Blog > Komentarze do wpisu
"Maoryjskie piżmo" pachnące czekoladą

Tego - jakże miłego - niedzielnego wieczoru mam przyjemność przedstawić Państwu coś, co wprawiło mnie w ogromne zaskoczenie. OGROMNE. Przewyższające nawet pc02 biehl.parfunkunstwerke, w przypadku którego dysproporcja pomiędzy stroną wizualną i pomysłem (a raczej jego brakiem) na zasugerowanie potencjalnemu klientowi z jakim świętym Graalem ma do czynienia a stanem faktycznym była po prostu nie do uwierzenia. Z jednej strony to dość frustrująco-irytujące, ale z drugiej - czy nie właśnie za takie niespodzianki (tym bardziej że przekazane pocztą pantoflową od dobrej koleżanki hobbystki ;) ) kochamy to, czym się bawimy ... ;) ?

Musc MaoriPc02 zastosowało kamuflaż nijakiej nazwy i ascetycznego flakonu, połączonych z zerową wewnętrzną potrzebą marketingowego lansu. W przypadku Musc Maori kaliber jest cięższy. Nazwa nie tyle nawet nie sugeruje nic, ale wskazuje na coś kompletnie niezgodnego ze stanem faktycznym - połączenie impresji o piżmie oraz o rdzennych mieszkańcach Nowej Zelandii, jak mniemam. Zdjęcie katalogowe - kompletnie inaczej niż w przypadku wszystkich PG, z którymi miałam do czynienia - nie wskazuje delikatnie na zapachową aurę perfum. Mamy tutaj transparentne, przezroczyste bąbelki powietrza otaczające flakon. Nie ma nic bardziej mylnego niż kojarzenie Musc Maori z bąbelkami powietrza. Chyba że z tymi z Bąbolady Alpen Gold.

Płomyczku, ach Płomyczku :) Ozłocę Cię za próbkę - dzięki raz jeszcze :) (Merci było równie smakowite, ale to że pożarłam je na dwa posiedzenia chyba troszkę mniej ucieszyło moje biodra ;P)

Musc Maori, Parfumerie Generale

Już myślałam, że biedna próbka podzieliła smutny los MV3 Mac'a Creations i nasz kontakt skończy się na jednym szybkim teście. Nie mogłam cholery znaleźć i już ją opłakałam kiedy to parę dni temu podczas zabijania nudy w oczekiwaniu na pociąg i analizy stanu posiadania wygrzebałam ją z bocznej kieszeni dawno nieużywanego torbiszcza. Sprawa jest nieprecedensowa, bo wszystkie doskonale wiemy jak wygląda zawartość torby perfumoholiczki... ;)

Nie, nie jestem bałaganiarą. Po prostu mam duży stan próbkowo-flakonowego posiadania.

Musc Maori

Musc Maori strasznie spodobało mi się od pierwszego niuchnięcia, ale podczas testu byłam tak objedzona czekoladą, że nie mogłam się pozbyć wrażenia, że czekolada rzuca mi się na mózg i mój odbiór jakiegokolwiek zapachu jest silnie zafałszowany. To w końcu niemożliwe, żeby komuś udało się stworzyć perfumy o zapachu piękniejszym od pierwowzoru. Przecież perfumiarstwo to sztuka naśladownictwa. Nie można czegoś naśladować tak żeby było to doskonalsze od figury naśladowanej. Odnoszę wrażenie, że - jak to zaskakująco często bywa w przypadku genialnych odkryć - dokonano tego przez przypadek. To nie miał być najpiękniejszy czekoladowy zapach świata, ale pachnidło bazujące na duecie akordu syntetycznego białego piżma i naturalnych, gorzkich ziaren kakaowca.

Płomyk pięknie o nim napisała i ja będę miała niewiele do dodania.

Te perfumy mają klasę. Każdy kto śmie naigrywać się z fanów gourmandu i twierdzi, że zapachy z tej rodziny nie są w stanie wykrzesać z siebie zmysłowości, rażą infantylnością a w najlepszym wypadku są w stanie skusić grzesznym (fuj, fuj!) hedonizmem, powinien powąchać Musc Maori. Bo są szalenie zmysłowe i wysokiej jakości. Wabią wielością przyjemnych dla palców faktur - satyną, puchem, miękkością i wpuszczają umysł w rozkoszną pułapkę przygotowując go do nadchodzącej uczty. Ta czekolada jest po prostu niesamowita. Półpłynna, lejąca, utrzymana w temperaturze ludzkiego ciała i - to właściwie nielogiczne, tym bardziej dla takiego czekoladoholika jak ja - ale w niektórych fazach swojego rozwoju nawet piękniejsza od pierwowzoru. Bo działa nie tylko na zmysł smaku (i ewentalnie dotyku jeśli za pomocą palców zabawiamy się czekoladową kostką). Ten zapach pokazuje jak wygląda aura mlecznej czekolady, tłumaczy mechanizm wpadania w uzależnienie od tego specjału. Tej przyjemności po prostu nie sposób sobie odmówić.

Czekolada

Jeśli Szanowny Czytelniku masz na podorędziu (albo może sam nim jesteś) czekoladoholika to zachęcam do zadania mu pytania dlaczego kocha czekoladę. Taki nałogowiec często sobie tego nie uświadamia i poza wskazaniu tego, że smakołyk ten jest przepyszny nie za wiele z siebie wydusi. Jako dobra koleżanka i czekoladoholiczka oszczędzę Szanownemu Czytelnikowi nieco zachodu. Czekolada zawiera w sobie niewielkie ilości substancji psychoaktywnych (anandamid, kofeinę, teobromina i fenyloetyloaminę), które sprowadzają na zażywającego poczucie pobudzenia i szczęścia a laboratoryjne badania potwierdzają dość silne właściwości uzależniające. Jej smak oraz zapach kojarzy się również z okresem dzieciństwa i wywołuje poczucie bezpieczeństwa.

I tak jest z Musc Maori. Uważajcie na czekoladę. Ona nie jest taka niewinna na jaką wygląda.

Nuty: ziarna kakao, fasola, Tonka, ambra, wanilia, białe piżmo

niedziela, 24 maja 2009, daigee
Tagi: czekolada

Polecane wpisy

Komentarze
elve
2009/05/24 20:51:24
Kurczę, a mnie żadna czekolada nie uwiodła dotąd, ta również - wydawała mi się syntetyczna, za słodka, i w ogóle "zbyt" - jakby miała 300% czekolady i mleka w proszku w sobie. Póki co jedyne czekolady, które mi się podobają, to te spacz(ul)one.
-
daigee
2009/05/24 21:22:28
Wiesz co, nie wykluczam że mój zachwyt wynika w dużym stopniu z tego, że ja jaram się właśnie takimi zapachami na 300% :) Coś w tym określeniu "kamikadze" użytym przez jedną z Dub może być ;P Ekstremum a nawet kroczek poza - to jest to.

Te spaczulone też są fajne. O ile są ekstremalne ;)