Blog > Komentarze do wpisu
Wytrychem w Błękitną Lagunę

Angel Sunessence Edition Bleu Lagon, Thierry Mugler

 Na lekcjach języka polskiego w liceum doszłam do wniosku, że określenie "popłuczyny", to niezwykle wygodne słowo wytrych. Niewymagające szerszego tłumaczenia, słowo dobitnie wyrażające dezaprobatę w kierunku jakiejś idei. Stanowi ukonstytuowanie faktu, iż poprzednik był o wiele lepszy a omawiany przykład to bida z nędzą. Mój charyzmatyczny nauczyciel często używał tego powiedzonka w przeróżnych możliwych kontekstach. Okazywało się ono idealnym podsumowaniem zarówno zjawiska podszywania się nowopowstałych amatorskich bandów rockowych za kontynuatorów dzieła Rolling Stonesów, jak i faktu, że zapytana o mój życiowy cel wymieniłam "samorealizację".

 Anielska Błękitna Laguna to popłuczyny. Sorry.

Angel Sunessence Bleu Lagon, Thierry Mugler

  Niewątpliwą zaletą jest autentycznie śliczny flakon. Minimalnie bardziej pękata niż w pierwowzorze szklana gwiazdka mruga optymistycznym turkusem przypominającym kolorem wysokosolone morze. Korek z kolei to obrócone w plastik spienione bąbelki uderzającej o skórę wodnej fali.

 Ale to tyle z tych niepodważalnych zalet. Bo już sam zapach... Hm. Hm. Hm.

Do nieprzytomności kocham klasyczne, liczące sobie już wiek pełnoletności Angel EDP (i - jak sądzę - będę to powtarzać do znudzenia) więc - kto wie - może na skutek tego faktu niepostrzeżenie stałam się anielskim ortodoksem. Ciężko mi dopuścić możliwość wyrażenia zgody na mieszanie w recepturze składnikowej tych perfum Muglera, ponieważ uważam je za skończone. Niewymagające nędznych dopowiedzeń i wciskania kitu o kontynuację historii poprzez tworzenie imitacji o rzekomym większym poziomie akuratności. Wkurza mnie ta aluzja, że Angel EDP nie nadaje się na lato, ale kochany Thierry Mugler rusza z odsieczą poprzez udostępnienia konsumentkom prawie tego samego, lecz lżejszegoodmłodzonego, letniego i limitowanego. To druga z kolei taka próba, utwierdzająca mnie tylko w przekonaniu, że ten karmelowo-paczulowy szlagier być może i jest plastyczny kompozycyjnie, ale wersje słoneczne dla takiego angeloholika jak ja, ma conajmniej do luftu.

 O rany, ale te perfumy są cienkieee. Popłuczynkowe. Stanowiące trzecią, czy nawet czwartą wodę po kisielu.

 Rozdzierające serducho, psychoanalityczne akordy czekolady, karmelu i waty cukrowej zostały zastąpione rozwodnionym soczkiem z grejfruta i karamboli. Zakurzona, scukrzona, utytłana w całym mroku tego świata paczula ewoluuowała w swoją naturalną postać czyli szczyptę łąkowych zielonych listków. Pachnie tanio. Tandetnie. Nieciekawie. I trwa żałośnie krótko i nędznie blisko skóry nosiciela. Za cholerę nie brzmi muglerowsko, ale jak tona innych nędznych pachnidełek, które są do siebie łudząco podobne.

 Oddam flakonik w dobre ręce komuś, kto pokocha go bardziej ode mnie ;)

Nuty: paczula, imbir, wanilia, karambola

 

/UPDATE/ 18.05.2010

Po raz pierwszy! Po raz drugi! Po raz trzeci! Sprzedane!

niedziela, 16 maja 2010, daigee
Tagi: Angel

Polecane wpisy