfikowania, diablo słodki alkohol - który jak podejrzewam zdecydowanie przyjemniej jest wąchać niż wypić. Czuć, że ten przyjemniaczek dojrzewał w piwnicy, nie niepokojony zbędnym światłem i hałasem. Intrygujący z niego odludek. Łatwiej jest mi o nim myśleć jako o współczesnym oriencie wyprodukowanym w nowatorski sposób i odwołującym się do kiełkującej od jakiegoś czasu modzie na akordy wytrawnych alkoholi w perfumach.

Gęstość i koncentracja zapachu jest wprost imponująca. Podejrzewam, że blisko mu do ekstraktu czystych perfum. Nawet konsystencja płynu jest zastanawiająca - antystatyczna i wygładzająca potraktowaną nim skórę.

Ciężko tutaj uniknąć porównań z klasykiem. Z drugiej strony niełatwo ocenić obie kompozycje na zasadzie punktowej wszystkich "za" i "przeciw". Pomysł jest ciekawy - to się chwali. Realizacja też bez zarzutu. Skąd jednak ten niedosyt? Czy próby ulepszenia ideału zawsze muszą się tak kończyć? To już nie jest ten sam płonący ogniem lodowy sztylet kładący wąchających na kozetkę. Tu nie ma walki, ambiwalencji uczuć, to nie są już perfumy, o których refrenicznie powtarza się "kochać lub nienawidzieć". To inna jakość. Nie zrozumcie mnie źle - Angel Liqueur de Parfum jest wyśmienity i - posługując się niewybrednym sformułowaniem - myślę, że wart swojej ceny. Truizmem jest powiedzenie, że inny nie zawsze znaczy gorszy. Ale cóż... Inny od Angel zawsze będzie gorszy.

piątek, 20 listopada 2009
Angel Endżi

To tak na szybko. Bo muszę ochłonąć. Podczas następnej doby (z dłuuugą nocą) nastąpi hedonistyczna kontemplacja.

 Jest rewelacyjnie. Szczerze mówiąc o wiele lepiej niż przypuszczałam. Pewien rewersik.

Angel Liqueur de Parfum, Thierry Mugler 

I druga anielska rzecz, którą się bezwstydnie chwalę. Prezent od Wyjątkowej Osoby - bardzo dziękuję :)

Angel pendant

środa, 18 listopada 2009
Próbkowanie: Vanitas, Greyland i Wild Hunt

Vanitas, Profumum

Vanitas, Profumum Vanitas jest słodkie - i tu już na wejściu ma fory. Kolejnym aspektem, którym sobie zaplusuje jest to, że wymaga kontemplacji - to słodki dziwoląg. Mniej więcej jak waniliowy meteor o skumulowanym ładunku energetycznym, obracający się wokół własnej osi, okręcony wysuszonymi gałązkami mirry i wlokący za sobą ogon z dymu drewna sandałowego i dusznego kwiatu pomarańczy. Co chwilę na jego powierzchni wybuchają wulkany uwalniające erupcję gęstego i kosmicznie cukierkowego ... Pink Sugar Aquoliny. Malinowego karmelka wytarzanego w różowej wacie cukrowej pozbieranej z całej galaktyki. Żeby było zabawniej przewiązano to kawałkiem bandaża i zawiązano na kokardkę. A baza pojawiająca się po paru godzinach pachnie jak Amorito Body Shopu. Czyli kakaowo-alkoholowy cukierek kukułka.

Nuty: wanilia, mirra, kwiat pomarańczy, drewno sandałowe

 

Greyland, MontaleGreyland, Montale

Hm, czyżby pierwszy przeze mnie testowany cokolwiek warty Montale? Wyjątkowo szlachetne, spójne i zgodne nuty drzewne pozwalają wierzyć, że to może mieć sens. Nieco klimatu z działu z drewnianymi meblami Ikei, szczypta pieprzu i garstka ducha eko ma w sobie coś kojącego, przynoszącego spokój i poczucia stabilizacji i zadomowienia. Na pewno jednak jest to w moim odczuciu zapach wyzuty z naznaczenia płciowością, bycia ludzkim i mającego jakiś żywy, oddychający akcent. Nawet róża spoczywa samotna i pojedyncza w szklanym, przezroczystym wazonie, który nie został napełniony wodą. Osoba, która zdecydowałaby się na noszenie tych perfum zapewne nie ma w sobie poczucia potrzeby udowadniania czegokolwiek. Jego osobowość ujawnia się gdzie indziej niż w ascetycznym zapachu.

Nuty: cedr, drewno tekowe, drzewo sandałowe z Mysore, pieprz ze Sri Lanki, elemi, kardamon, piżmo, róża skalna, benzoin

 

Wild Hunt, CB I Hate Perfume

Wild Hunt, CB I Hate Perfume Wild Hunt ma w sobie wszystko to, co niezmiennie kojarzę z zapachami CB I Hate Perfume. Są w 100% roślinne, na dziki, abnegacki i niepokjący sposób. To naręcza chwastów utrzymanych w rozbudowanej kolorystyce zieleni a ich korzenie, łodygi i liście są doszczętnie zdrewniałe. Nawet jeśli niewielkiej postury. Wild Hunt to gonitwa wśród gigantycznych liści łopianu i potykanie się o przerośnięte rzodkiewki i wiekowe, rozłożyste kapelusze grzybów. Nikt tutaj nikogo nie upolował i nie doszło do rozlewu krwi. Nikt nawet nie ucierpiał siniakiem.

Nuty: rozdarte liście, miażdżone gałązki, soki roślinne, mech, balsam Fir, grzyby

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20