Blog > Komentarze do wpisu
Mężczyzna w wersji extreme i czarna orchidea w wersji light

Man Extreme, Tom Ford

Man Extreme Tom Ford  To zapach, o którym pomimo szczerych chęci nie napiszę wiele. A raczej nie tyle, na ile tak naprawdę zasługuje. To perfumy z gatunku tych, które nie do końca rozumiem i nie potrafię przeanalizować. Atakuje mnie zbyt wiele składników, stanowiąc jednocześnie przy tym zbitą, ciężką, koniakowo-kadzidlano-przyprawową kulę, z której momentami przebłyskują pojedyncze żywotne elementy - na przykład lawenda, fiołek, twarda śliwka, mentol czy ostry, drewniany cynamon. Bogactwo i wieloaspektowość tego zapachu przytłacza. Czuję się przy nim taka malutka... ;) Na jakąkolwiek wymianę zdań odważę się dopiero kiedy zapach - wzorem pozostałych poznanych przeze mnie tomów fordów - znajdzie się na etapie ścisłego wtulenia się w skórę. Zamsz, paczula zamarynowa koniakowo-truflową nalewką, salonowa ambra, gorzkie kakao i wanilia zaprawiona vintage'ową goryczką nadgryzioną zębem czasu. I ascetyczne, dymne kadzidło, które bez pudła można zakwalifikować jako azjatyckie (o ile ktoś przechowuje w umyśle szufladkę ze wspomnieniami z testów Kyoto CdG). I zapach cygara. Znowu. Cygaro pięknie brzmi perfumeryjnie.

  Skład jest wyjątkowo imponujący. Ilością, szlachetnością, wykwintnością... Stanowi dość realne wytłumaczenie wygórowanej ceny perfum.

Nuty: bazylia tajlandzka, kolendra, rumianek, kardamon, cynamon, czarna śliwka, fiołek, rum, haitański wetiwer, karmel, wanilia, czarne trufle, balsam fir, czarne figi włoskie, perskie cytryny, szafran, tymianek, skóra, ambra, drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczula (pozyskana z olejkowych esencji vintage, dojrzewających ponad pięć lat w drewnianych beczkach do momentu uzyskania pożądanego "aksamitnego" zapachu), kadzidło shoyeido (ręcznie mieszane przez japońskich rzemieślników)

Black Orchid Voile de Fleur, Tom Ford Black Orchid Voile de Fleur

  To z założenia, lżejsza, mniej mroczna a bardziej kwiatowa wersja Black Orchid EDP. Zgadzam się. Ale tutaj te tytułowe kwiaty to już za wiele dla mnie - osoby antykwiatowej. Pomijając fakt, że z perfumeryjnych kwiatów akceptuję tylko bardzo nieliczne wyjątki, to nawet - wstyd przyznać - te realne kwiaty w ogóle się mnie nie trzymają. Jeśli dostanę je w prezencie to niestety nie wróżę im długiego życia. Kompletnie zapominam o takich prozaicznych sprawach jak na przykład ich podlewanie czy wstawienie do wazonu. Ale to tylko małoistotne wtrącenie - które być może jakoś tłumaczy moją awersję. W każdym razie gdyby ktoś z czytających planował mi kiedyś coś sprezentować - jestem otwarta na biżuteryjne i czekoladowe kwestie... ;)

 Podczas testów momentami miałamm wrażenie, że wyperfumowałam się ultrakwiatowym Amarige. Te nęcące, toksyczne kwiaty z Black Orchid EDP miały w sobie coś, co pozwalało myśleć o nich jako o podstawowym składniku zabójczego eliksiru albo roślinie pochodzącej z innej planety. A tutaj odziera się je z magii, alchemii czy też innej teorii astrologicznej. To podduszające białe kwiaty (na samo hasło "białe kwiaty" asekurująco robię krok w tył) w klimacie perfum z wczesnych lat 90., żakietów z wypychającymi poduszkami w ramionach oraz malowniczej, pokaźnych rozmiarów trwałej. Troszkę inne rozumienie kobiety fatalnej. Ta kobieta ma po prostu fatalny żakiet i fatalną fryzurę. To nie do wiary, ale nawet nuty mleczne - na ogół skutecznie łagodzące kompozycję - w tym zapachu są mdlące.

Nuty: czarna porzeczka, ylang-ylang, kapryfolium, lilia, śliwka, pieprz, orchidea, sandałowiec, nuty owocowe, paczula, cynamon, wanilia, mleko, żywica

sobota, 07 marca 2009, daigee
Tagi: wanilia