poniedziałek, 03 maja 2010
słodkie słówka

"Mimo woli musiał się uśmiechnąć, gdyż zapach był tak słodki i przyjemny, jak zapach kogoś, kogo się kocha, w momencie kiedy słyszy się od niego pochwały i miłe słówka, a wcale się nie wie, o co chodzi, czy nawet nie chce się wiedzieć, gdyż jest się szczęśliwym, że to ta właśnie osoba mówi.1"

1. Kafka Franz. Zamek

środa, 28 kwietnia 2010
Lolita nie Nabokova

 Lolita Lempicka (The First Fragrance), Lolita Lempicka

 Aby tylko symbolicznie wspomnieć jak bardzo skomplikowaną relację mam z tym zapachem, chciałabym nadmienić, że w mojej perfumoholicznej karierze przewinęło się u mnie dokładnie 6 fioletowych jabłuszek w różnych pojemnościach. W przypadku każdego (za wyjątkiem tego właśnie posiadanego) decydowałam o wystawieniu go za drzwi po zużyciu około 1 mililtra zawartości. A po paru miesiącach tęskniłam tak bardzo, że zdobywałam znowu. A potem się pozbywałam. I tak w kółko.

Lolita Lempicka

  Pod wpływem tego zapachu unoszącego się w pobliskiej atmosferze mój organizm dolegliwie się buntował, zsyłając na mnie migrenę, która powaliłaby słonia. Lolitę widziałam zupełnie inaczej niż dzisiaj. Swoją drogą to niezwykle ciekawe jak z biegiem czasu sposób postrzegania tego samego obiektu może się drastycznie zmienić.

 W lutym 2008 roku kiedy namiętnie bawiłam się w publikowanie recenzji na platformie Kosmetyku Wszech Czasów zanotowałam między innymi to:

 "Lolita jest dla mnie nieznośna. Syntetyczna, kapryśna, sztuczna i humorzasta jak umazana wiśniowym lizakiem dziesięciolatka, która piszczy i rzuca się ze złości na ziemię, próbując wymusić na matcę pozwolenie na buszowanie w jej kosmetykach do makijażu oraz szafie z >>dorosłymi<< ubraniami. Za każdym razem po zaaplikowaniu globalnym tego zapachu padam śnięta od masakrycznego bólu głowy - jak po wysokich tonach pisku i tupania nogami rozeźlonej dziewczynki - niedoszłej Lolitki.
Ten zapach jest właśnie taki. Dziewczynkowaty i na swój sposób uroczy, ale aspirujący do czegoś, czym w istocie nie jest. Nie nazwałabym go kobiecym i seksownym w swojej słodyczy.

Przede wszystkim czuję jego sztuczność, duszącą syntetyczność lakieru samochodowego, cierpką do obrzydliwości wiśnię oraz gorzki anyżek i bluszcz, które usiłowano naprędce ugłaskać wanilią i lukrem. Dla mnie wybitnie odpychająca mieszanka."

  Czytam te zdania z pewnym sentymentalnym, intymnym rozżewnieniem :) Był to bowiem moment połykania przeze mnie haczyka totalnego wkrętu w analityczne podejście do perfum.

 W każdym razie jakieś dwie minuty po publikacji recenzji dostałam maila z systemu prywatnych wiadomości od dobrej koleżanki. W treści miał tylko tyle - "W końcu ktoś napisał o Lolicie całą prawdę ;) ". Fakt, w obliczu fali ogromnej popularności (Lolita EDP, tzw First Fragrance od momentu premiery w 1997 roku nie wypada z rankingu bestsellerów francuskiej Sephory, a kilka tygodni temu otrzymała od polskiej witryny wizaz.pl statuetkę dla najwyżej ocenianych przez recenzentki perfum) moja pisanina zabrzmiała nie inaczej niż jak złośliwa herezja.

 To nie jest łatwy zapach.

  Najbardziej intryguje i zachęca do kontemplacji akord jadowitego migdału oraz polukrowanego emalią do samochodowej karoserii anyżu o wiśniowym posmaku. Fakt zwrócenia uwagi na ten pierwszy przez Alixanę - wywołał nawet wybuch iście ognistego skandalu w światku perfumeryjnych hobbystów koncentrujących się w sieci. Świetna recenzentka trafiła w dziesiątkę pisząc o toksycznym, żrącym błony śluzowe charakterku gorzkiego migdału, mającego analogiczne właściwości jak kwas pruski (Cyklon B). Generalnie rzecz biorąc jedna z moich dwóch ulubionych Dub Smalonych została ofukana przez gawiedź pod zarzutem przemycania antysemickich teorii w recenzji wody perfumowanej Lolity Lempickiej. Humor z zeszytów szkolnych niemalże ;) Aczkolwiek stanowiący łakomy, tłuściutki kąsek dla socjologa.

  Ta Lolita kompletnie nie kojarzy mi się z zapachem, który czułabym na nieszczęśliwej, okrutnie skrzywdzonej głównej bohaterce powieści Nabokova. Nieletnim, ślicznym popaprańcu emocjonalnym, który wpada w pułapkę własnych wyobrażeń o szczęściu i miłości. To awangardowy słodziak, który niespecjalnie kusi, aby go polizać. Jego toksyczność wyczuwalna jest na odległość dwóch metrów. Opar wspomnianego, niezwykle kontrowersyjnego gorzkiego migdału, połączony z jadowicie zielonym płynem ustrojowym trującego bluszczu, ostrzegawczo błyska spod wiśniowo-pralinkowej warstewki przybranej nieśmiałymi fiołkami o metalicznym wydźwięku. Skojarzenia z magią, iskrzącym pyłkiem ze skrzydełek wróżki pojawiają się same - nawet bez dodatkowych wzmocnień bodźcowych w postaci sugerowania się bajeczną reklamą.

 Ciekawe ile czasu wytrzymamy ze sobą tym razem. Póki co nic mnie przez nią nie boli ;)

Nuty zapachowe: mahoń, ananas, fiołek, bluszcz, anyż, cytryna, amarylis, jaśmin, wetiwer, konwalia, lukrecja, fasola Tonka, migdał, wanilia, heliotrop, piżmo, tytoń, pralinki

piątek, 09 kwietnia 2010
Rąbek tajemnicy

Regularny rytm publikowania kolejnych notek leży na łopatkach i żałośnie kwiczy. To jednak nie do końca tak, że mnie po prostu nie ma. Rozwiązanie jest bardziej skomplikowane i tajemnicze ;)

psst! Chciałabym jednak zapowiedzieć, że jestem w trakcie przygotowywanie czegoś ekstra. Długo zastanawiałam się czy skusić się na publikację całości lub fragmentów na blogu - i chociaż decyzja w dalszym ciągu nie została podjęta ze stuprocentowym przekonaniem - to myślę, że jednak za kilka tygodni będzie można przeczytać tu coś dużego. Bardzo dużego. W co włożyłam kawał serducha, lata myśli i długie godziny researchu, szperania, kompletowania, notowania, rozpisywania i składania.

 To będzie coś. Z czego już nawet na aktualnym etapie jestem diablo dumna :)

 Szczegóły w swoim czasie ;)

sobota, 27 marca 2010
Z cyklu "czy wiesz, że...?". Feromony

 Szanujący się perfumoholik buszujący po sieci ma na ogół szerokie spektrum poszukiwań, wrodzoną ciekawość, szacunek dla odmiennych gustów oraz poczucia estetyki. Tak to mniej więcej wygląda u większości.

 Jest jednak kilka tematów tabu, których lepiej na forach nie poruszać - w przeciwnym razie istnieje spore ryzyko narażenia się na śmieszność i zebranie efektów zbiorowego pobłażania. Jeśli pokusić się o drobną personifikację to persona non grata są między innymi obok mniej lub bardziej zakamuflowanych podrób perfum wszelkiej maści, syntetyczne mieszaniny szumnie chrzczone mianem feromonów. Zarówno pierwsze jak i drugie to mydlenie oczu skandalicznie rozdmuchaną iluzją.

 Dzisiaj będzie trochę o tych drugich.

Wicked Game

 Czym tak naprawdę są feromony?1)  Słowo to w wolnym tłumaczeniu oznacza chwytliwe - roznosiciel podniecenia i zostało użyte po raz pierwszy w latach 50. XX wieku. W kulturowo - modowy nurt wstrzeliły się jednak dopiero 30 lat później, towarzysząc popkulturowemu boomowi na fitness, ekologię, zwrot ku naturze, holistyzm oraz ruch New Age. Z założenia to bezzapachowe substancje przenoszące sygnał o atrakcyjności fizyczno-prokreacyjnej oraz gotowości seksualnej. Fenomen sprzedaży feromonów jest o tyle frapujący, że strzelającym w górę słupkom sprzedaży nie towarzyszy jednocześnie  niepodważalny dowód naukowców o rzeczywistych podstawach do dania wiary sprzedawcom magicznych eliksirów. Liczne badania nie wykazały bez żadnych wątpliwości, że w rzeczywistości ludzki organizm rzeczywiście produkuje feromony, ani tego że posiadamy chociażby narząd do odczytywania i identyfikacji ich. Reklamy producentów przepełnione są jednak entuzjazmem.

Date-mate wysyłają sygnały o gotowości seksualnej, przyciągając osobnika płci przeciwnej. Gdy masz na sobie feromony Date-mate, kobieta nie przejdzie obok ciebie bez reakcji. W jej oczach natychmiast staniesz się o wiele bardziej atrakcyjny. (...) Feromony działają na żeńskie gruczoły, nasilając doznania erotyczne. Rozbudzają w niej apetyt na seks w ten sam sposób, w jaki zapach jedzenia rozbudza uczucie głodu. (...) Będzie odczuwać wewnętrzną nawiązania z tobą kontaktu, sama nie wiedząc właściwie dlaczego. (...) Kobiety BĘDĄ zwracały na ciebie większą uwagę. A wszystko to będzie się działo nieświadomie, ponieważ Date-mate jest bezbarwny i nie posiada dodatkowych zapachów. 2)

  Dlaczego moim zdaniem pomysł ten odniósł sukces i trafił do odbiorcy? Doszło tu do złożenia konsumentowi obietnicy kontrolowania zachowań otoczenia w ten sposób, że samo pozostaje tego faktu nieświadome. Kupując magiczny flakonik człowiek automatycznie wchodzi w posiadanie skutecznego narzędzia manipulowania innymi - i to w dodatku w jednej z najbardziej newraligicznych sfer praktyk codzienności czyli sfery prywatnej - seksualności, atrakcyjności i działań w sferze obrony ego. Tradycyjne metody wabienia partnerów seksualnych (ekspozycja atrakcyjnego ciała, kuszący makijaż, sugestywne zachowanie), które są łatwe do dekodowania i używane przez wszystkich, zostają wyparte przez proste, niewidzialne i bezwonne narzędzie - którego działanie pozostaje poza świadomością tego, który jest obiektem manipulacji. A ponadto można je bez trudu kupić. Feromony obiecują kontrolowanie przebiegu interakcji, w sposób nie zdradzający naszych intencji. Ta moda to przejaw wpisywania się w kulturowy trend opisywany szerzej w ramach pojęć kultury instant, kultury natychmiastowości lub kultury jednominutowej.

YSL

 Istotą samej kultury możnaby zamknąć w odraczaniu gratyfikacji, ujarzmianiu pragnień i potrzeb, tworzeniu sciśle zrytualizowanych modeli ich zaspokajania czy wyznaczaniu norm i ograniczeń ich zaspokajania. Tymczasem kultura instant proponuje spełnienie każdej dowolnej, nawet nieprawdopodobnej zachcianki, oraz - co ważne - spełnienie jej praktycznie natychmiast i od ręki. Feromony to prosta droga na skróty - analogiczna do zaspokojenia głodu fast foodem, umożliwienia bycia inną osobą w innym miejscu za pomocą internetu czy rozerwania się i odpoczynku w centrach handlowych. Zamiast zaangażowania w długotrwałe, skomplikowane rytuały gier interakcyjnych w staraniu się o względy upatrzonego partnera oraz cierpliwe inwestowanie we własną atrakcyjność fizyczną, jako zamiennik proponuje się nam zakup flakonika z czarodziejską zawartością. Feromony mają znacznie obniżyć wszystkie koszty - emocjonalne, kulturalne, czasowe, finansowe... - ponoszone przez wszystkich tych, którzy starają się o partnera, przy jednoczesnej eliminacji niepożądanej konkurencji w postaci tych nie stosujących magicznego płynu. Efektem tej seksualnej ekonomii jest obniżenie wartości pozyskanego związku, ze względu na jego powtarzalność. Ponadto człowiek analizowany jest tutaj w kategoriach tylko przedmiotowych - na początku jako obiekt do zmanipulowania, a w końcu jako obiekt seksualny. To co najwazniejsze to sam ułatwiony proces zdobycia partnera za pomocą feromonów - dający poczucie absolutnej i pozbawionej ujemnych kosztów władzy nad innymi ludźmi. Istotne jest w moim odczuciu również to, że problemy społeczne i te wynikające z naturalnych nierówności zostają tu sprowadzone do poziomu łatwej do uniknięcia, drobnej, technicznej niedogodności. Dochodzi tu ponadto do traktowania jednostki w sposób kompletnie pozakulturowy, wyjałowiony i czysto biologiczny. Nacisk kładziony jest na przypomnienie o tym, że jesteśmy przede wszystkim stąpającymi na dwóch nogach zwierzętami, których ciała rządzą się własnymi prawami, wbrew naszej woli. Mimo zaakcentowaniu biologii cielesności i fizjologii , którym ciało podlega w sposób nieubłagalny, proponuje się w tym miejscu jego kontrolę za pomocą zaawansowanych technologii.

Cameron Diaz 

 Pozostaje jeszcze jedna drobna kwestia. Skąd biorą się buchające entuzjazmem opinie rzekomych użytkujących feromony rozsiane po internecie? Usytuowane przede wszystkim na stronach internetowych sprzedających wiadomy towar. Zakładając bardzo optymistyczny scenariusz, iż te choćby kilka procent z całości naprawdę zostało napisane przez rzeczywistych zadowolonych kupujących zdiagnozowałabym tutaj ewidentny efekt placebo. Już sama świadomość tego, że mamy na sobie cudowny wynalazek gwarantujący sukces w upolowaniu ofiary połączony z autentycznym przeświadczeniem o jego bezapelacyjnej skuteczności bez wątpienia wpływa poczucie pewności siebie i wysyłanie otoczeniu odpowiednich sygnałów. Jako ciekawski dzieciak i zwolennik empirii oczywiście z ogromną chęcią przetestowałabym działanie tego bezwonnego pachnidełka - ale kiedy odnotowałam, że jednomilitrowa próbka w sklepie internetowym kosztuje około 30 złotych plus koszty przesyłki, od razu postanowiłam, że nie będę nabijać kabzy osobom, które moim zdaniem na to nie zasłużyły.

 I być może nie dowiem się czy jakaś inna substancja quasi-zapachowa ma większą moc przyciągania niż Angel Muglera... ;)

______

1)  Krajewski M. Kultury Kultury popularnej. Poznań 2003. s. 276 - 280

2) cytat za publikacją elektroniczną: feromony.onet.pl

niedziela, 28 lutego 2010
Nie wytrzeszczaj oczu

Według Erazma postawa, zachowanie, gesty, ubiór, wyraz twarzy są wyrazem tego, co tkwi w człowieku, co wyraża jego istotę. 'Nie wytrzeszczaj oczu!' - radzi - bo oczy wytrzeszczone są oznaką głupoty, tępo wpatrzone - gnuśności, nazbyt ostre spojrzenie mają ludzie skłonni do gniewu, spojrzenie nazbyt żywe cechuje ludzi bezwstydnych. Najlepiej 'mieć spojrzenie wyrażające spokój ducha i pełną respektu uprzejmość'. Oczy są siedzibą duszy! Problem oczu ma też inne, głębsze znaczenie. Zmiana obyczajów, której sprzyja Erazm, jest związana z ewolucją źródeł przyjemności. Ważne stają się rzeczy, które cieszą oczy. Jak pisze Elias, 'w procesie cywilizacji ulega ograniczeniu, jako gest zwierzęcy, posługiwanie się zmysłem powonienia, skłonność do wąchania potraw czy wydzielin ciała'. To oko staje się instrumentem pośredniczącym w doznawaniu przyjemności.

Środa Magdalena. Paskudztwo zadepcz nogą, "Wysokie Obcasy" 2010 nr 8 (561), s. 34

 

Przejawy ostentacyjnego perfumoholizmu jako wyraz opozycji w stosunku do kultury wizualnej. Uwalnianie obrazów z niewoli patrzenia (Piotr Wołyński). Socjologia codzienności. Etykieta i naruszanie przestrzeni osobistej. Ekspresja i autoekspresja. Myśli do rozwinięcia.

sobota, 27 lutego 2010
Piernik od tego, co to nienawidzi perfum

 Gingerbread, CB I Hate Perfume

Piernik to wyjątkowo wdzięczny perfumeryjnie temat. Nawet jeśli kreator na codzień opędza się i przeżegnuje znakiem krzyża na samą myśl o słowie "cukiernia", "ulep" czy "słodziak", to do wigilijnego piernika słabość po prostu trzeba mieć. Bo to bardzo ludzki odruch. Przykładem niech nam tutaj poświeci Christopher Brosius wypowiadający się na temat swojego Gingerbread.

"This warm spicy blend has long been one of my favorite winter scents- so much in fact that I've begun to do a special limited edition of"Gingerbread" for the holidays. CB "Gingerbread" isn't a literal interpretation of exactly how baking gingerbread smells - instead I've blended all the flavors and spices that go into this wonderful dessert.I've combined Chinese Ginger Root, Indian Nutmeg, Cinnamon Bark from Sri Lanka with a subtle warm smoky vanilla-like base (but not too sweet) made with Tahitian Vanilla Absolute. Just a touch on pulse points or behind the ears wraps you in a warm rich cloud. What could be cheerier on a dreary winter day? Or nicer for those who hug you at the holidays...?"

Gingerbread CB I Hate Perfume  Z góry anonsuję, że z uwagi na cukiernicze upodobania miałam na warsztacie już kilka pierniczków. Mojego absolutnego faworyta w tej kategorii - to jest Un Crime Exotique Parfumerie Generale - Gingerbread absolutnie nie pobiło, to zaskoczenie jest pozytywne. Bo spodziewałam się czegoś paskudnego i no cóż, bardziej w stylu CB I Hate Perfume. Czyli chwastowiska, mokradeł i butwienia. Mam jeszcze w zanadrzu parę próbek zapachów tej marki, ale nawet nie mam motywacji do otwarcia korka. A ten pierniczek jest jak najbardziej warty zakupu i noszenia z pełnym przekonaniem.

 Coś, co odróżnia go od jemu podobnych tworów (wspomnianego Un Crime Exotique, Belle de Minuit, czy L de Piernik) jest stopień zawilgocenia. Do tego ciacha wmieszano sporo wody mineralnej, a sam zaczyn jest bardziej chlebowy niż cukierniczy. Zgrabnie czmycha przed wsunięciem go do szuflady ze smakowitymi ulepami. Christopher Brosius nie wyzbył się również swojej fascynacji zabrudzeniami zapachu komponentami organicznymi - trochę zgrzytającego między zębami plażowego piachu musi być. Na szczególną uwagę zasługują przyprawy. Wyraźnie wyczuwalne są praktycznie wszystkie przyprawy ze składu. Prezentują się najlepiej po odparowaniu nadmiaru wody z nut głowy.

 Nie do końca słodziak. Nie do końca orientalny przyprawowiec. Ale wart przetestowania podczas drogi poszukiwań piernika idealnego. A nuż ktoś lubi chlebowe pierniczki ;)

Nuty: chiński suszony imbir, indonezyjski świeży imbir, gałka muszkatołowa, cynamon, benzoin, absolut tahitańskiej wanilii 

Tagi: wanilia
22:46, daigee
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 25 lutego 2010
Lawenda, migdały i żmijowata, bezczelna zmysłowość

Fourreau Noir, Serge Lutens

Czyli "Czarna Powłoka". Dla obrzydliwie bogatych szaleńców dostępna jest totalnie urocza limitowana buteleczka zdobiona rozgwieżdżonym niebem i wpatrzonym w nie koteczka - za marne 850 euro za 75 mililitrów.

1 Dawno jakiś zapach tak mnie nie zauroczył. Ostatnim takim momentem przed okresem węchowego zblazowania było opętańcze wwąchiwanie się upolowaną próbeczkę A*Men Pure Malt. I kiedy na własny użytek przywołałam sobie tą impresję (dobieranie się do fiolki podczas realizowania biurokratycznych procedur bankowych i nieodklejanie nadgarstka od nosa przez całą drogę do domu) zaskoczyła mi klapka, że perfumy te są zaskakująco do siebie podobne. Bawełniana lawenda, likier czereśniowy i dębowa beczka w lukrze. Chociaż pierwsze sekundy wąchania przywiały mi strzępki wspomnień z lawendowo-kawowo-paczulowego New Haarlem Bond no.9. A następne podsuwały natrętne myśli o palonym szpitalnym prześcieradle w Night Aoud M.Micallef.

Lawenda jest tutaj super - zmierzająca w zupełnie innym kierunku niż mistyczne Gris Clair tej samej marki. Dymna firanka przegryza się z niemal cukieraskową, flagową dla Lutensa syropową, gęstą słodyczą. Połyskuje satynowym fioletem i iskrzy srebrzystym, księżycowym pyłem. Migdał jest jadowity, wyraźnie toksyczny i palący oczy - jak jedno z obliczy tego orzeszka migających w Louve. Wyłaniając się zza lawendowej kurtyny syczy jak rozdrażniona żmija. Ale i tak mimo wszystko wyzwala chęć pogłaskania jej i niewerbalnego okazania zachwytu, jaki w nas wyzwoliła.

Nuty: lawenda, fasola tonka, piżmo, migdał

środa, 24 lutego 2010
Comme des Garçons i Monocle w Libanie

Laurel, Monocle and Comme des Garçons Scent Two

 Laurel to po Hinoki kolejne dziecko kooperacji Monocle oraz Comme des Garçons. CdG jak to CdG. Wszystkie ich zapachy mają wspólny już nawet nie tylko mianownik, ale i kreskę ułamkową i trzy czwarte licznika. W kolejnych, powstających w przeciągu ostatnich dwóch lat kompozycjach zmieniają się tylko niuanse. Najprawdopodobniej to wygodnictwo i pójście na łatwiznę produkcyjną a tym samym serwowanie konsumentowi coś, co już wielokrotnie się sprawdziło. Ale co jeśli konsumpcja nawet najfajniejszego kąska w końcu się przeje?

Laurel, Monocle & CdG

Potencjalną inspiracją był w tym wypadku Liban.  Wąchanie tego zapachu to szusowanie po doskonale znanej aldehydowo-metalicznej ślizgawce, potykanie się o pojedyncze wetiwerowe chwasty doprawione pieprzem i zaciąganie się mijanym w pędzie powietrza dymem kadzidła frankońskiego. Jedyną innowacją może być to, że tym razem łyżwiaż odziany jest w listek z drzewa laurowego. Z biegiem czasu zapach staje się bardziej suchy, surowy i dymny, ale przy tym troskliwie namaszczony naturalną oliwą. Pod koniec zapach wraca do aldehydowego punktu wyjścia i staje się świeży i wiosenny. Must niuch dla fanów marki. Reszta nie powinna paść na kolana.

Nuty: liść laurowy, pieprz, cedr, paczula, kadzidło, ambra (w tym wypadku obstawiam ambroxan)

piątek, 19 lutego 2010
Młoda Brigitte Bardot pachnąca truskawkami i popcornem

Wiosny. Wiosny łaknę. Na polu konsumpcji ujawnia się to między innymi w przepełnionych marzeniami zakupami koronkowej koszulki oraz chęci na umieszczenie w pachnącej szafie perfumeryjnie dzierlatkowego i słonecznego akcentu.

Wyraźnie poczułam, że potrzebuję Miss Dior Cherie EDP. Natychmiast!

No i właśnie mam. To już mój 4 flakon... ;) To świetne pachnidło. Uniwersalne, świetliste, pogodne i młodzieńcze - ale bez cytryny, ogórka czy ozonu uznawanych za synonimy wszystkich wymienionych cech. Bez grama banału płytkich ulepów i nijakich świeżuchów.

Miss Dior Cherie

Miss Dior Cherie

Wersja w zmienionym pudełku i minimalnie poprawionym flakonie została muśnięta reformulacją (oczywistą dla Diora i powtarzaną w przypadku każdej długoterminowej kompozycji co kilka lat). Czyli czymś, w przypadku czego każdy szanujący się perfumoholik już z urzędu czuje się zobowiązany do fukania z obrzydzeniem. Że to oszustwo, ulepszanie na gorsze i w ogóle fujowy zabieg. Ale tutaj chyba jednak to dobrze zrobiło całej kompozycji. Ujęto jej sporo paczuli, która w wersji starszej w połączeniu z akordem soku truskawkowego lubiła pachnieć jak świeżo nalane w kufel piwo. Wyczuwalne jest też dołożenie odrobiny bitej śmietany - świetnie komponującej się ze wspomnianymi owocami. Karmel, popcorn i listki truskawek raczej zostały na swoim miejscu.

 Reklama ma swój urok. Wyraźnie sygnalizuje, że targetem jest każda dziewczyna lubiąca klimat paryskich uliczek, oddawanie się słodkim uciechom w dobrej cukierni, podczytująca francuskiego Vogue'a i będąca fanką urody Brigitte Bardot (w tle piosenka Moi Je Joue BB) oraz reżyserii Sophii Coppoli (stała za kamerą podczas tworzenia spotu). Co prawda tej ostatniej już nie ufam po wizualnej fuszerce klipu I Just Don't Know What To Do With Myself White Stripes oraz nudnej jak flaki z olejem produkcji pod tytułem "Maria Antonina", ale całość jest dość nośna. Z łatwością jestem sobie w stanie wyobrazić, że zachęci młode kobiety do zakupu flakonu.

 

/UPDATE/

   Już po napisaniu notki poczułam niedosyt. Początkowo nie załapałam czego mi tutaj jeszcze brakuje, ale po chwili było jasne.  Zwróciłam uwagę na te perfumy już za sprawą pierwszego ataku marketingowców z 2005 roku - kiedy ich pomysł promocji był bardzo zbliżony, ale jednak z innym akcentem. Pierwszą twarzą zapachu była nie modelka (aktualnie jest nią Maryna Linchuk), ale debiutantka w środowisku młodego hollywood. Czyli towarzystwa nastoletnich balangowiczów, stawiających pierwsze kroki w branży rozrywkowej grając w kasowych filmidłach i często mających za sobą plecy w postaci sławnych rodziców. Twór young hollywood ma piękne ciało i buźkę, randkuje tylko z równie atrakcyjnymi jednostkami, obowiązkowo kocha rock & rolla - nawet jeśli nie za bardzo go rozumie, a jego ciuchy i lifestyle stanowią marzenie wszystkich czytelniczek Seventeen, CosmoGirl i Teen Vogue. Ambasadorką idei o Miss Dior Cherie jako perfumach dla młodych, pięknych i uwielbianych była Riley Keough - śliczne wnuczątko Elvisa Presleya.

 I wówczas wokół perfum była wytworzona otoczka słodkiego buntu. Błękitnych, obrysowanych dookoła czarną kredką oczu wyglądających zza rockowej burzy loków i obcisłej jeansowej kurteczki podkreślających pół-nastoletnią i pół-kobiecą figurę. Do tego szczypta legendarnego szyku w postaci podkreślania francuskości marki (odbijająca się w szybie wieża Eiflla, francuska piosenka w tle). I mamy wieloletni bestseller.

 Oto ewolucja flakonika od przytulanki rock&rolllowej dziewczynki do przegryzki nastolatki unoszącej się za pomocą garści balonów nad ulicami Paryża.

Miss Dior Cherie

Miss Dior Cherie

czwartek, 11 lutego 2010
Tłusty czwartek!

A więc notka okolicznościowa. Subtelne akordy jadalniane stanowiące w całej kompozycji błyszczący dodatek będą tu zbyt dyplomatyczne. Mowa o dosłowności i prawdziwym ciosie między oczy. Przez żołądek do serca!

Od dawna mam ochotę zamieścić mój do bólu subiektywny ranking cukierniczych kompozycji perfumeryjnych stanowiących Greatest Hits tej całej kategorii. Oczywiście zachowuję w tym miejscu minimum niezbędnej pokory i zaznaczam, że mowa tylko o tych, które dotychczas udało mi się namierzyć, stestować i skategoryzować. Konkurencja jest na tym poletku ostra, a natrafienie na prawdziwą truflę wśród pieczarek, to zadanie dla zdeterminowanych i cierpliwych. Będę jednak tak kochana, że podam Wam praktycznie na tacy NAJ w kilku kategoriach ;) Bez przydługich uzasadnień i komentarzy. Większość recenzji niżej wymienionych można wyszperać w archiwum.

pączki

 

CZEKOLADA

1. Pistachio Ganache, Payard

2. Musc Maori, Parfumerie Generale

3. Chocolovers, Aquolina

4. Serendipitous, Serendipity3

5. Dark Extacy, La Perla

6. Black Orchid EDP, Tom Ford

7. Amour de Cacao, Comptoir sud Pacifique

 

WANILIA

1. Un Bois Vanille, Lutens

2. Tobacco Vanille, Tom Ford Private Blend

 

 

KARMEL

1. L, Lolita Lempicka

2. Brown, Sephora

3. Mira Bai, Chopard

 

CUKIERKI, KANDYZOWANE OWOCE

1. Loukhoum, Keiko Mecheri

2. Oblique Rewind, Givenchy

3. Burned Sugar, Comme des Garcons

4. Apparition, Emanuel Ungaro

5. Delicious Cotton Candy, Gale Hayman

6. Santiago Huckleberry, Voluspa

 

CIASTECZKA

1. pc02, biehl.parfumkunstwerke

2. Un Crime Exotique, Parfumerie Generale

3. Dulcis in Fundo, Profumum

4. Note Vanille, M.Micallef

5. Teint de Neige, Lorenzo Villoresi

6. Organza Indecence, Givenchy

7. Chia, Farmazia SS. Annunziata dal 1561

8. Belle de Minuit, Nina Ricci

9. Ambre Narguille, Hermes

10. Let Them Eat Cake, Tokyo Milk Parfumerie Curiosite

11. Escada Collection, Escada

12. Cinnamon Bun, Demeter Fragrance Library

13. Brit Red, Burberry

 

MIGDAŁY I ORZESZKI

1. Heliotrope, Etro

2. Gloria, Cacharel

3. Coeur di Noisette, Sinfonia di Note

4. Bois Farine, L'artisan Parfumeur

 

BALONOWA GUMA DO ŻUCIA

1. D'Humeur a Rire, L'artisan Parfumeur

2. Encens et Bubblegum, Etat Libre d'Orange

 

MIÓD

1. Botrytis, Ginestet

 

NAPITEK

1. Angel Liqueur de Parfum, Thierry Mugler

2. A*Men Pure Malt, Thierry Mugler

3. 1270, Frapin

4. New Haarlem, Bond no.9

 

***

 Ale się zasłodziłam. Lecę zaparzyć zieloną herbatę.

Tymczasem proszę się przyznać ile kto wsunął pączków ;) Bo ja skromne 5 - ale bez znienawidzonego lukru ;D

poniedziałek, 08 lutego 2010
Wampirze jabłuszko Twilight - oraz proces o plagiat

 Każdy perfumoholik, który mniej więcej na bieżąco podczytuje wiadomości na temat zapachowych premier, rankingów i plotek na pewno musiał przy okazji natrafić na wzmiankę o konflikcie między marką Nina Ricci (czyli Puig-Prestige Division) a twórcami perfum Twilight (czyli Neca i TM & Summit Entertainment). Chodzi o kwestię dość popularną wśród dzieł literackich czy malarskich, ale precedensową jeśli chodzi o perfumy - czyli o plagiat. Poszło o czerwone jabłuszko ze srebrnymi listkami. Czyli kształt flakonu, który w mniejszym bądź większym pocie czoła wykombinowała dla swoich owocowo-pralinkowych perfum Nina marka Nina Ricci w 2006 roku, a który trzy lata później na swój użytek przechwycili kreatorzy Twilight jako jeden z gadżetów dla fanek przystojnego wampira Edwarda Cullena. Chociaż oczywiście nikt im na to zapożyczenie nie dał przyzwolenia. Cała partia Twilight EDP błyskawicznie zniknęła ze sklepów zaraz po jej premierze. Ciekawskim (takim jak ja) pozostaje polować na niedobitki pojawiające się na aukcjach internetowych.

 W każdym razie odpowiednie papiery zostały złożone w sądzie dokładnie rok temu - ale niestety nie doszukałam się jasnej informacji o tym, na czym ostatecznie stanęła sprawa (albo czy w dalszym ciągu się toczy). Jeśli ktoś wie, to proszę się podzielić wiedzą ;)

To jasne, że każda co bardziej zaangażowana fanka boskiego Roberta Pattinsona chciałaby pachnieć tak, żeby przy odrobinie szczęścia skusić kogo trzeba i zostać ugryzioną przez wampira. Najlepiej oczywiście bohatera masowych fantazji czyli Edwarda Cullena. Rozumiecie - to o to chodzi i do tego wszystko się sprowadza.

Podobieństwo obu jabłuszek na publikowanych zdjęciach było praktycznie niepodważalne. A ja, kiedy teraz mam możliwość naocznie porównać oba flakony, zdecydowanie potaknę. Ci od Twilight zrobili straszną głupotę. Czerwone owoce stanowiące opakowanie pachnącego płynu są wykonane właściwie jak z tego samego odlewu. Jednak na dostrzegalną niekorzyść wampirzego owocu, który wykonany jest z mniejszą starannością i dbałością o detale stworzenie równych krawędzi metalowych listków. Symboliczną różnicą jest tylko ciągnący się przez środek owocu napis "The Forbidden Fruit Tastes the Sweetest".

Twilight EDP

 Z ciekawości warto również ostatecznie powąchać ;)

Twilight EdP

 Teoretycznie to odbierający przytomność umysłu seksownemu wampirowi zapach lawendy i frezji. Zapach śmiertelniczki, w której zakochał się na zabój jednocześnie zaostrza mu apetyt a przebywanie w jej obecności przez długi czas stanowi okrutną torturę. Romansidło dla amerykańskich nastolatek - imho zgroza na resorach i zgrzytanie zębów ;)

 W książce pisze się o nim na przykład tak:

"Just because I'm resisting the win doesn't mean I can't appreciate the bouquet," he whispered. "You have a very floral smell, like lavender...or freesia," he noted. "It's mouthwatering." "Yeah, it's an off day when I don't get somebody telling me how edible I smell."

 

“It is you,” he murmured against my skin. He pulled away, and there were white flowers in his other hand. “Freesia,” he informed me as he pinned them into my curls. “Completely redundant, as far as fragrance is concerned, of course.” He leaned back, looking me over again. He smiled his heart-stopping smile. “You are absurdly beautiful.”

 Generalnie wampiry szaleją z głodu i pożądania.

Twilight EDP

 Potencjalne przerażone o stan szyj swoich nastoletnich pociech matki pragnę raczej uspokoić. Żadnej perwery i cieknącej strugami krwi tu nie ma. To naprawdę przyjemne i nawet w miarę oryginalne pachnidełko. Ciepłe i minimalnie dymne lawendowe kadzidło, popieląca się gałązka i lekko pieniące się, kwiatowe mydełko. Czysto i schludnie, ale przy jednoczesnym wykrzesaniu przez jakiś czas minimum intrygującego akcentu. Ale czy to satysfakcjonuje? No, niestety raczej niekoniecznie.

 Ale - jak już komisyjnie ustaliłyśmy z Liz, powołując się z resztą na czyjeś wcześniejsze stwierdzenie - wampiry to cioty. Osobiście wybrałabym jednak wilkołaka. W ludzkiej postaci są podobno atrakcyjnej muskularnej budowy, z wysoką temperaturą ciała (gorrrąco!) i lubią przemieszczać się na motocyklach. Tak więc jeśli ktoś zdecyduje się na stworzenia analogicznych perfum - tym razem dla tych, które chcą przeobrazić się w wabik dla wilkołaków, to myślę że nie odmówię przetestowania ;P Nawiasem mówiąc wilkołaki mają pachnieć piżmem i lasem. Fajnie? Faaajnie.

Nuty: frezja, lawenda

niedziela, 07 lutego 2010
Próbkowanie: Tubereuse Criminelle. Czyli o składniku który nigdy nie będzie uniseks

Tubereuse Criminelle, Serge Lutens

 Tuberoza to pefumeryjna krewniaczka jaśminu i kwiatu pomarańczy jeśli chodzi o wizerunek i preferencje. Słynąca z dusicielstwa i królowania na bankietowych salonach w stylu dworskiego modelu szlacheckiego. Niech jednak nie zmyli nas jej kreowana damulkowatość, spiętrzona peruka w kolorze platynowego blondu i ukryta pod wielowarstwową spódnicą krynolina. Ta pannica lubi perwersyjne zabawy w podduszanie. Gwałtowne odcinanie dopływu tlenu po to, by w sposób kontrolowany omdleć i stracić przytomność - czemu podobno towarzyszy niepowtarzalny dreszczyk przyjemności. Zabawa tylko dla sadystycznych koneserów. Jest to składnik na tyle intrygujący i jednocześnie mogący stworzyć łatwy do wpasowania w całość kompozycji lajtmotyw, że wiele firm perfumiarskich skusiło się na włączenie tuberozowca do asortymentu (żeby wymienić tylko Parfumerie Generale ze swoim Tubereuse Couture i L'artisan Parfumeur z Tubéreuse).

 A teraz o Tubereuse Criminelle - ad rem i konkretniej.

Tubereuse Criminelle Lutens Zdecydowanie dla miłośników gatunku. Właściwie nie ma tutaj nic zaskakującego. Tuberozowiec jak to tuberozowiec. Otwarcie buchające równie mocno jak baza, choć w minimalnie pozmienianych tonach. Początek daje po nosie kamforą i zielonymi listkami mięty, żeby chociaż symbolicznie otrzeźwić i złagodzić nadchodzący atak sensoryczny. Bo uczucie odpływania pod wpływem ciężkiego, charakterystycznego oparu białych kwiatów jest czymś nieuniknionym. Na twarzy czuć tylko delikatne głaskanie anielskim pierzem a potem jest cieeeeemność ;) Omdlewająca słodycz na kwietny sposób, posypana roślinnym pyłkiem i obślinionym przez pszczoły nektarem połączona z odrobinką wyczuwalnego tylko na skórze piżma. Tak to wygląda.

 Aż nie do wiary, że w dzisiejszych czasach są jeszcze kobiety, które z przekonaniem i uwielbieniem noszą tuberozę (nie uwierzyłabym gdybym sama z taką jedną nie mieszkała ;) ). Nie żeby był to jakiś poważny dla nich minus - nic z tych rzeczy. Po prostu sprowadza się to do tego, że zapach ten kojarzy się niezwykle zobowiązująco. Po pierwsze - to wyraźne nawiązanie do retro i ostentacyjne zignorowanie aktualnej wizji kwiatuszkowych nowości. Obawiam się, że żeby nosić tuberozę i się nie wygłupić należy spełnić parę podstawowych warunków. Po pierwsze być niezwykle piękną kobietą. Umówmy się co do jednej istotnej kwestii - tuberoza nawet wedle najbardziej liberalnych kryteriów nie jest uniseks. I nie jest też dla szarych myszek. Tylko dla tych babeczek, którym nie przeszkadza że ludzie lubią się na nie gapić. I wąchać już z odległości kilku metrów.

Nuty: tuberoza, kwiat pomarańczy, hiacynt, jaśmin, gałka muszkatołowa, goździk, styraks, piżmo, wanilia

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20