sobota, 08 grudnia 2012
Słowo wstępu o Yankee Candle

Parę kolejnych wpisów będzie nie mniej pachnących niż poprzednie. Będzie jednak o tyle intrygująco, że zmieni się między innymi stopień skupienia opisywanych i ocenianych woni... ;) Nieco stęskniłam się za pisaniną w moim blogowym kącie więc tym razem powracam z (jak podejrzewam) niespodziewanymi recenzjami.

Będzie dużo zdjęć, zapraszam do czytania i oglądania :)

Od dawna jestem fanką aromatyzowania nie tylko siebie (oraz każdej bliskiej jednostki, która się nawinie), ale i przestrzeni. Bawiłam się między innymi zestawem małego alchemika do produkcji perfum do pomieszczeń, ale najprostszym sposobem jest zainwestowanie w dobrą świecę zapachową. Mają one też inne, niezaprzeczalne plusy. Niewiele jest przecież równie fajnych, klimatycznych dobrodziejstw jak płomień świecy wieczorową porą. W przypadku produktów marki Yankee Candle, o których zaraz będzie mowa, wykorzystać można nawet szklane opakowania pozostałe po wypaleniu wosku. Tak ładnych słojów można szukać w Ikei (i również zapłacić za nie odpowiednią sumkę).

Dlaczego właśnie Yankee Candle? Sama byłam bardzo sceptyczna kiedy czytałam kolejne pochwalne peany pochwalne na ich temat. W końcu cóż tak wspaniałego może być w pachnącej świecy? Używałam tego rodzaju produktów Ikei czy Brise i uważałam, że są całkiem ok. Wszystko zmieniło się kiedy skorzystałam z atrakcyjnych promocji i kupiłam na próbę parę cudeniek. Od tego momentu zapach mojego otoczenia już nigdy nie był ten sam... ;)

Dzisiejszy wpis do drobna swego rodzaju zapowiedź, skromne know-how, wiedza, w którą warto się uzbroić przed zakupami. Nie jest tajemnicą, że produkty Yankee Candle do tanich nie należą. Jednakże ich wydajność i najwyższa jakość absolutnie to rekompensują. Przykładowo, jeden wosk do kominka (cena w granicach 4,50 zł - 6 zł) przy zastosowaniu się do opracowanych patentów wystarczy na 32 godziny palenia i uzyskania naprawdę mocnego zapachu.

Do wyboru mamy 4 kategorie zapachów: Fresh (Świeżaki), Fruit (Owoce), Floral (Kwiaty), Food&Spice (Jadalniaki) i Festive (Okazjonalne limitki wszelkiej maści). Akurat nie trudno domyśleć się, która jest moim faworytem ;) Na naklejkach na dużych pojemnościach świec znajdują się odpowiednie wskazówki. Na malutkich tartach do kominka już nie da się tego wcisnąć ;)

Na fotkach starałam się to uchwycić. Kolejno Christmas Eve (Festive), Orchard Pear (Fruit) oraz Vanilla Cupcake (Food&Spice).

Festive

Fruit

Food&Spice

W przypadku Yankee Candle jeśli chodzi o gadżety do palenia zasadniczo możemy wybierać między świecami w szklanych opakowaniach (będą to słoje oraz tzw tumblery o różnych pojemnościach) oraz woski. Poza nimi dostępne są jeszcze mini świeczki samplery na próbę oraz parę innych pachnących fantów - takie jak aromatyzatory do samochodu.

Zanim przejdę do wosków jeszcze słowo o słojach. Trzeba na nie uważać, bo niestety są dość kapryśne. Raz zapalona świeca powinna się palić przez parę godzin, ponieważ przedwcześnie zgaszona może nam utworzyć "tunel". A obiecuję Wam, że tego nie chcecie ;) Jeśli wosk nie rozpuści się do samych brzegów słoja, to będzie się spalać nierównomiernie i część wosku może się marnować. Oto mała demonstracja, mam nadzieję, że coś widać, aparat odmawiał współpracy. Proszę Państwa, oto tunel i nie-tunel (to jest wypalenie prawidłowe) ;)

tunel

nie-tunel

Jeśli szatański tunel już się utworzył, bez obaw, sytuacja jest do uratowania. Wystarczy szczelnie owinąć słój folią aluminiową i pozostawić u góry niewielki wylot. Tak właśnie "naprawiłam" słoik z Chocolate Layer Cake z powyższej fotki. Podobno warto też zainwestować w specjalną nakładkę (Illuma Lid) - planuję się o tym przekonać ;) Trzeba też regularnie przycinać knot, tak aby nie był dłuższy niż 5mm.

Kolejną formą zapachową są urocze tarty, woski zapachowe do palenia w specjalnym kominku. Można je wrzucać do kominka po ćwiartce (pozostałą część przechowywać w szczelnie zamkniętych woreczkach strunowych, osobnych dla każdego zapachu). Na dolnym "piętrze" kominka należy umieścić małą bezzapachową świeczkę (tealight) - podpalona rozpuści nam zapachowy wosk i sprawi, że zapach błyskawicznie rozprzestrzeni się po pokoju. U mnie wygląda to tak (w kominku Cranberry Chutney):

kominek1

kominek2

kominek3

kominek4

Tarty wyglądają... słodko ;) Przewinęły się u mnie nowsze i starsze edycje. Takie opakowania nieco różnią się wizualnie. Raczej nie ma powody do obaw przy możliwości upolowania starszych (często limitowanych i niedostępnych w Polsce) zapachów. Miałam na przykład taką właśnie Chocolate Cupcake i co prawda "suchy" wosk nie pachniał prawie w ogóle, ale po zapaleniu zapach był równie intensywny jak w przypadku najświeższych okazów.

stare i nowe

Na koniec jeszcze ostatnia fotka - zdjęcie zbiorowe moich wosków, które jeszcze nie zostały rozbebeszone, a przy tym są bardziej fotogeniczne ;)

woski

środa, 19 września 2012
Angel Le Gout - nie taki czekoladowy, jakim go malują

Rozczarowana jestem i być może nawet nieco wkurzona z tego rozczarowania. Apetyt na ten zapach miałam od kiedy tylko przeczytałam zapowiedź. Nadmienić muszę, iż Anioła noszę od... hmmm, właśnie sobie uświadomiłam, że 1/3 życia. A więc poczynając od momentu kiedy tylko zaczęłam pachnieć. Ta spaczulona czekolada jest na wskroś moja, zawsze gdy ją noszę, mam wrażenie, że zlewa się z moją skórą w jednolity, zupełnie naturalny twór.

Wariacja polegająca na "dociążeniu" (vel Likier) mnie przekonała - w przeciwieństwie do leciutkich, spłukanych, spranych i zowocowanych letnich sików. Dolanie porcji gorzkiej czekolady i dosypanie kakao w gardziel wiecznie nienasyconego Anioła wydawało się być posunięciem słusznym.

Angel le Gout długo pozostawał w sferze marzeń i fantazji, bo na przemian występowały obiektywne problemy z dostępnością oraz subiektywną zasobnością mojego portfela. Wydawałoby się, że skutecznie wypchnęłam ten problem ze podświadomości, ale splot wydarzeń takich jak:

A) uzyskanie pracy z w miarę ludzkimi systemami wynagrodzeń
B) imieniny
C) zawieszenie oka na atrakcyjnym linku na "Perełkach..."

doprowadziły do tego, że zdecydowałam zaszaleć, zamknąć oczy w trakcie realizowania procesu płatności i w dalszej perspektywie dopieścić się przez nos.

Angel le Gout

Co się okazuje. Niestety w recenzji warto zatrzymać się tylko na początku zapachu. Czekolada jest gładka jak tafla czekoladowa z Chocolissimo, pęka wydając niski dźwięk i stanowiąc zapowiedź nie słodkiego obżarstwa a kulturalnego zachowania i skromnego raczenia się ekskluzywnym produktem. Za dużo w tym zapachu jak na mój gust powściągliwości i savoir vivre'u. Chciałabym tego, czym 20 lat temu promowało się Anioła - psychoanalitycznego akordu przenoszącego nas w przyjemne momenty lat dzieciństwa. Kiedy to było słodko, beztrosko i przyjemnie. Czekolada "realna" jest tylko na początku i to zbyt tępa, aby była rozkoszna. Dalsza część typowo aniołowa, ale paradoksalnie bardziej efemeryczna, o trwałości słabszej niż EDP i Likier.

Bardziej czekoladowy i bardziej jadalny Angel to zbyt piekne, by mogło być prawdziwe.

poniedziałek, 07 lutego 2011
Guess who's back

Odniosłam wrażenie, że jednocześnie w równym stopniu zabrakło mi dwóch rzeczy niezbędnych do prowadzenia tego bloga. Głowy i serca. Trochę się działo. Ale z pewnych rzeczy nigdy się nie wyrasta. 

 Teraz jednak kreślę naprędce drobny anons zapowiadający prawdopodobną większą systematyczność. Przyczyn jest kilka.

 Pierwszy impuls miał miejsce kilka tygodni temu. Czekałam na telefon, który nie zadzwonił - chociaż miał. Zaczęłam snuć mapę skojarzeniową dotyczącą tego, jaka ziemska lub pozaziemska katastrofa mogła spaść na pewnego nieszczęśliwca, doprowadzając do unieruchomienia kończyn i uniemożliwienia mu wykręcenia mojego numeru komórkowego. Rozważania na temat szpitalnego savoir vivre'u i tego czy wypada mi zalewać się łzami na odziale intensywnej terapii (na której, jak domniemałam, zapewne będę  musiała odwiedzić pacjenta jeszcze tego wieczoru), przerwał polifoniczny dźwięk symulujący gwizd Elle Driver aka California Mountain Snake, zmierzającej by zaserwować Black Mambie śmiertelny zastrzyk. W skrócie - zadzwoniła komórka, a na wyświetlaczu Nokii ukazało się ispodziewane imię . Kiedy rozmówca dowiedział się jakie pomysły roiły się przed momentem w blond główce autorki tej notki, po raz kolejny usłyszała ona, że powinna bezzwłocznie zainwestować kapitał swej bujnej wyobraźni i spisywać każde, równie barwne lawiny skojarzeń. Hm, synestetycy urodzili się z takimi umiejętnościami, cóż począć.

 Kwestia kolejna. Duba Smalona mnie u siebie zalinkowała , co sprawiło że zrobiło mi się miło :) Od razu kiedy to odkryłam zrobiło mi się cieplej na serduchu. Ta dziewczyna może mnie u siebie linkować codziennie - nie widzę przeciwwskazań.

 Zupełnie inaczej ma się jednak sprawa z "inspirowaniem się" innego typu.  Jak mówi popularne porzekadło: "naśladownictwo jest najwyższą formą uznania". Jednakowoż podciągnięcie dalej opisanego występku niewiele wspólnego ma z życzliwym przemycaniem okreslonych trendów. Gdzie pojawia się Ctrl-V następujące po Ctrl-C, zaczyna się kopiowanie w najgorszym tego słowa znaczeniu. I ciśnienie podnosi mi się tym razem na skutek wydarzenia bardzo nie fair. Nie pierwszy raz ktoś kopiuje treść moich blogowych recenzji i wrzuca do swoich aukcji na Allegro. Niemniej razi i bulwersuje mnie to w dalszym stopniu - i z biegiem czasu co raz bardziej. Uważam, że zachowania takich złodziei własności intelektualnej są żenujące i obrzydliwe - to najbardziej dyplomatyczne określenia, jakie przychodzą mi do głowy w pierwszej kolejności. Nie istnieje żadna wymówka mogąca oczyścić takiego delikwenta z zarzutu o zbyt frywolne dysponowanie zawartością Fragrantiki. Czarno na białym widać, że to blog. Mój osobisty zbiór intymnych przemyśleń i wrażeń. W mojej zdroworozsądkowości nie łudzę się nawet, że komuś chciałoby się pofatygować o zapytanie mnie o zgodę na wykonanie kopii. Ale nawet w przypadku takiej drogi na skróty koniecznym jest podanie źródła, z którego się korzystało.

 A tutaj jak krowie na rowie kopiuj-wklej, nawet z zachowaniem literówek i emotikonów. Kradzież dla ubarwienia i uatrakcyjnienia swojej aukcję dla ukręcenia z tego choćby ciut więcej forsy. To tyle jeśli chodzi o bajeczkę o tym, że pasjonaci perfum to dobre, moralne duszyczki, wykazujące się lojalnością grupową i szlachetnością. Co to nie okradną podobnego jemu pasjonata.

kradziej

  Tak więc chciałam tylko powiedzieć, że uważam to za świństwo i złodziejstwo. Ale gorączkować się na okoliczność walki z wiatrakami również nie planuję. Moje recenzje na Allegro widziałam już co najmniej 10 razy. A to ciekawe, bo generalnie nie przesiewam tego portalu ze specjalną namiętnością.

 I właśnie z powodu wyżej wymienionego podejścia części "internautów" z dużym żalem zrezygnowałam z publikacji mojej pracy naukowej na temat perfum we współczesnej kulturze oraz szkicu o perfumoholikach. Zbyt ciężko nad tym pracowałam, żeby ktoś kilkoma kliknięciami myszy wyciągnął łapy po to, co nie jego. I jeszcze ciągnął z tego korzyści jak z dojnej krowy. Po moim trupie.

 Kij ci w oko kradzieju. Dziękuję, dobranoc.

niedziela, 12 września 2010
Motocykl mademoiselle zidentyfikowany ;)

Szybkie śledztwo w sprawie zidentyfikowanie obiektu, na którym przemieszcza się nasza mademoiselle wykazało, iż nie jest to jednak cafe racer. Może pokuszę się o cytat ;) "To Ducati 750 Imola. W latach siedemdziesiątych łoiło skórę japońcom jak chciało. Bez tego sprzęta nie było by takich sław jak 888,916,1098 itd. W latach siedemdziesiątych ten sprzęt był pokroju dzisiejszych wszystkich R jedynek, GeeSiKseRów itp."

A więc odniesienie do lat 70. Ma ktoś pomysł na jakąś analogię między hasłami "Chanel", "Ducati 750 Imola", "zasłonięte sutki" oraz "szyprowe perfumy dla młodych kobiet"? Co tym razem marketingowcom Chanel strzeliło do głowy?

Ducati 750 Imola

piątek, 10 września 2010
Lux-usowa czekolada - czyli o tym, dlaczego uwielbiam perfumoholików oraz o słodyczach Payarda

  Tytułem małego wstępu raz jeszcze muszę przybliżyć szanownemu czytelnikowi istotę cech charakterologicznych, typowych dla reprezentata środowiska perfumoholików. Perfumoholik to osobnik wykazujący ogromne pokłady zrozumienia, przyjacielskości oraz hojności w stosunku do przedstawicieli własnego gatunku. Gatunku perfumoholicznego rzecz jasna. Z biegiem czasu zaakceptowanie tego stanu okazuje się przychodzić naturalnie - niezwykle łatwo jest bowiem przyzwyczaić się do rozpieszczania, tym bardziej że rozkosznie niczym nieuzasadnionego.

 Dzisiejsze nihilistyczne i niczym nieuzasadnione rozpieszczanie sponsorowane jest przez giftowe czekoladowe próbeczki od Lux Perpetui. Jest kochana, jest perfumoholiczką i za to ją uwielbiam :)

 

Lychee Mousse, Payard

Lychee Mousse Payard Liczi to owoc o niepozornych kształtach, rozmiarach i kolorze, lecz wyjątkowo atrakcyjnym dla miłośnika słodyczy zapachu. Charakteryzuje się niewiarygodnie syropowo - ulepnym smakiem, podbajerzonym egzotyczną, pestkową goryczką i herbacianą łagodnością. Lychee Mousse to świetne olfaktoryczne odwzorowanie przywołanego w nazwie owocu, lecz ze słusznością umieszczenia tych perfum w kategorii czekoladowców mogłabym polemizować. To raczej inny typ deseru, który zaszufladkowałabym raczej jako cukiereczkowe konfitury oraz zapach moich szpanerskich perfumowanych pisaków, które radowały me dziecięce serce w okresie przedszkolnym. Trwałość i intensywność zapachu jest dość symboliczna - porównałabym je do owocowych psikadełek od Yves Rocher.

Nuty: biała czekolada, beza o smaku lychee, malina, turecka woda różana

 

Bergamot Truffle, PayardBergamot Truffle Payard

 Tutaj mamy już solidną czekoladkę. Smakowite maleństwo z eleganckiej bomboniery, które łapczywie rozgryzione rozpuści się na języku ujawniając cytrusowe wnętrze, które błyskawicznie łączy się z otoczką z ciemnego kakao. Cierpkość i słoneczny kwasek błyskawicznie drażnią receptory śliniankowe usytuowane na czubku języka i dosyć namacalnie mnie to drażni. Następuje konflikt interesów - ktoś chce narabić kwasu, ktoś inny zasłodzić i ta kakofonia staje się mało spójna. Wnosi ciekawą świeżość interpretacyjną i nowe spojrzenie na temat perfumeryjnej czekolady, ale nie jestem pewna czy naprawdę chwyci za serce miłośnika czekoladowego gatunku, lubującego się w Musc Maori, Chocolovers czy Brownie. Trwałość nieco większa niż w przypadku Lychee Mousse i trochę mniejsza niż w Pistachio Ganache.

Nuty: ciemna czekolada, kalabryjska bergamotka, kwiat pomarańczy, wanilia

czwartek, 09 września 2010
Zajawka nowego spotu reklamowego Coco Mademoiselle Chanel

Rewitalizacja wizerunku Panny Coco została zainicjowana w 2007 roku, kiedy to kontrakt reklamowy po Kate Moss (piastującej stanowisko ambasadorki nieprzerwanie przez blisko 5 lat) przejęła inna brytyjka - Keira Knightley. Kate to Kate - seksowna balangowiczka o sarnich oczach, jednak stylizacje reklamowe utrzymywane były stale w typowej dla Chanel konwencji. Przewidującej przemycenie elegancji, klasy i wysmakowania. Niby spory kawałek nagiego uda, golizna od pasa w górę, wydęte usta i wyzywające spojrzenie Kate, ale zawsze w połączeniu z białym kanapowym obiciem, sznurem pereł i kameliami na kapeluszu. Potem pojawiła się Keira, owinięta tylko kawałkiem materiału i sutkami symbolicznie tylko zasłoniętymi szelką od spodni, bądź para-męskim nakryciem głowy.

Kate MossKate Moss

Keira

To postawienie na erotykę okazało się jednak wystarczyć na stosunkowo niedługo. W końcu ucichły spekulacje o tym, że biust zagłodzonej Keiry został tu komputerowo powiększony na potrzeby komercyjne oraz że photoshopowa pomoc, polegająca na zarzuceniu na ramiona fotografowanej gwiazdy białej koszuli, poczyniona na użytek publikacji reklamy w purytańskiej Ameryce, okazała się nieoceniona. Należy teraz wymyśleć coś nowego.  Zdecydowano się na element zaskoczenia i tym razem Keirę zapięto pod szyję i ubrano w kombinezon. Motocyklowy, z mięciutkiej skórki, w najmodniejszym w tym sezonie kolorze bladego camelu (tak, tak, moi drodzy, zapomnijmy o czasach kiedy odcień ten nosił swojską nazwę beżu). Co więcej, aktorka w spocie reklamowym okazuje się naprawdę dosiadać dwóch kółek. Sequel reklamówki z 2007 roku wyreżyserował Joe Wright a chanelowski gang motocyklowy przedefilował po Place de la Concorde w Paryżu. Do bólu subiektywnie napisać muszę, że za grosz mnie to nie przekonuje - poczynając od faktu, że motocykl prowadzony przez główną bohaterkę spotu to na moje oko, kierowcy ścigacza, replika klasycznego cafe racer'a, które to stanowią artefakt estetyki oldschoolu, retro i rockabilly, a kończąc na tym, że po prostu nie lubię płaskiej gry aktorskiej oraz wizualności pani K.K, która to w moim odczuciu nie nadaje się nawet do trzydziestosekundowej reklamówki. Efekt końcowy ocenić będzie można niedługo.

Chanel 1

Chanel 2

Chanel 3

Chanel 4

Nie traćmy jednak z oczu najważniejszego! Tego mianowicie, że Coco Mademoiselle to naprawdę dobre pachnidło. Co prawda jeszcze nie dorobiłam się flakonika i niestety nie stoi on na mojej hedonistycznej półce, a Panna Coco minimalnie przegrała na rzecz Panny Dior Cherie EDP w pojedynku o to która z nich będzie moją damą do towarzystwa i stylizacyjną kropką nad i w sezonie ubiegłej wiosny. Ale jeszcze nic nie stracone. Poważnie rozważam czy może już dorosłam do szyprów, róż i jaśminu.

środa, 18 sierpnia 2010
Ciekawostki fizjologiczno - sensoryczne oraz o fenomenie lukrecjowych cukierków

 "Był jeszcze jeden kandydat na stanowisko ludzkiego feromonu: mieszanka nazwana androstenonem, którą znaleziono w męskim pocie spod pach. Androstenon od dawna był znany jako potężny świński feromon; kiedy świnia w okresie godowym powąchała go, nabierała gotowości do pokrycia przez knura. Nic więc dziwnego, że jego odkrycie w męskich wydzielinach ciała wpędziło endokrynologów w szał spekulacji. Nie udało się jednak ostatecznie potwierdzić jego działania na kobiety - ale na pewno nie z powodu niewystarczającej liczby prób. Przez lata psycholodzy i endokrynolodzy przemykali się w przestrzeni publicznej z puszkami Boarmate - syntetycznej wersji androstenonu w aerozolu - rozpylając to na meble czy drzwi kabin toaletowych.

 Czasami wydawało się, że badania pokazują jakieś efekty. M.D. Kirk-Smith ze współpracownikiem na Uniwersytecie Birmingham w Wielkiej Brytanii spryskiwali Boarmatem krzesło, które wcześniej określili jako najmniej popularne w poczekalni przed gabinetem stomatologicznym. Celem było przekonanie się, czy teraz więcej kobiet będzie siadać na tym właśnie krześle. Popularność krzesła była dyskretnie obserwowana przez recepcjonistę. Boarmate okazywał się rzucać urok na kobiety, które rzeczywiście wybierały to krzesło częściej po tym, jak Kirk-Smith i Boarmate weszli do gry.

CK

 (...) George Preti z Monnel Chemical Senses Center (...) lekceważąco odniósł się do tych badań i skrytykował ich metodologię. Wniosek z tego taki, że wydzieliny spod męskich pach raczej nie przyciągają żadnych innych gatunków poza eksperymentującymi psychologami.

(...) Przestańcie używać perfum. Kobiety wcale nie uważają tego za pociągające. Jeśli mi nie wierzycie, oto cytat z raportu chicagowskiego ośrodka terapeutyczno-badawczego zajmującego się zmysłami węchu i smaku Smell and Taste Treatment and Research Foundation: > Męskie wody kolońskie redukują przepływ krwi w pochwie <. Prezes Fundacji Al Hirch podłączał kobiety do pochwowego fotopletyzmografu, po czym zakładał im maski chirurgiczne spryskane dziesięcioma różnymi zapachami lub kombinacjami zapachów. (Aby upewnić się, że kobiety nie podniecają się samym zakładaniem masek, Hirsch grupie kontrolnej pozakładał niczym nieperfumowane maski). Poza zapachem wody kolońskiej, nie kręciły tych kobiet również zapachy wiśni oraz >mięsa grillowanego na węglu drzewnym <. Na topie podniecaczy znalazła się natomiast tajemnicza mieszanka ogórka z cukierkiem lukrecjowym Good'n'Plenty. Stwierdzono, że podnosi ciśnienie w pochwie o trzynaście procent. Hirsch spekulował, że mógł to być efekt Pawłowa: >Zapach ogórka czy Good'n'Plenty może przywoływać przyjemne wspomnienia z babcinego ogródka <. Ale dlaczego takie wspomnienia miałyby podniecać je seksualnie? I dlaczego użyto cukierków Good'n'Plenty zamiast samej lukrecji. Kolejny fetysz? (...)". 1

1. M. Roach. Bzyk. Pasjonujące zespolenie nauki i seksu. Wydawnictwo Znak. Kraków 2010. s. 260-262

 

  Uwielbiam szalonych, amerykańskich naukowców :)

  Nawiasem mówiąc i siejąc offtopa serdecznie polecam fenomenalne książki Mary Roach. Ta nieobliczalna, ciekawska babka napisała popularnonaukową trylogię o trupach, duchach i seksie - przysięgam, że nigdy w życiu nie czytaliście niczego podobnego ;)

sobota, 19 czerwca 2010
Odcinek pierwszy - "Przyjęta perspektywa badawcza"

Analiza zmysłu węchu w kontekście społecznego odbioru rzeczywistości

Spis treści

Rozdział 1 Przyjęta perspektywa badawcza

1.1  Punkt widzenia osmosocjologa

1.2  Teorie tłumaczące dyskredytację zmysłu powonienia

1.3  Trend aromatyzacji w kulturze popularnej

 

Rozdział 2 Rola jednostkowego zapachu w przestrzeni społecznej

2.1   Zapach przyczynkiem konstytuującym klasyfikację społeczną

2.2   Znaczenie przestrzegania praktyk higienicznych

2.3   Jak pachnie dobrobyt, strach i komunizm?

2.4   Narzędzie uwodzenia w kulturze natychmiastowości

 

Rozdział 3 Polscy hobbyści perfum

3.1   Czym są perfumy dla perfumeryjnego hobbysty?

3.2 .Internet jako medium koncentrujące grupy hobbystyczne

3.3   Omówienie przestrzeni internetowej pasjonatów perfum

3.4   Internetowa tożsamość perfumeryjnego hobbysty

3.5   Dewirtualizacja kontaktu

3.6   Polemika z tezą o ubogości języka opisującego doznania węchowe

3.7  Polemika z tezą o jednoznaczności kategorii zapachów nieprzyjemnych

 

Rozdział 4 Perfumeryjni hobbyści w obiektywie

 

 ***

/Update/ 24.06.2010

Wpis został tymczasowo uskromniony. Zapewne niezbyt to profesjonalne - a już na pewno totalnie nieprzewidywalne, jak sama autorka rzeczonego bloga ;) Cel jest wyższy. Teksty zostaną opublikowane na pewno i o tym obiecuję (puchnąca dumą ;) ) bezzwłocznie poinformować. Ale ich lokalizacja będzie bardziej atrakcyjna niż słabiej chroniony przed kradzieżami blog.

   W charakterze nagrody pocieszenia szepnę Ci, Szanowny Czytelniku, pewną soczystą ploteczkę. Zin Toccaty wraca. Bardzo, baaardzo niedługo ;) 

sobota, 12 czerwca 2010
The final countdown...

Zapowiadany dzień wrzucenia zapowiadanego CZEGOŚ jest już tuż tuż :) Dłubię przy CZYMŚ non stop i tym również spowodowany był przestój na blogu. Koncentracją i klarownym ukierunkowaniem energii ;)

 W każdym razie COŚ ma w końcu tytuł, bo z tym miałam spory problem. "Analiza zmysłu węchu w kontekście społecznego odbioru rzeczywistości" pojawi się w rozdziałowych odcinkach najprawdopodobniej już w przyszłym tygodniu. Spora część pracy poświęcona jest polskim perfumoholikom - i niektórzy odnajdą w niej doskonale znajome elementy.

 Sasasa...

  Jestem ciekawa czy się spodoba ;)

1

sobota, 22 maja 2010
Wyniki kolejnych rozgrywek No Logo

  No Logo to wyczesana w kosmos gra sieciowa dla zaawansowanych perfumoholików. Relacja z pierwszej rundy zabawy z Annie znajdują się w TYM wpisie. Wiadomo oczywiście o co chodzi, więc nie będę tłumaczyła reguł ;)

 Tutaj fotka autorstwa wyżej wspomnianej, której to komentarz o podobieństwie kształtu mojego naprędce poczynionego zapisu graficznego ósemki przypominał w jej odczuciu ludzki płód. Po prostu niesforne Nomad Tea puściło parę. 

ósemka

 A parę dni temu zebrałyśmy się z Wieloimienną Liz za kolejną rundę. Zawartość mojej kopertki od partnerki rytuału wymiany wyglądała tak:

 Fiolki od Liz

Po wytargowaniu od Liz kilku sugestywnych podpowiedzi udało mi się wykoncypować co następuje.

Jedynka - L'eau Par Kenzo Indigo, Kenzo

Dwójka - Nahema, Guerlain

Trójka - coś od Oliviera Durbano.... Hm...

Czwórka - Incense, Norma Kamali

Piątka - jeszcze niezidentyfikowane lekkie pachnidełko

Szóstka - Jubilation XXV, Amouage

Ósemka - Habanita, Molinard

Dziewiątka - Dzing!, L'artisan

 

 Liz była o wiele lepsza - szybsza, a jej typy trafniejsze :) Wykombinowałam jej trzy podpowiedzi do czterech zapachów. W puli miała między innymi:

  •  zapach akademicki (jeszcze go nie ustrzeliła, a w dodatku zelżyła porównaniem ze ściółką dla chomika :DD ),
  • pachnidło co do którego dowiedziono, że ma najsilniejszą moc przyciągania mężczyzn
  •  oraz dwoje dzieci o wspólnym matko-ojcu - z uwagi na fakt, iż jego-jej płci nie można jednoznacznie rozsądzić

Odgadnięte:

Jedynka - Mitsouko, Guerlain

Dwójka - Mulled Cider, Demeter (czyli szarlotka według naukowców gwarantująca sukces prokreacyjny z uwagi na kojarzenie się posiadaczom chromosomu XY z ciepłem domowego ogniska i słodkimi pokusami)

Trójka - Piment Brulant, L'artisan

Czwórka - "chomiczy domek" będący w rzeczywistości zapachem akademickim ;P

Piątka - Angel Bleu Lagon, Thierry Mugler

Szóstka - Angel Liquer de Parfum, Thierry Mugler (czyli bliźniaki dwujajowe anielskiego rodzica. A jak powszechnie wiadomo anioły nie mają płci :> )

Siódemka - Garage, CdG

 

 Bardzo lubię No Logo. Proces zgadywania jest ubarwniony totalnym wyostrzeniem zmysłowym i nastawieniem na wyłapywanie najmniejszego niuansu mogącego rozwiązać zagadkę. Takie postrzeganie pachnidła absolutnie wyjątego z kontekstu okazuje się niezwykle pasjonujące. Wszystko ubarwia odrobinka pieprzyku współzawodnictwa ;) Zawsze chcę być lepsza od konkurentek, a potem nieco polegam - oczywiście tylko i wyłącznie dlatego że moje podpowiedzi są bardziej sugestywne ;))

 

/UPDATE 23.05.2010/

"Moją" Trójkę zidentyfikowałam jako Turquoise Oliviera Durbano.

Liz zgadła też "swoją" Czwórkę. To Entropia, czyli zapach Politechniki Warszawkiej.

wtorek, 18 maja 2010
Unikanie kąpieli jako atrybut zmiany stylu życia we współczesnym społeczeństwie

Brrr...

KLIK

/UPDATE/ 19.05.2010

 Chciałabym przy okazji zwrócić uwagę na pewną bardzo powszechną praktykę - manewr z powodzeniem stosowany przez dziennikarzy, a będący niestety manipulacją. Artykuł miejscami ciekawy, stawiający hipotezy, ale całokształt na dłuższą metę niedopuszczalny. A osoba niezajmująca się na codzień badaniami społecznymi ma prawa tego nie wiedzieć, lub nie zauważyć.

  Rzecz najważniejsza. Wcale nie jest tak fatalnie jak prezentuje to autor artykułu - wystarczy dobrze przyjrzeć się procentom. Już w pierwszym zdaniu gromi się 17% polskich kobiet brudasek sugerując, że kąpiele są im kompletnie obce. Podczas gdy 12% kąpie się rzeczywiście nie codziennie, ale w istocie 2-5 razy w tygodniu. Co już aż tak patologicznym zjawiskiem nie jest. Za oznakę braku higieny uznano również unikanie depilacji. A to już bardzo dyskusyjne założenie. Jest to - jak zgodnie z prawdą zauważył komentujący artykuł socjolog - przemoc symboliczna.

 W artykule nie ma również mowy o ukształtowaniu pod względem wiekowym grupy badanej. A uważam, że chociażby w kwestii wspomnianej depilacji jest to bardzo istotne. Poniżej oraz powyżej pewnej granicy wiekowej panie tego zabiegu nie wykonują. Albo dlatego, że zbędne owłosienie jeszcze bądź już ich nie porasta, albo dlatego że osiągnęły zaawansowany wiek (i brak im dawnej sprawności fizycznej przejawiającej się np. w umiejętności dotknięcia dłońmi kostek z wyprostowanymi kolanami). Brak mi tutaj tej informacji.

 Pierwsza reakcja, to zaskoczenie. Ale trzeba uważać i nie dać się wprowadzać w maliny.

niedziela, 16 maja 2010
Wytrychem w Błękitną Lagunę

Angel Sunessence Edition Bleu Lagon, Thierry Mugler

 Na lekcjach języka polskiego w liceum doszłam do wniosku, że określenie "popłuczyny", to niezwykle wygodne słowo wytrych. Niewymagające szerszego tłumaczenia, słowo dobitnie wyrażające dezaprobatę w kierunku jakiejś idei. Stanowi ukonstytuowanie faktu, iż poprzednik był o wiele lepszy a omawiany przykład to bida z nędzą. Mój charyzmatyczny nauczyciel często używał tego powiedzonka w przeróżnych możliwych kontekstach. Okazywało się ono idealnym podsumowaniem zarówno zjawiska podszywania się nowopowstałych amatorskich bandów rockowych za kontynuatorów dzieła Rolling Stonesów, jak i faktu, że zapytana o mój życiowy cel wymieniłam "samorealizację".

 Anielska Błękitna Laguna to popłuczyny. Sorry.

Angel Sunessence Bleu Lagon, Thierry Mugler

  Niewątpliwą zaletą jest autentycznie śliczny flakon. Minimalnie bardziej pękata niż w pierwowzorze szklana gwiazdka mruga optymistycznym turkusem przypominającym kolorem wysokosolone morze. Korek z kolei to obrócone w plastik spienione bąbelki uderzającej o skórę wodnej fali.

 Ale to tyle z tych niepodważalnych zalet. Bo już sam zapach... Hm. Hm. Hm.

Do nieprzytomności kocham klasyczne, liczące sobie już wiek pełnoletności Angel EDP (i - jak sądzę - będę to powtarzać do znudzenia) więc - kto wie - może na skutek tego faktu niepostrzeżenie stałam się anielskim ortodoksem. Ciężko mi dopuścić możliwość wyrażenia zgody na mieszanie w recepturze składnikowej tych perfum Muglera, ponieważ uważam je za skończone. Niewymagające nędznych dopowiedzeń i wciskania kitu o kontynuację historii poprzez tworzenie imitacji o rzekomym większym poziomie akuratności. Wkurza mnie ta aluzja, że Angel EDP nie nadaje się na lato, ale kochany Thierry Mugler rusza z odsieczą poprzez udostępnienia konsumentkom prawie tego samego, lecz lżejszegoodmłodzonego, letniego i limitowanego. To druga z kolei taka próba, utwierdzająca mnie tylko w przekonaniu, że ten karmelowo-paczulowy szlagier być może i jest plastyczny kompozycyjnie, ale wersje słoneczne dla takiego angeloholika jak ja, ma conajmniej do luftu.

 O rany, ale te perfumy są cienkieee. Popłuczynkowe. Stanowiące trzecią, czy nawet czwartą wodę po kisielu.

 Rozdzierające serducho, psychoanalityczne akordy czekolady, karmelu i waty cukrowej zostały zastąpione rozwodnionym soczkiem z grejfruta i karamboli. Zakurzona, scukrzona, utytłana w całym mroku tego świata paczula ewoluuowała w swoją naturalną postać czyli szczyptę łąkowych zielonych listków. Pachnie tanio. Tandetnie. Nieciekawie. I trwa żałośnie krótko i nędznie blisko skóry nosiciela. Za cholerę nie brzmi muglerowsko, ale jak tona innych nędznych pachnidełek, które są do siebie łudząco podobne.

 Oddam flakonik w dobre ręce komuś, kto pokocha go bardziej ode mnie ;)

Nuty: paczula, imbir, wanilia, karambola

 

/UPDATE/ 18.05.2010

Po raz pierwszy! Po raz drugi! Po raz trzeci! Sprzedane!

Tagi: Angel
22:34, daigee , Recenzje
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20